Przegląd Polski
21 marca 2008
- Wielkanoc 2008 - Ks. Janusz Balicki
- Na natchnienie trudno liczyć. - Z pianistą Piotrem Anderszewskim rozmawia Marcin Włosek
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Na natchnienie trudno liczyć
Z pianistą Piotrem Anderszewskim rozmawia Marcin Włosek
Piotr Anderszewski urodził się w 1969 r. w Warszawie. Studiował w konserwatoriach w Lyonie i Strasburgu, w Akademii Muzycznej w Warszawie i na University of Southern California w Los Angeles. Umiejętności doskonalił na kursach mistrzowskich u Fou Ts'onga, Murraya Perahii i Leona Fleishera. Od 1990 r. koncertuje na całym świecie. Uważany jest za jednego z najwybitniejszych współczesnych pianistów, występuje z takimi orkiestrami, jak m.in. Filharmonia Berlińska, Boston Philharmonic, Chicago Symphony, London Symphony, NHK Symphony i Royal Concertgebouw. Jest laureatem m.in. Gilmor Artist Award (2002), Nagrody im. Karola Szymanowskiego (1999), a także Nagrody Royal Philharmonic Society w kategorii instrumentalista roku (2000)
Pamięta Pan, kiedy Pan pierwszy raz usiadł do pianina czy fortepianu?
Miałem chyba 5 lat... Ale zupełnie tego nie pamiętam.
Tylko bardzo niewiele dzieci i niewielu młodych ludzi uczących się gry na fortepianie, nawet tych, którzy dochodzą do konserwatorium, zostaje ostatecznie zawodowymi pianistami. Kiedy właściwie pomyślał Pan: tak, to jest coś, co chcę i zamierzam robić?
Może w wieku 20 lat. Zacząłem wtedy znajdować przyjemność w ćwiczeniu, lepiej grać, przekazywać bogactwo muzyki. Muzykę pokochałem wcześniej. Ale co innego kochać muzykę, a co innego czuć się zdolnym i powołanym do dzielenia się tą miłością.
Zawsze intrygowała mnie kwestia swobody interpretacji klasycznych utworów. Jazzman - wiadomo - może improwizować, grając standardy. W muzyce klasycznej, wydawało mi się, oryginalny zapis utworu i tradycja jego wykonań stanowią swego rodzaju kaftan bezpieczeństwa dla wykonawcy. Na ile więc Pan, jako wykonawca, może sobie pozwolić na własną interpretację, powiedzmy "Kinderszenen" Schumanna czy preludium Bacha z "Das Wohltemperierte Klavier", nie narażając się na zarzut ekstrawagancji czy arogancji?
Na temat interpretacji można bez końca. Z tego, że tekst muzyczny narzuca pewne ramy, pewną strukturę, nie wynika, że wykonawca nie ma swobody wypełnienia tej struktury własnymi myślami i emocjami. Można się oczywiście zastanawiać nad właściwymi elementami i stosownym ich połączeniem. Ale wtedy narzuca się pytanie - co jest właściwe, co jest stosowne? Nie ma na to dobrej odpowiedzi. Dlatego stale się szuka... Arcydzieła mają to do siebie, że pozwalają się interpretować w różny sposób.
Improwizacja zawsze mnie interesowała. I grając utwór wiele razy czasem improwizuję. Niekiedy coś z tych improwizacji zostaje we mnie na dłużej.
Ale co ostatecznie decyduje w głównej mierze o Pana interpretacji danego utworu?
Tego tak do końca nie wiadomo. Moja intuicja? Zdolności? Wrażliwość? To, co wpłynęło na mnie i zadecydowało o tym, że jestem tym, kim jestem? Może wszystko to po trochu... Do tego dochodzi cała ogromna wiedza o życiu i stylu kompozytora oraz epoce, w której żył.
Zasłynął Pan m.in. nagraniem Beethovenowskich wariacji na temat "Walca" Diabellego, kompozycji bogatej, a przez to skomplikowanej i trudnej. Jak długo Pan te wariacje studiował, zanim przystąpił do ich nagrywania?
Grałem je na konkursie pianistycznym w Leeds [w 1990] i wielokrotnie później na koncertach. Ale do nagrania w studiu nie czułem się gotowy aż do roku 2000. Tak naprawdę, człowiek nigdy nie czuje się w pełni gotowy. Gdybym na taki moment czekał, pewnie niczego bym nigdy nie zagrał i niczego nie nagrał.
Grając utwór nabywa się doń pewnego stosunku. Mając za sobą związane z tym doświadczenia i pewną wiedzę, człowiek myśli w pewnym momencie, że warto wreszcie wypłynąć na ten ocean z nadzieją, że się gdzieś dopłynie.
A jak już Pan wypłynie - niesie Pana natchnienie?
Są momenty, w których czuje się jedność z utworem i jego kompozytorem. Ale one mijają. Na natchnienie trudno liczyć. Gra się więc najlepiej, jak się potrafi, z nadzieją, że będzie to więcej niż poprawne.
Z wypowiedzi znajdującej się na Pańskiej stronie internetowej wynika, żegranie Bacha na współczesnym fortepianie to fascynująca przygoda artystyczna. Proszę nam powiedzieć więcej o tej przygodzie.
Chodziło mi o to, że granie Bacha na współczesnym instrumencie wymaga pokonania różnych stylistycznych trudności i dokonania pewnych zmian. Ale z drugiej strony prowokuje do wykorzystania wszystkich możliwości współczesnego fortepianu.
Bach jest jak niewyczerpalna studnia. Jak się go raz po raz analizuje, zawsze znajduje się coś nowego i nieraz zmienia się zdanie. Dlatego nie ma żadnego ustalonego podejścia do Bacha. Kiedyś podchodziłem do jego utworów bardziej analitycznie, abstrakcyjnie, starałem się grać z matematyczną precyzją. A ta muzyka jest przecież głęboko ludzka. Więc dzisiaj gram Bacha trochę inaczej. Choć, oczywiście, jest pewna obiektywna wiedza o jego muzyce i tej usiłuję się trzymać.
Wśród Pana nagrań jest również "Sonata fortepianowa" Karola Szymanowskiego, jednego z najlepszych, ale stosunkowo niedawno odkrytych przez świat, XX-wiecznych kompozytorów. Ma Pan jakieś szczególne upodobanie do muzyki Szymanowskiego?
Ogromne. Uważam, że jest to jeden z największych kompozytorów XX wieku. Gdzie mogę, gram jego utwory i uwielbiam to robić. To mądra, wieloznaczna i wielopoziomowa muzyka. Jest w niej jakaś niesamowita harmonia między świadomą siebie intelektualną konstrukcją a intuicją i spontanicznością. Te cechy magicznie współgrają ze sobą. Niektórzy kompozytorzy osiągają doskonałość konstrukcji kosztem naturalności i polotu. Utwory innych mają wiele polotu i naturalności, ale nie mają interesującej konstrukcji. U Szymanowskiego to wszystko jest, w dodatku w doskonałej harmonii.
Występował Pan z wieloma znakomitymi orkiestrami. Czy z każdą gra się inaczej? Czy orkiestra wpływa na to, jak Pan gra?
W pewnej mierze. Bo niezależnie od tego, z kim gram, mam swoją koncepcję. Od tej koncepcji można oczywiście do pewnego stopnia odejść. Zawód uczy, że kurczowe trzymanie się pewnej idei może być szkodliwe, głównie dla publiczności. Trzeba więc mieć elastyczne podejście i umieć się dostosować nie tylko do orkiestry, jeśli akurat z orkiestrą się występuję, ale także do sali i jej akustyki, do fortepianu, do publiczności. Ta koncepcja musi też jakoś pasować do mojego własnego nastroju w danej chwili. Jest to więc swego rodzaju paradoks harmonii między czymś z góry przemyślanym, wykalkulowanym a spontanicznością.
Technika nagrań cyfrowych pozwala na uzyskanie zapisu o nieosiągalnej wcześniej perfekcji. Ale w tych nagraniach dokonywanych z kawałków, wielokrotnych powtórzeń i wybranych najlepszych fragmentów jest coś nienaturalnego, coś nieludzkiego. To odczucie słuchacza. A co pianiście takiemu jak Pan daje więcej zadowolenia - mozolne sesje studyjne czy gra na żywo?
To są dwa różne zawody. Nagrywanie to dążenie do perfekcji, którą chcielibyśmy osiągnąć, ale którą rzadko osiągamy. W studiu istnieją wszystkie warunki niezbędne do takiej doskonałości - dobry fortepian, akustyka, czas na powtórki. Na koncercie jest tylko ta jedna okazja. To wymaga koncentracji i stawia człowieka przed niepewnością - jak się będę czuł, gdy wyjdę na estradę, jaka będzie publiczność itd., itp. Jest dużo więcej niewiadomych. To może być ciekawsze niż - jak Pan to określił - mozolne nagrywanie, bo może nadać muzyce nową jakość. Ale jeśli nie wszystko idzie jak trzeba, może też być bardzo nieprzyjemne. Nagrywanie jest bardziej przewidywalne. Świadomość tego, że można powtórzyć wykonanie, zmienia wszystko.
W jednym z wcześniejszych wywiadów powiedział Pan, że nagrywanie daje Panu ogromną satysfakcję jako ćwiczenie czysto muzyczne, w którym można się skupić niemal wyłącznie na muzyce...
Dziś powiedziałbym, że wolę koncerty na żywo - ze względów, które wspomniałem.
Rozumiem, że nadal dyryguje Pan The Scottish Chamber Orchestra znad klawiatury. Na ile zmienia to dynamikę Pana współpracy z orkiestrą?
Ogromnie. Ponieważ nie ma podziału ról między dyrygentem i solistą, biorę artystyczną odpowiedzialność za całość. Dlatego w czasie prób usiłuję precyzyjnie przekazać orkiestrze, o co mi chodzi. Podczas koncertu ta podwójna rola wymaga kompromisów. Bo z jednej strony muszę się skoncentrować na grze na fortepianie, a z drugiej słuchać orkiestry i zajmować się nią, nie faworyzując ani jednego, ani drugiego.
Krytycy muzyczni obsypują Pana komplementami, porównują nawet do Glenna Goulda. Schlebia to Panu czy włącza dzwonek alarmowy: popatrz, co stało się z niektórymi wynoszonymi kiedyś pod niebiosa gwiazdami...
Nie kryję, że jest mi bardzo przyjemnie, jak o mnie dobrze piszą. Ale trzeba zdawać sobie sprawę, że każdy krytyk ma własny, subiektywny punkt widzenia. Kiedyś o tym nie myślałem i czasem byłem zaszokowany tym, co o mnie pisano. Niekiedy wręcz drażniło mnie to. Dziś jestem bardziej tolerancyjny. Ale jak recenzja jest stronnicza, nierzetelna i nieoparta na wiedzy - wciąż mnie drażni.
Czy gra Pan czasem wyłącznie dla siebie, dla takiej jednoosobowej publiczności?
Coraz rzadziej. Jako dziecko grałem dla siebie na fortepianie całe symfonie. Dziś, gdy jestem sam ze sobą i gram, to na ogół ćwiczę. Myślę, że jestem tym, kim jestem, bo gram dla innych.

