Przegląd Polski
4 kwietnia 2008

Skazana na karę śmierci

Z Haliną Zwinogrodzką-Junak rozmawia Maria Szonert

Halina Zwinogrodzka,<BR> zdjęcie więzienne

Jako warszawianka, uczestniczka powstania warszawskiego, jak dzisiaj patrzy Pani na miasto swojego dzieciństwa i młodości?

Warszawa mojego dzieciństwa to miasto z bajki, piękne, wesołe, szczęśliwe. Jej symbolem jest dla mnie Ogród Saski, gdzie znajdował się mój pierwszy plac zabaw, gdzie grała wesoła muzyka i sprzedawano pyszne placki posypane cukrem pudrem. Natomiast Warszawa mojej młodości to miasto okupowane, terroryzowane, bombardowane, miasto upokarzane i w końcu zrównane z ziemią, ale jakże nieugięte, jakże wielkie duchem. To właśnie dzięki tej nieugiętej woli i determinacji warszawiaków mamy dzisiaj ponownie stolicę piękną i podobnie bajkową w oczach małych jej mieszkańców, jak była ona dla mnie siedemdziesiąt lat temu.

Pół wieku walki ze zniewoleniem to życie kilku pokoleń. Dziś wiemy, że była to walka zwycięska, w której ma Pani znaczący udział.

Dziękuję, to może zbyt wielkie słowa. Myślę jednak, że całemu mojemu pokoleniu dorastającemu w Polsce odzyskanej po 123 latach niewoli zaszczepiono wielką miłość do ojczyzny. Konsekwencją tego był polski ruch oporu, największy i najbardziej wytrwały w całej Europie. Duch wolności i zryw do walki był w moim pokoleniu tak silny, że oparł się zarówno faszyzmowi, jak i stalinizmowi. Myślę, że etos zrywu niepodległościowego związany z powstaniem warszawskim był tak potężny, że pozwolił nam przetrwać następne pół wieku zniewolenia i ostatecznie zwyciężyć.

Czym jest dla Pani powstanie warszawskie?

Jako jego uczestniczka nigdy nie miałam wątpliwości, że powstanie było nieuniknione. Przypuszczam, że gdyby pierwszego sierpnia 1944 roku nie podjęto formalnej decyzji rozpoczęcia powstania, to ludność Warszawy samoistnie stanęłaby przeciw niemieckiemu okupantowi. Wtedy, w początkach sierpnia 1944 roku, atmosfera była tak napięta, że nie sposób było powstrzymać naszego pragnienia odzyskania wolności i nadziei na lepszą przyszłość.

Po powstaniu powróciła Pani do Warszawy i podjęła pracę w Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego.

Tak, wiosną 1945 roku wróciłam do Warszawy, a w czerwcu 1945 roku rozpoczęłam pracę w kancelarii ogólnej Departamentu Więziennictwa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, który mieścił się przy ulicy Rakowieckiej w sąsiedztwie kompleksu więziennego. Moim szefem był Bernstein, a jego sekretarką Teresa Zaremba. Oboje byli polskimi Żydami, którzy powrócili z Armią Czerwoną ze wschodu do Polski. Dyrektorem Departamentu Więziennictwa był w tym czasie Dagobert Łańcut. Piętro wyżej mieścił się Wydział Specjalny pod kierownictwem niemówiącego po polsku Sowieta o nazwisku Detiuk.

Podejmując pracę w Departamencie Więziennictwa nosiła się Pani z zamiarem współpracy z polskim podziemiem.

Zdecydowałam się na nią, bo dawała mi możliwość zdobycia informacji, które były potrzebne ludziom związanym z Armią Krajową.

Jak wyglądała Pani współpraca z podziemiem niepodległościowym w tym okresie?

Współpracowałam z grupą partyzantów, którzy wrócili ze wschodnich terenów Polski, między innymi ze Stanisławem Karolkiewiczem. Przekazywałam mu informacje o aresztowaniach członków ruchu oporu. Karolkiewicz w tym czasie został szefem grupy dywersyjnej wchodzącej w skład ugrupowania "Liceum".

Jak długo współpracowała Pani z Karolkiewiczem?

W sumie jakieś pół roku. Któregoś dnia wiosną 1946 roku Karolkiewicz nie przyszedł na umówione spotkanie, ale nie przywiązywałam do tego większej wagi. Parę dni później, 8 marca 1946 roku, przed moim biurkiem w pracy zjawił się niespodziewanie kierownik Wydziału Specjalnego Detiuk i oświadczył, że dyrektor Łańcut chce mnie widzieć. Po rozmowie w gabinecie Łańcuta, której zupełnie nie pamiętam, Detiuk wyprowadził mnie do czekającego przed budynkiem samochodu, którym zawieziono mnie do sąsiedniej bramy więzienia na Mokotowie i oddano w ręce katów wydziału śledczego, którym kierował Goldberg-Różański.

Jak wyglądało śledztwo i rozprawa?

W czasie śledztwa zorientowałam się, że Karolkiewicz został wcześniej aresztowany i dlatego nie stawił się na ostatnie spotkanie. Bezpieka przedstawiła mi dowody naszej współpracy, gdyż znaleziono u Karolkiewicza dokumenty, które mu przekazywałam. Wobec tych dowodów przyznałam się do winy. Śledztwo w mojej sprawie trwało pięć miesięcy, czyli stosunkowo krótko w porównaniu z innymi. Niemniej jednak wydawało mi się, że trwało wiecznie.

Rozprawa odbyła się 23 sierpnia 1946 roku przed Rejonowym Sądem Wojskowym dla miasta Warszawy. Razem ze mną na ławie oskarżonych zasiadło jeszcze dwoje innych pracowników służb bezpieczeństwa: Henryk Dzięgielewski i Józefa Majewska.

To znaczy, że nie była Pani sądzona razem z grupą "Liceum".

Jako pracownik Departamentu Więziennictwa sądzona byłam na rozprawie pokazowej razem z innymi pracownikami służb bezpieczeństwa. Akt oskarżenia zarzucał mi zdradę stanu i szpiegostwo. Po krótkiej rozprawie, z której niewiele pamiętam, zostałam skazana na śmierć. Miałam wtedy 21 lat. Jedyne, co zapamiętałam z rozprawy, to sędziów, którzy mnie skazywali. Ubrani byli w polskie mundury wojskowe, te same, które tak kochałam...

Po paru miesiącach pobytu w celi śmierci została Pani poinformowana, że karę śmierci zamieniono na dożywocie. Czy sądzi Pani, że negocjacje Barbary Sadowskiej, walczącej o uratowanie ludzi z grupy "Liceum", przyczyniły się do złagodzenia Pani wyroku?

W tamtym okresie bezpieka wzywała członków ruchu oporu do ujawniania się, obiecując w zamian wstrzymanie prześladowań. Basia Sadowska, która była w tym czasie komendantem grupy "Liceum", wybrała drogę ujawnienia, mając nadzieję, że w ten sposób uratuje swoich podwładnych od kary śmierci i więzienia. Polegając na oficerskim słowie honoru Różańskiego - uwierzyła. Patrząc na te wydarzenia z perspektywy czasu widać wyraźnie, że bezpieka wykorzystała ujawnianie do zniewolenia ruchu oporu, nagminnie nie dotrzymując obietnicy wstrzymania prześladowań. Moja sytuacja może służyć jako przykład, gdyż zarówno ja, jak i Henryk Dzięgielewski, który też był członkiem "Liceum", otrzymaliśmy kary śmierci już po ujawnieniu grupy przez Barbarę Sadowską. Fakt, że byłam kobietą, zwiększał moją szansę na ułaskawienie. Lecz co przeżyłam przy każdym zgrzycie klucza w zamku, nie wiedząc, czy to już idą po mnie na rozstrzał, nie sposób opisać.

Barbara Sadowska w raporcie opublikowanym w piśmie "Niepodległość i Pamięć" stwierdza, że karę śmierci, na jaką została Pani skazana, zamieniono na dożywocie dzięki jej decyzji ujawnienia grupy "Liceum". Co Pani o tym sądzi?

Barbara Sadowska podjęła bardzo trudną, aczkolwiek kontrowersyjną decyzję ujawnienia swoich ludzi, ale jednak walczyła o nich bohatersko i honorowo. Protestując przeciw oszustwom bezpieki pięciokrotnie podejmowała głodówki, które zagrażały jej życiu.

W swoim raporcie napisała, że warunkiem ujawnienia "Liceum" była gwarancja bezpieki, że "nikt z aresztowanych już pracowników grupy ´Liceumª nie dostanie kary śmierci, a kary ich będą złagodzone". Jednak mój wyrok - kara śmierci - zapadł dwa miesiące po jej umowie z bezpieką.

No właśnie. I tu dochodzimy do zasadniczego pytania. Na ile walka Barbary Sadowskiej o ludzi "Liceum" odegrała rolę w Pani sprawie?

Jest to bolesne pytanie. W notatce od wydawcy do raportu Barbary Sadowskiej pojawia się stwierdzenie, że "nie było w sprawie ´Liceumª żadnego wyroku śmierci". To nieprawda. Ja i Dzięgielewski otrzymaliśmy karę śmierci, najwyższe wyroki z całej czternastoosobowej grupy. Odsiedziałam 10 lat więzienia w zaostrzonym rygorze. Inni, którzy dostali małe wyroki, mogli pracować i odbywać karę więzienia w lepszych warunkach. Poza tym zostałam skazana z artykułu, który nie podlegał amnestii. Jak wynika z akt sądowych, z więzienia wyszłam w odpowiedzi na niezliczone prośby mojej matki, w okresie "odwilży", kiedy to po śmierci Stalina masowo zwalniano wszystkich więźniów politycznych, nawet tych z dużymi wyrokami.

Tak więc negocjacje Barbary Sadowskiej z bezpieką nie miały wpływu na Pani sytuację.

Myślę, że Barbara Sadowska sama doszła do takiego wniosku, gdy zapoznała się z aktami archiwalnymi MSW w 1991 roku i zobaczyła, jak haniebnie została oszukana. Sporządziła wówczas krótką notatkę do raportu, że przekonała się, iż mimo jej głodówek nie wszyscy ujawnieni przez nią członkowie grupy "Liceum" zostali zwolnieni. Napisała wówczas, że odkryła następne oszustwo bezpieki.

Jakie znaczenie historyczne ma według Pani fakt, że bezpieka nie dotrzymała umowy z Barbarą Sadowską, a w szerszym kontekście, że bezpieka nie dotrzymała umowy ze społeczeństwem poprzez kontynuację prześladowań wobec osób, które bądź same się ujawniły, bądź zostały ujawnione przez swych przełożonych?

Uważam, że ma to wielkie znaczenie. Jest to przestroga na przyszłość oraz kolejny dowód bezwzględności Sowietów w zwalczaniu polskiego ruchu niepodległościowego. W świadomości narodowej mamy mocno zakorzenione poczucie krzywdy doznanej z rąk hitlerowskich oprawców. Takiej świadomości nie mamy w stosunku do oprawców sowieckich. Moim jednak zdaniem naród polski bardziej ucierpiał od okupanta sowieckiego niż od hitlerowskiego. Sowieci zabrali nam pół Polski, wymordowali naszych oficerów, deportowali miliony Polaków na Syberię czy do Kazachstanu, więzili i mordowali tysiące ludzi po 1944 roku. To prawda, że przeżyliśmy straszliwe 5 lat opresji hitlerowskiej, ale też przeżyliśmy 10 lat piekła stalinowskiego i aż 45 lat okupacji sowieckiej. To nie hitlerowcy zniszczyli polski ruch niepodległościowy, ale właśnie Sowieci. Zrobili to spokojnie, metodycznie, używając do tego polskich symboli narodowych, przekupując, indoktrynując i buntując brata przeciw bratu. Do dziś Armia Krajowa symbolizująca polski ruch narodowo-wyzwoleńczy nie jest należycie postrzegana przez polskie społeczeństwo, ponieważ piętno sowieckiej indoktrynacji ciągle pokutuje w naszej świadomości. o

W marcu br. ukazała się w Stanach Zjednoczonych książka Marii Szonert zatytułowana Null and Void. Poland: Case Study in Comparative Imperialism. Książka ta opisuje historię polskiego podziemia niepodległościowego na podstawie historii Haliny Zwinogrodzkiej-Junak. Praca została wydana nakładem University Press of America i jest do nabycia pod adresem internetowym http://www.univpress.com.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail