Przegląd Polski
21 marca 2008

Żabką przez Atlantyk

Śniegi Kasprowego

Marek Kusiba

Bohater Śniegów Kilimandżaro Ernesta Hemingwaya, pisarz Harry Street, zostaje ranny w czasie afrykańskiego safari. Myśli o zmarłej ukochanej, którą stracił, przemierzając świat w poszukiwaniu tematów do powieści. Ale nie trzeba wypadku lotniczego ani tropików nieszczęśliwej miłości, by odnieść ciężkie rany. Wystarczy wybrać się w polskie góry...

W dwóch kolejnych numerach Polityki przeczytałem tekścik porażający tytułem "Rzeź na stoku" oraz felieton Daniela Passenta "Strefa zgniotu", wyśmiewający tezy artykuliku. Gdy ta "Żabka" sięgnie druku, ja sięgnę stoku w Whistler, z cichą nadzieją na przeżycie pierwszego po latach zjazdu z lodowca Blackcomb, a w przeciwieństwie do Passenta kocham narty ze wzajemnością i pewniej się czuję na stromych stokach niż na prostej jak stół drodze do banku lub delikatesów, zawalonych świątecznymi wydaniami polskich gazet.

Miłość jest ślepa, a nawet oślepiająca, jak śnieg w słońcu. Brak przeciwsłonecznych okularów o mało nie zaprowadził mnie do krainy wieczności, a byłem blisko, bo w krainie wiecznych śniegów i lodów lodowca Blackcomb. Nie zauważyłem granicy między granią a igraniem z życiem i poleciałem głową kilkanaście metrów w dół, na moje szczęście w objęcia puchowej pierzyny świeżego śniegu. Nie bez powodu hasło "śnieg" w Słowniku symboli Juana Eduardo Cirlota sąsiaduje z hasłami "śmierć bohaterska" i "Śpiąca Królewna", z ciekawym zdaniem, dającym pole do rozważań: "Każda znieruchomiała królewna przedstawia jakąś możliwość w stanie biernym".

Podobnej możliwości wydawała mi się nie przedstawiać koleżanka-instruktorka, leżąca długie minuty w stanie zupełnie biernym na stoku tej samej góry, gdy nasze drogi przecięły się przy dużej prędkości i uderzyła głową w tak zwany beton, czyli twardy, zmarznięty śnieg. Gdy doszła do siebie, poprosiła o przypięcie jej nart, bo nie mogła się schylać. Ale jak ruszyła w dół, zapomniała o bólu. Jazda na nartach jest lepsza od masażu, choć po całym dniu szusowania jest on niezbędny. Jeśli nie ma pod ręką masażystki, konieczne są bicze wodne. Do jacuzzi dobrze jest wziąć Politykę i rozsmakować się w piórze autora (autorki?) podpisującego się J. Flan., a popisującego sobie w celu popisania się następującymi rewelacjami: "Na stok jedzie się teraz jak do rzeźni. Połowa wypadków to głębokie cięcia. Mógłbym wziąć dobrze naostrzoną siekierę i uderzyć kogoś w rękę albo w nogę - efekt będzie ten sam - zapewnia ratownik GOPR z Kotliny Kłodzkiej".

Ratownik Bartosik, a za nim Polityka, rozsnuwa przed czytelnikiem wizję piekła Dantego: "Najczęstsze kontuzje na narciarskich stokach to już nie złamania i skręcenia, lecz wstrząśnienia mózgu i poważne rany". Poważne rany, ale psychiczne, odniosłem w tejże Kotlinie Kłodzkiej, gdy w Zieleńcu wypadłem z trasy zawodów Narciarskiego Klubu Dziennikarzy o wiele mówiącej nazwie "Kaczka", ale nie wypadłem tak spektakularnie, jak pewna snowboardzistka, która "nie wyhamowała na końcu zjazdu i wybiła przednią szybę w zaparkowanym nieopodal aucie". Panna musiała chyba wstąpić do jednego z licznych barów, ulokowanych przy stokach. Codziennie "schodzi" w Zieleńcu 100 litrów piwa i 50 litrów grzanego wina, dlatego trudno się dziwić zamiłowaniu do podejmowania prób zejścia śmiertelnego przez wielu szalonych i pijanych w stok, przepraszam - w sztok amatorów białego szaleństwa.

Pomimo sugestywnego tonu artykułu Polityki białego szaleństwa nie należy wszak utożsamiać z białą śmiercią. Odwrotnie niż cukier, śnieg może być bardzo gorzki, gdy traktuje się go jak wroga. Każdą trasę można pokonać bezkrwawo, wystarczy odrobina pokory wobec gór i złudnej niewinności białego jak suknia ślubna stoku. Za to lektura prasy, węszącej za sensacją, może prowadzić do zbędnych rozwodów z dwiema deskami. Polityka podaje i taką rewelację: "Narciarze dla fantazji potrafią zjeżdżać z puszką piwa w ręce. Furorę w kolejce do wyciągu robi informacja o kijkach z odkręcanymi końcówkami, które zastępują piersiówkę".

To naprawdę postęp w stosunku do czasów śp. Ojca Świętego i mojego śp. ojca, kochających narty i góry. Mój ojciec uczył nas nart i gór z równą pasją, z jaką Jan Paweł II nauczał o miłości bliźniego. Myślę, że myśl Karola Wojtyły wiele wzięła z kontaktu ze strzelistymi górami i dwoma długimi deskami. Dlatego straszenie rzezią na stoku wydaje się, delikatnie mówiąc, dziecinadą redaktorów, którzy nie mieli nigdy nart przy nogach i duszy nie tyle na ramieniu, co przemytej pięknem. Po prostu nie wierzę, że aż połowa wypadków to głębokie cięcia i rany, a stoki Kasprowego spływają krwią, niczym okolice Kilimandżaro po krwawym safari. Redakcji musiało się pomylić poranne golenie z porannym pędzlowaniem w świeżym śniegu albo jest po prostu zaślepiona ściganiem się z konkurencją w slalomie o nakład. Każda miłość jest ślepa, także miłość do nakładu...

Czego pomny, życzę Czytelnikom licznych i radosnych świątecznych lektur oraz smacznego jajka...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail