Przegląd Polski
9 maja 2008

Nowojorska kronika
(muzyka)

ROMAN MARKOWICZ

Mamy kolejny "polski akcent" na nowojorskich estradach: tym razem były to występy Aleksandry Kurzak (sopran), która w Metropolitan Opera pojawiła się w roli Blondchen w Uprowadzeniu z seraju (Abduction from Seraglio) Mozarta.

Skomponowana w 1782 opera w katalogu Mozarta należy do kategorii singspiel, a więc typu opery, w której partie wokalne przeplatane są partiami mówionymi. Mozart skomponował tę muzyczną farsę na polecenie monarchy Józefa II, a oparł ją na popularnym wówczas schemacie dwóch par kochanków z dwóch różnych sfer społecznych i ich ucieczce z tureckiego haremu. To właśnie po premierze tej opery austriacki cesarz - jak może niektórzy pamiętają z filmu Amadeusz - delikatnie skomentował: "Mozart, strasznie dużo nut...".

Pamiętać należy, że za czasów Mozarta "tematyka turecka", jak również specyficzne efekty muzyczne były niezmiernie popularne. Niebezpieczeństwo tureckiego najazdu na Europę odeszło w niepamięć, natomiast w pozostałościach otomańskiej kultury widziano egzotykę. Z muzycznego punktu widzenia najbardziej charakterystycznym elementem opery jest instrumentacja, wsparta tradycyjnymi instrumentami wschodniej muzyki, takimi jak bębny, cymbały, dzwonki, triangel (które później stały się częścią orkiestry symfonicznej) oraz zabarwienie egzotycznymi dźwiękami, wówczas postrzeganymi jako uosobienie tureckiej muzyki.

Za życia kompozytora ogromna popularność Uprowadzenia z seraju wynikała nie tylko z samego gatunku muzyki, wtedy jeszcze i tak nienależycie docenianej, czy z wdzięcznego libretta opartego na chwytliwym temacie. Jak zaznaczyłem, była to nie tylko urocza opera, ale singspiel, czyli forma ówczesnej operetki pisanej w narodowym języku, a nie według typowych włoskich tekstów, rzadko zrozumiałych przez plebejuszy. Następną operą utrzymaną w tym stylu był jeszcze genialniejszy Czarodziejski flet.

Przedstawienie w Metropolitan Opera, w inscenizacji Johna Dextera sprzed blisko 30 lat, zawdzięcza ogromny sukces piątce solistów, dyrygentowi Davisowi Robertsonowi i wreszcie najlepszej mozartowskiej orkiestrze, jaką znam. Robertson nie dyrygował w Met ponad 10 lat; w tym czasie zyskał światowe uznanie. Omawiany spektakl miał energię, logikę i polot: minimalne rozminięcia się orkiestry z solistą nie mogą być powodem do narzekania.

W głównej roli Konstanzy usłyszeliśmy niemiecki sopran koloraturowy Dianę Damrau. Uważam, że nie można zaśpiewać lepiej tej niebywale wymagającej partii (Mozart pisał, jak wiadomo, dla znanych mu śpiewaków, z których wielu należało do najlepszych w Europie). Damrau posiada wszystko: niezawodną technikę, giętkość, zdolności aktorskie, muzykalność i przydatną na scenie urodę. Konstanza jest właściwie jedyną w tej operze dramatyczną rolą i Damrau była przekonująca i powabna: nie było wątpliwości, że Belmonte, którego partia należała do amerykańskiego tenora Matthew Polenzaniego, miał wystarczające powody, aby ją odzyskać z tureckiego haremu. Polenzani jest dzisiaj powszechnie uważany za jednego z najlepszych odtwórców Mozarta i w roli Belmonte był równie wiarogodny i pewny wokalnie. Nazwałbym go "kulturalnym" tenorem, zafascynowanym muzyką raczej niż własnym głosem: jego lirycznego tenoru słucha się z prawdziwą przyjemnością.

W roli Blondchen, angielskiej pomocnicy Konstanzy, wystąpiła Polka Aleksandra Kurzak i była rewelacyjna. Komiczny aspekt jej gry nie podlegał dyskusji: lekcja manier, jaką zaoferowała prymitywnemu Osminowi, była prześmieszna, ale jej wokalne zdolności są wręcz fascynujące. Wydawać by się mogło, że w obecności takiej gwiazdy, jak Damrau, młodsza i mniej znana śpiewaczka znalazła się na drugorzędnej pozycji, ale to dalekie od prawdy. Kurzak była w swojej kreacji równa słynniejszej koleżance: posiada wspaniałe kwalifikacje wokalne, ogromną skalę dynamiczną (przynajmniej podczas komicznego naśladowania swego nachalnego zalotnika) i wiele, wiele wdzięku. Wszystko to przyczyniło się do jej prawdziwego triumfu w tej wielce wymagającej roli. Aleksandra Kurzak nie jest debiutantką w Metropolitan Opera i na pewno nie będzie tu rzadkim gościem.

W TEGOROCZNYM SEZONIE Z PUBLICZNOŚCIĄ POŻEGNAŁ SIĘ PIANISTA ALFRED BRENDEL. W kwietniu usłyszeliśmy kolejny "ostatni występ" w Nowym Jorku najsłynniejszego chyba zespołu kameralnego, jakim jest The Beaux Arts Trio. Od 1973 r. jego nowojorską rezydencją stało się Metropolitan Museum i tam właśnie muzycy wystąpili z pożegnalnym koncertem. Debiutowali w 1955 r. w Tanglewood i tam planują w sierpniu br. swój ostatni występ. Lubię przywiązanie do miejsc, w których rozwijała się kariera artystów: ich występ mógłby wypełnić trzykrotnie większą Carnegie Hall.

Najważniejszą może zasadą muzyki kameralnej jest to, że w teorii wszyscy członkowie zespołu są sobie równi i mają artystycznie tyle samo do powiedzenia. W przypadku tria Beaux Arts sytuacja była nieco odmienna, ponieważ niekwestionowaną rolę przewodnią grał tam zawsze pianista Menahem Pressler, jedyny z pierwotnego składu tej grupy, w której szczególnie w ostatnich dwóch dekadach dokonało się kilka zmian. Obecnie skrzypkiem jest Daniel Hope (z Anglii), a wiolonczelistą Antonio Meneses (pochodzący z Brazylii), obaj znakomici instrumentaliści i godni partnerzy seniora-pianisty. Pressler więc nadał swojej grupie muzyczny kształt i co mnie dawniej trochę bawiło, otwarcie i bez cienia skromności o tym zawsze wspominał. Nie ukrywał faktu, że swoich partnerów po prostu uczył, jak grać. Czynił to z powodzeniem - ostatni koncert stał się dla mnie swego rodzaju pokazową lekcją, czym może być muzyka kameralna.

W programie znalazły się oba wielkie tria Schuberta oraz trzyminutowa kompozycja współczesnego węgierskiego kompozytora Georgi Kurtaga, powtórzona... na życzenie wykonawców. Były też trzy bisy (Szostakowicz, Haydn i Dvołak), zapowiedziane i skomentowane przez pianistę, który uzasadnił taki właśnie, a nie inny wybór. Słuchając występu Beaux Arts zastanawiałem się, czy przez te wszystkie lata byłem nieświadom wielkości tria, czy też Pressler dokonał tego wieczoru muzycznego cudu. W wieku lat 84 nie jest on tak silnym pianistą jak niegdyś - chociaż technicznie był niemal równie doskonały jak dawniej - i tym razem odczułem z jego strony chęć skompensowania fizycznej siły (znanej jako dynamika) dodatkową dozą subtelności i przejrzystości nigdy chyba przeze mnie niesłyszanej. W kompozycjach znanych mi "od podszewki" znajdowałem detale zazwyczaj ukryte przez wykonawców niezainteresowanych wyeksponowaniem głosu przewodniego w każdym momencie, w każdym takcie, w każdej frazie. Wyobraźmy sobie ożywioną i sfilmowaną rozmowę trzech partnerów, w której nagle słyszymy każdego z nich wyraźnie, jak gdyby kamera zatrzymała się na nim właśnie, i moment później na innym, podczas jego riposty. W normalnej sytuacji jest to prawie niemożliwe i w "normalnych", tradycyjnych wykonaniach również trudne do osiągnięcia. Kolejnym, trudnym zadaniem dla muzyka grupy kameralnej jest to, jak cicho - lub jak głośno - może "deklamować" swoje muzyczne partie. Pressler zdecydowanie poszedł w kierunku cichszego dźwięku i większej przejrzystości.

Zbyt wiele detali do omówienia w kronice nieadresowanej do specjalistów, ale o jednym chciałem jeszcze wspomnieć, jak gdyby w odpowiedzi na pytanie, czym się kieruję wydając muzyczne sądy. Jednym z probierzy jest dla mnie sposób, w który muzyk gra triole czy nawet czteronutkowe grupy dźwięków. Proszę sobie zaśpiewać jakąkolwiek melodię złożoną z nutek uformowanych w grupy równych sobie trójek: pierwszy raz - kiedy wszystkie są jednakowe, trochę "maszynowe" tra-la-la, la-la-la, la-la-la, la-la-la, a drugi raz - kiedy pierwsza z owych "tra" jest nieco bardziej zaznaczona. I zadać sobie samemu pytanie: co by mi się bardziej podobało? Otóż większość instrumentalistów zadowoliłaby się wykonaniem równych nutek, tak jak wyglądają one na papierze. Pressler z cudowną delikatnością nadał nawet tym akompaniującym triolkom muzyczny kształt: z akompaniamentu przeistoczyły się one w dodatkową melodię; nie główną, ale wciąż melodię, a nie bełkot. Tyle sekretów krytyka na jedną lekcję.

Staram się podkreślać w swoich muzycznych komentarzach, że jako recenzent i jako muzyk pragnę podczas koncertu nauczyć się czegoś, "ukraść" od wykonawcy jakąś ideę, usłyszeć coś, czego dawniej nie zauważyłem. Nie zdarza mi się to zbyt często i nie dlatego, że wszystko już wiem, że wszystkie rozumy zjadłem. Tak jak rolą aktora jest umiejętna iluminacja słów czy zdań, tak muzyk musi odkryć swojemu słuchaczowi znaczenie, którego on dotąd nie uchwycił. Takim wykonawcą jest właśnie Pressler, który grając pewne kompozycje przez całe dekady, wciąż potrafi się dopatrzyć w nich oryginalności, potrafi przedstawić je tak, jak gdyby je dopiero odkrył, potrafi zachować rzadką spontaniczność. Może dlatego, że muzykę naprawdę kocha.

Takim wykonawcą jest również Andras Schiff; niejednokrotnie otwiera mi oczy na detale w kompozycjach, które znam na pamięć. Kiedy jestem w stanie zadać sobie pytanie "dlaczego tego dotychczas nie zauważyłem?", wiem, że obcuję z wielkim muzykiem. I od takich właśnie się uczę.

Pressler wcale nie ma zamiaru wycofać się z estrady. Wystąpi w lipcu podczas festiwalu w Mannes College. To jest dobra wiadomość. Gorsza - i bardzo bym chciał się tutaj mylić - że Trio Beaux Arts nie pozostawiło niestety po sobie znanych mi spadkobierców, którzy by przejęli pałeczkę. Inne zespoły, nawet te znane, w porównaniu z nim brzmią niestety jak uczniowie...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail