Przegląd Polski
11 stycznia 2008
- Wielki Wizjoner - Teresa Bętkowska
- Najnowsza emigracja o swoich losach - Czesław Karkowski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Kupki słów
Piszę 8 stycznia, a to bardzo ważny dzień w polskim kalendarzu: Dzień Sprzątania Biurka. Wyznawcy feng shui uważają, że wszystko, co trzymamy w szafach czy biurkach, a nie było i nie jest używane - blokuje energię i uniemożliwia nadejście korzystnych zmian. Aby one w końcu nadeszły, a nadejść, jak wiadomo, muszą koniecznie właśnie w tym roku, choć nie nadeszły w latach przeszłych, należy się niezwłocznie zabrać do sprzątania. Choćby po to, by zrobić miejsce na nowy bałagan.
Zwłaszcza początek Roku Szczura - by trzymać się Chińczyków, bo jak wiadomo z literatury, oni "trzymają się mocno", a takich warto się trzymać - skłania do tak rewolucyjnych posunięć, jak odłożenie na półkę nigdy nie doczytanej do końca, ale jakże smakowitej lektury - korespondencji Sławomira Mrożka z Wojciechem Skalmowskim. Pytał Mrożek przyjaciela o postanowienia z okazji nowego roku 1972, i wyjaśniał swoje motywacje: "Kołacze się we mnie resztka uczciwości: jeżeli już mam żyć dalej, a wcale nie mam ochoty umierać, to trzeba to jakoś urządzić, siedzenie i narzekanie, że to nie ma sensu, mnie nie pociąga". I dalej: "I tak się sobie cieszę, że nic nie wiem, że dookoła coraz głupiej, coraz bardziej wyraziście głupio. I nie wiem, jakie mam zrobić dobre postanowienia, ale mam szczerą wolę zrobienia dobrych postanowień".
Mrożek-emigrant pisał to w Paryżu do Skalmowskiego-emigranta w Brukseli. Ja piszę w Toronto całe 36 lat później do Czytelnika mieszkającego gdzieś w Ameryce i gdzieś w świecie, przede wszystkim do Czytelnika-emigranta. Niewiele się w tym świecie zmieniło. Dookoła coraz głupiej, coraz bardziej wyraziście głupio. I nie wiem, jakie mam zrobić dobre postanowienia, ale mam szczerą wolę zrobienia dobrych postanowień, do których w pierwszym rzędzie zaliczam posprzątanie biurka. Poza stertą nigdy nie opublikowanych maszynopisów mam na nim stertę zaczytanych na śmierć, lub nigdy nie doczytanych do końca, czy nawet niezaczętych książek. Najprościej byłoby się pozbyć z biurka tych maszynopisów i tomów, czyli "kupek słów, w których grzebiemy wzrokiem, jak grzebie się patykiem w kupie piasku" - słowami Jana Zbigniewa Słojewskiego, popularnego niegdyś w Polsce felietonisty o pseudonimie Hamilton. Ale wyznawcy chińskich praktyk planowania w celu osiągnięcia zgodności ze środowiskiem naturalnym nie przewidzieli jednego: że te kupki słów są moim środowiskiem naturalnym, a grzebanie w tej pryzmie papierowego piasku pozwala mi osiągać jako taką zgodność. Z logiką i gramatyką. Bo, jak pisze w innej kupce słów zwanej Dziennikiem 1931-34 Anaïs Nin, "tropienie ciągów myślowych, jakimi człowiek dochodzi do pewnych sformułowań, jest rzeczą niemal niemożliwą. Błądzimy tu bowiem po omacku, poruszamy się w ciemnościach. Nie istnieją gotowe, jasne i czyste zdania, które od razu kładzie się na papier". Te zdania, najkrócej mówiąc, należy wygrzebać z tych licznych kupek słów, ułożonych w stertach na biurku.
Jest to wszak zajęcie wielce ryzykowne, jak każde błądzenie w ciemnościach: można wejść na minę. Otwieram oto Dziennik 1954 Leopolda Tyrmanda na dacie 8 stycznia i czytam: "´Być sobą, być sobą - this above all!ª pokrzykuje, jak wiadomo, Hamlet. Jest to słuszne życzenie. Dziś męczy mnie szczególniej niż zazwyczaj. Bo ja nie jestem sobą. A kim? Cholera wie. Tak się upozowałem na stłamszonego i zapoznanego przez rewolucję, dziejowy moment, moje społeczeństwo, a nawet samego siebie, że sam nie mogę się rozpoznać. Już chyba nigdy z tym nie dojdę do ładu".
Tyrmand bynajmniej nie hamletyzuje, a stwierdza, że pisanie dziennika jest namiastką twórczości, jest jego usprawiedliwieniem wobec samego siebie, a nie konstrukcją niezależną, i nawet nie wie, czy w tym dzienniku opisuje siebie. To samo mógłbym powiedzieć o sobie i tych felietonach, będących także rodzajem (cotygodniowego) dziennika, a jako samousprawiedliwienie przedłożyć cienie emigracji. Too late, jak mówią Indianie. Nie tak dawno wyłuszczyłem pani magister Justynie B. z Krakowa, piszącej pracę doktorską o zadomowieniu i wyobcowaniu pisarzy polskich w Kanadzie, że tak zwane wygnanie jest dla pisarza nie tylko pożyteczne, ale wręcz - konieczne, a w Wittlinowej dychotomii Blaski i cienie wygnania więcej blasków niż cieni... Dla mnie przynajmniej. Ale to temat na obszerną dysertację, jak najbardziej doktorską, a nie krótki felieton.
W nim można jedynie podjąć zobowiązania w celu realizacji zamierzonych celów... "Wyrzućmy wszystko to, co niepotrzebne" - radzą specjaliści od feng shui. Na biurku trzeba więc zostawić komputer, sterty książek i maszynopisów. Wypisane długopisy i zgryzione ołówki, które, jak wiadomo, służą felietoniście do ostrzenia sobie zębów na następne ofiary, należy usunąć, by zrobić miejsce na nowe, niepogryzione. A potem zostaje już tylko spokojne czekanie na 8 stycznia 2009 r., czyli kolejny Dzień Sprzątania Biurka...

