Przegląd Polski
2 maja 2008
- IV Festiwal Polskich Filmów w Nowym Jorku. Od dramatu do komedii - Izabela Kalinowska Blackwood
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Sprawa Kazimierza Pużaka - Krzysztof Mazowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kartki ze skażonej strefy

Pełne dynamizmu spotkanie w Centrum Jana Nowaka-Jeziorańskiego na warszawskim Powiślu z dwudziestoletnim opozycjonistą białoruskim Frankiem Wiaczorką. Spotkanie poprzedzał film pod tytułem Lekcja białoruskiego: wielotysięczna manifestacja w Mińsku z okazji święta narodowego Białorusi. Manifestacja tyleż szybka, co bitewna. Biało-czerwono-biała flaga na maszt, rozbijanie namiotów na mrozie, podawanie sobie dymiących termosów z rąk do rąk - to wszystko w perspektywie zbliżającej się ściany omonowców [odpowiednik ZOMO z czasów PRL-u - przyp. red.], ukrytych szczelnie za blachami. Zbliżali się do zdobyczy jak Las Birmański do Makbeta. Wyszarpywanie jednostek z tłumu, ciąganie za włosy dziewczyn i pakowanie do suk. Skądś my to znamy, prawda? Westchnienie ulgi, że przeszłość. Ale i ciut tęsknoty za tamtym czasem, kiedy to absolutnie całe społeczeństwo było razem.
Wiek protestujących w Mińsku niski: licealiści i studenci. Na filmie Wiaczorka-uczeń. Teraz stoi przed nami młodzieniec i opowiada, jak to u nich jest. Świetna polszczyzna (prosi, żeby go poprawiać). Mówi o więzieniu, o stłoczeniu, karaluchach, znane rzeczy. Z kieszeni wyjmuje małą paczkę, z którą się nie rozstaje. To przyprawa w koncentracie, żeby można było przełknąć więzienny wikt. Mówi szybko o wszystkim, jakby chciał wiele zmieścić. Więc Polesie, dżungla jak brzegi Amazonki, przepiękny kraj. Wyrywam się: - Jerzy Giedroyc jeździł tam na urlopy przed wojną. Bo to była Polska. - Przytakuje: - Co prawda, myśmy nazywali to okupacją, ale ludzie stamtąd do dziś są jacyś bardziej uporządkowani. - Od Wiaczorki wieje optymizm: mimo odcięcia narodu od wiarygodnych mediów, mimo restrykcji liczba zwolenników Łukaszenki topnieje. Wiedzą o tym z niezależnych badań. A ludzie przyzwyczaili się, że mogą być zatrzymani na 48 godzin i dłużej tylko dlatego, że ktoś trzyma pod pachą książkę po białorusku. Władza ma na oku tych kilka szkół, w których dozwolono wykładać po białorusku. (Białoruski jest na Białorusi językiem inteligencji i demokratycznych elit. Wieś uczy się i mówi po rosyjsku). W rodzinie Franka Wiaczorki odsiedział swoje ojciec, teraz przyszła kolej na syna. Zatrzymali go w czasie sesji egzaminacyjnej, niby dlatego, że idąc samotnie ulicą dopuszczał się wulgaryzmów. Nie mógł stawić się na egzamin, więc wyrzucono go z uczelni. Mówi o tym ze spokojem. Więcej, jest jakby uwznioślony. Tacy jak on nie ustaną. O północy ma powrotny pociąg do Mińska...
LEWICY I DEMOKRATÓW JUŻ NIE MA. Sojusz Lewicy Demokratycznej wyprosił Partię Demokratyczną. Marek Borowski próbował coś sklejać, ale nie, nic z tego nie wyszło, młodzi przywódcy SLD, Wojciech Olejniczak i Grzegorz Napieralski, chcą powrotu do czystego socjalizmu. Jaki on tam będzie czysty! Czysty nie będzie, bo korzeniami sięga do PRL.
Muszę wyznać - bez wstydu - że prawdziwy socjalizm zawsze mnie pociągał. Taki, jaki widziałam u pani Lidii Ciołkoszowej, z którą zaprzyjaźniłam się w Londynie. Socjalizm Kazimierza Pużaka, zgnojonego po wojnie w polskim komunistycznym więzieniu; socjalizm Jana Józefa Lipskiego i Adama Ciołkosza, który, nawiasem mówiąc, na emigracji znajdował wspólny język z Edwardem Raczyńskim; obu cechowała inteligencja i wiedza.
Przed wojną socjaliści byli w naszym parlamencie, jednak zawsze w opozycji, władzy nie uzyskali. Podobno jest ona na dłuższą metę niewykonalna, utopijna; kłóci się z wolnością jednostki. Socjalizm w stanie czystym nigdzie dłużej nie zagrzał miejsca. Zawsze się wynaturzał. Tak mówią znawcy przedmiotu.
W dobie PRL-u socjalizm skrzywdzono, używając go wymiennie ze słowem komunizm. Wprowadzono tym zamęt w umysłach. Ja jednak zawsze miałam w głowie ten szlachetny socjalizm, marząc, żeby się gdzieś zrealizował. Ale marzenie się nie spełniło. Kiedyś przyjechał do Polski ktoś, kto uważał się za socjalistę we właściwym tego słowa znaczeniu. Włoch. Kiedy go odwiedziłam we Włoszech - zdębiałam. Mieszkał w pałacu. Kolekcjoner sztuki. Bogacz. To ma być socjalista?! Nie, wcale nie uważałam, że socjaliści muszą być biedni. Ale - znaj proporcje...
REZYGNACJA Z FUNKCJI WICEMINISTRA FINANSÓW PROF. STANISŁAWA GOMUŁKI budzi niepokój. Uważało się, że wraz z ministrem finansów prof. Jackiem Rostowskim stanowią najlepszy z możliwych tandem. Obaj międzynarodowej klasy finansiści, mało pokazywali się w mediach. I słusznie, bo pieniądze wymagają ciszy. I naraz Gomułka odchodzi, tłumacząc, że nie może realizować swoich reformatorskich planów. Natomiast minister Rostowski oświadcza, że świetnie mu się z rządem i premierem pracuje.
Informacja z kół rządowych: poszło o to, że Stanisław Gomułka chciał szybkiej prywatyzacji służby zdrowia. Z punktu widzenia ekonomisty pomysł słuszny. Z politycznego, biorąc pod uwagę rozkład sił w parlamencie, stuprocentowe Waterloo rządu. Niewykluczone też, że rzecz sprowadza się do trudnej koegzystencji dwóch wielkich indywidualności. Pamiętamy, jaką cierniową drogę przeszedł w swoim czasie Leszek Balcerowicz.
NIEPOKOI MNIE, ŻE PO PÓŁROCZU RZĄDÓW PLATFORMY rosnące dotychczas dla niej poparcie zaczyna spadać. A PiS-owi skoczyło. Nie wgłębiam się w tę strategię, może to sytuacja normalna. Nie idealizuję Platformy, ale trudno byłoby mi znieść jej porażkę w przyszłych wyborach. Sporo czasu, ale ja już się martwię, że mogłabym się znów wstydzić rządów PiS.
PODOBNO MOTYWUJE GO "PARCIE NA SZKŁO" (czyli chęć ukazywania się w telewizji). Mowa o ekscentrycznym pośle z Lublina Januszu Palikocie. Przedsiębiorca w branży produkcji szlachetnych wódek, na modłę przedwojennej firmy Baczewskiego, na dodatek filozof z wykształcenia, zainicjował w Sejmie bardzo potrzebną komisję Przyjazne Państwo, której celem jest wypielenie z naszej rzeczywistości zatruwającej życie biurokracji. Robota idzie świetnie. Już kilkadziesiąt pożytecznych ustaw wpłynęło do laski marszałkowskiej w Sejmie.
I wszystko byłoby pięknie, gdyby Palikota nie ogarnęła mania tropienia zdrowia prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Co rusz o nie pyta, sugerując skłonność głowy państwa do alkoholu. W innych krajach, na przykład w USA, raport o stanie zdrowia prezydenta jest obowiązkiem. Premier Tusk deklaruje, że każdej chwili gotów jest przedstawić raport o stanie swego zdrowia. Ale w naszej tradycji tego nie ma. Jednak Palikot nie ustępuje. Nieraz strofowany przez premiera, żeby się uspokoił i trzymał swojej dobrej roboty, nie słucha i ponawia pytania; potem za nie przeprasza, ale jakby prześmiewczo. No i doprowadził do tego, że posłowie PiS-u mają zakaz występowania z nim w mediach. Ale wygrał: Kancelaria Prezydenta oświadczyła, że taki komunikat wkrótce opublikuje. Premier także. Śmiesznie będzie, jeśli się okaże, że stan zdrowia prezydenta jest lepszy od premiera, kiedy ten drugi uprawia sport (piłka nożna), pierwszy zaś z zajęć fizycznych ogranicza się do głaskania kota.
Ja lubię posła Palikota. Nie tylko za świetną pracę w komisji, ale i za indywidualność, nieszablonowość i to, że w jego kontrowersyjnych pytaniach nie czuje się nienawiści. Tak bardzo obecnej u pisowców.
STAŁO SIĘ. Metropolię gdańską, trzecią w ważności po warszawskiej i krakowskiej, przejął arcybiskup Sławoj Leszek Głódź. Lech Wałęsa zareagował po swojemu: "Katastrofa!", a za nim wielu gdańszczan. Nawet katoliccy publicyści ubolewają, a Adam Szostkiewicz z Polityki wręcz mówi: "Zamiana Gocłowskiego na Głodzia to byłoby kolejne potwierdzenie, że trzy lata po śmierci Jana Pawła II Kościół hierarchiczny w Polsce odchodzi od Wojtyły w stronę Rydzyka". Biskupów mianuje papież, ale kieruje się podpowiedziami krajowych episkopatów.
Znajomy ksiądz żartuje, że abp Głódź pogodzi gdańszczan ponad podziałami... w sprzeciwie wobec własnej osoby. Smutna to prawda. Tylko ksiądz Jankowski się cieszy: bratnie dusze, obaj próżni do śmieszności, co przejawia się chociażby w stroju, obaj sprzyjający toruńskiej rozgłośni i jej prądom. Nim abp Głódź objął diecezję warszawsko-praską, był kapelanem Wojska Polskiego. Nie chcę być złośliwa, ale gdy paradował w generalskim mundurze, przy orderach i w czapce rogatywce - wyglądał jak z operetki. Warszawska Praga nie płakała po Głódziu, natomiast na pożegnanie abp. Gocłowskiego stawił się cały Gdańsk z Lechem Wałęsą na czele. Premier Tusk powiedział, że wiele zawdzięcza metropolicie Gocłowskiemu prywatnie, w sferze duchowej; i zatem jest tu raczej jako przyjaciel, a nie urzędnik państwowy.
Źle się dzieje, że wspaniałego kapłana, jakim jest Tadeusz Gocłowski, odsuwa się ze ściśle formalnych powodów (wiek emerytalny).
Warszawa, 21 kwietnia 2008 r.

