Przegląd Polski
9 maja 2008

Żabką przez Atlantyk

Bić czy nie być?

Marek Kusiba

Już dawno wyszedł z użycia stary dylemat Polaków: bić się czy nie bić. Odkąd zniknął z map Związunio (w terminologii Sławomira Mrożka), a Niemcy nie wybierają się do Polski kolumnami czołgów, lecz autokarów - bo ich samochody już tam są, jak w sprytnej reklamie niemieckiego biura podróży - przestał obowiązywać moralny i patriotyczny obowiązek stawania do boju w obronie zagrożonej ojczyzny. Dziś co najwyżej można stanąć do boju w obronie zagrożonej lub obrażonej kobiety, najlepiej cudzej. Stawanie w obronie honoru własnej damy też powoli wychodzi z mody, gdyż jest to zajęcie niegodne szanującego prawo obywatela. Tymczasem są sytuacje, z których nie ma innego wyjścia, jak tylko przez komisariat.

O jednej z takich sytuacji bez wyjścia innego niż danie po uśmiechu, opowiedziała mi znajoma, zaznająca uroków wypoczynku nad pięknym i modrym Bałtykiem. Sprawa błaha na pozór, niewarta aż poematu, o mało się nie stała główną przyczyną dramatu - parafrazując początek poematu Juliana Tuwima Na stacji Chandra Unyńska. Rzecz miała miejsce bynajmniej nie "w mordobijskim powiecie", jak pisał Tuwim, a w Ustroniu Morskim. W chwili, gdy młoda żona próbowała uwiecznić młodego męża przed wejściem w odmęty fal - tak na wszelki wypadek - z pobliskiej smażalni ryb wyległ dżentelmen w stanie wskazującym na spożycie czegoś więcej niż węgorza i po zaczerpnięciu świeżej morskiej bryzy wdał się z nią w krótką pogawędkę.

Osobnik odezwał się językiem Jana Himilsbacha po spożyciu, używając popularnego w Polsce zwrotu, jakim traktuje się obce sobie, nie tylko klasowo, osoby płci przeciwnej: "Ty stara kobieto lekkich obyczajów" (w przekładzie na literacką polszczyznę rodem z Kłopotów z ciałem Klemensa Krzyżagórskiego; są w tej książce reportaże pod wielce dla tego felietonu pomocnymi tytułami: "Dzień kończy się w kiciu" oraz "Ci mali, groźni ludzie").

Na takie dictum dama doznała szoku, a po odzyskaniu mowy zdała mężowi relację. Ten zapewne nie dosłyszał wyrazów hołdu, jakimi poczęstował jego połowicę oryginalny wielbiciel płci przeciwnej, bo nie dał mu od razu po pysku, a gdy dotarła do niego treść komplementu, było już za późno na cokolwiek, gdyż miłośnik pań i procentów rozmył się w ustrońskiej mgle i zapachu smażalni.

W delikatnych ustrojach pary kulturalnych miłośników nadmorskich widoków i legalizmu zapanowała istna chandra ustrońska. Udali się na spacer ustrońską plażą, aby przedyskutować zaistniały incydent. Dama miała zrazu do swego towarzysza życia pretensję o brak zdecydowania w kwestii obrony jej honoru. On z kolei tłumaczył swe powody wstrzemięźliwości w reagowaniu na pogwałcenie jej godności zasadą nienaruszania nienaruszalności osobistej osoby ludzkiej i koniecznością wystrzegania się stosowania przestarzałej w naszych kulturalnych czasach metody oko za oko, ząb za ząb. Uznał, że sprawę należy pozostawić sumieniu napastnika.

W celu niezbędnej w tych okolicznościach konieczności uzupełnienia ubytków kulturalnych małżonkowie udali się do sali kina Pegaz w Gminnym Ośrodku Kultury. Odbywał się tam koncert zespołów dętych, wchodzących w skład Amerykańskich Sił Powietrznych, stacjonujących w pobliskich Niemczech. Bohemian Rapsody Freddiego Merkury'ego, wygrywana na klarnecie nie tyle przez Piotra Płaksina, co grać nie umiał, ale zawodową klarnecistkę Lindsay Zufall, skutecznie goiła świeże rany i godnościowe wzdęcia, i już mogło się wydawać, że dzień zakończy się lirycznie, gdy nagle na salę wtargnął powód niedawnego dylematu moralno-prawnego młodego małżonka. Dylemat wezbrał ze wzmożoną siłą: bić go czy wezwać policję albo od razu poprosić o interwencję amerykańskie siły zbrojne, podkreślające swymi puzonami, trąbami, obojami, fletami i fagotami, tudzież za pomocą "kwintetu dętego blaszanego z perkusją", polsko-amerykańskie braterstwo broni.

Odwieczny dylemat Polaków w kwestii stosowania przemocy w celu obrony własnej niepodległości czy skromniej - godności współmałżonka, zażegnała owacja na stojąco, zgotowana Amerykanom. Miłośnik kobiet spod smażalni ryb zaginął w tłumie miłośników amerykańskiej kultury, importowanej do kraju Polan via Niemcy. Nasza para udała się tymczasem do hotelu, pogrążona w rozmyślaniach nad rolą przypadku w życiu.

Następnego dnia w restauracji traktowano ich jak przybyszów z innej planety. Rój kelnerek i kelnerów omijał ich szerokim łukiem, nie dając im nawet szansy zajrzenia do karty. W toalecie także zabrakło papieru, a nawet światła. Gdy wreszcie udało im się coś przekąsić, wsiedli do samochodu i czym prędzej rozpoczęli daleką i uciążliwą drogę z powrotem do siebie. Na wysokości Leszna już wiedzieli, gdzie leży przyczyna ksenofobii pomorskich rodaków. Oboje byli młodzi i piękni, gustownie ubrani, uprzejmi i stale uśmiechnięci, niczym ci dęci Amerykanie z orkiestry dętej. No i niczym Amerykanie unikali za wszelką cenę bijatyki... Nie, to zdecydowanie nie mogło się podobać.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail