Przegląd Polski
4 stycznia 2008

Wędrowiec

Z ukraińskim poetą Wasylem Machną rozmawia Izabela Joanna Bożek

Opuszczałeś Ukrainę siedem lat temu, już jako ukształtowany poeta. Czy nie bałeś się, że ów wyjazd przestawi w Tobie coś wewnętrznie i że Twoje poetyckie postrzeganie świata, poetycki język mogłyby doznać zachwiania, że mógłbyś przestać być poetą?

Bałem się, oczywiście że się bałem. Przez pierwsze dwa lata tutaj próbowałem pisać, ale wszystko, co stworzyłem w tym czasie, poszło do kosza. To były wiersze człowieka zupełnie zdezorientowanego, człowieka w depresji, idealizującego przeszłość, przekonanego, że zostawił za sobą coś, co było najważniejsze i co odeszło bezpowrotnie. Minął jakiś czas, zanim zacząłem pisać wiersze o Nowym Jorku, o mnie w Nowym Jorku. Zacząłem też pisać eseje. Dopiero wtedy wszedłem w inną poetykę, inny nastrój. Książka Płetwa ryby, której część powstała jeszcze na Ukrainie, a część tutaj, pokazuje najlepiej proces zmiany estetyki i stylistyki mojej twórczości. 38 wierszy o Nowym Jorku i nie tylko (po polsku 34 wiersze, wydane w Biurze Literackim) potwierdziło ten mój inny image, na trwałe podzieliło moją twórczość na okres ukraiński i amerykański.

W jaki sposób określiłbyś zmianę, która zaszła w estetyce Twojej twórczości? Jak się zmieniła perspektywa Twojego świata?

Stałem się bardziej otwarty na współczesność, na zmiany w świecie, których wcześniej nie chciałem widzieć, o których nie chciałem pisać albo uważałem, że nie są one ważne, ciekawe. W Ameryce, w Nowym Jorku, zrozumiałem, że poezja, sztuka w ogóle, musi rozmawiać z czytelnikiem, ze swoim odbiorcą, językiem współczesności, która nas otacza. Nie jestem jedynym pisarzem, który przeszedł taką przemianę, ale w moim przypadku los zadecydował, że musiałem tu przyjechać, by to zrozumieć. W czasach gdy mieszkałem na Ukrainie, uprawiałem poezję metafizyczną, wędrowałem w moich wierszach przez odległe kultury, przeczytane książki, abstrakcyjne uczucia, zmysły. Teraz chcę być wędrowcem przyglądającym się światu, wędrowcem mówiącym językiem, który funkcjonuje, jest zrozumiały. Jednocześnie jak gdyby dążę do tego, by ten współczesny język nie przeminął wraz z teraźniejszością, o której opowiada, by przetrwał współczesność, z której wyrasta, nabrał cech uniwersalności i pozwalał zobaczyć więcej.

Czy chcesz przez to powiedzieć, że w ukraińskim okresie życia nie interesowała Cię ówczesna rzeczywistość, że nie zajmowałeś się przemianami, które wówczas zachodziły na Ukrainie? Jednym słowem, nie wierzyłeś w społeczną przydatność poezji?

Ukraina lat 90., wszystko, co się tam działo po upadku komunizmu, nie było przedmiotem mojego poetyckiego zainteresowania. Nie chcę przez to powiedzieć, że osobiście mnie to nie interesowało czy nie dotykało. Ale nie znajdowałem w tych przemianach materii dla mojej poezji. Chciałem rozmawiać z moim czytelnikiem językiem metafizycznym, prowadzić z nim dyskurs filozoficzny, wolny od śladów teraźniejszości. Sądziłem, że to, co się działo na co dzień, co zmieniało się wokół mnie na bieżąco, nie powinno być przedmiotem poezji. Dziś do pewnego stopnia zmieniłem swój pogląd, ale w dalszym ciągu uważam, że poezja nie może operować jedynie narracją, nie może być tylko obrazem, wycinkiem rzeczywistości, który czytelnik będzie sobie interpretował. W poezji musi być zawarta pewna sentencja, w której zamyka się podana przez poetę myśl do rozważenia przez czytelnika. Po 38 wierszach napisałem już wiele nowych utworów. Zawiera je wydany niedawno na Ukrainie tom zatytułowany Cornelia Street Café, który jest po części także wyborem wierszy dawnych.

Wiersze w tym tomie ułożone są chronologicznie, ale w odwrotnym porządku - od najnowszych na początku po starsze.

Wpadłem na ten pomysł, bo chciałem, żeby to było spojrzenie przez lunetę przyłożoną do oka szerszym końcem (śmiech).

Czy te wiersze można już czytać po polsku?

Niektóre ukazały się pojedynczo w Akcencie i we Frazie. Bogdan Zadura przetłumaczył wiele z nich.

Porozmawiajmy o Twoich polskich przyjaźniach. Od wielu lat jesteś w ścisłym kontakcie z Bohdanem Zadurą. Jak zaczęła się Wasza znajomość?

Spotkaliśmy się w Krzemieńcu w roku 1999 z okazji obchodów Roku Juliusza Słowackiego. Każdy z nas był w delegacji swojego kraju. Zaczęliśmy rozmawiać, dałem mu jakieś swoje książki, a po pewnym czasie on zawiadomił mnie, że moje wiersze ukażą się w Akcencie w jego przekładzie. I to było dla mnie bardzo ważne, ale też pakowałem się wówczas, miałem opuszczać Ukrainę. Po jakimś czasie odnowiłem znajomość z nim poprzez internet, Bohdan zdaje się nie wiedział, gdzie się podziałem. Potem napisałem wiersz, który ukazał się na rozkładówce Przeglądu Polskiego, zatytułowałem go Nowojorska kartka do Bohdana Zadury. Z jakiegoś powodu było dla mnie niezwykle ważne prowadzenie tego dialogu i to nie z jakimś ukraińskim poetą, ale właśnie z Zadurą. Napisałem ten tekst jako propozycję dialogu, chcąc usłyszeć inny głos, głos z Europy. Bardzo mi wtedy tego brakowało. Myślę, że nasze wiersze stworzyły pewien metatekst, będący mostem między nami. Jesteśmy teraz w stałym, niemal codziennym kontakcie, poprzez e-mail, ale widujemy się nieczęsto. Ostatni raz spotkaliśmy się na festiwalu poetyckim Port Wrocław, zorganizowanym przez Biuro Literackie, które wydało moje 34 wiersze o Nowym Jorku. Zadura jest prawdopodobnie największym promotorem poezji ukraińskiej w Polsce. Jego antologia Wiersze zawsze są wolne miała przed miesiącem wznowienie. Nie widzę w żadnym innym kraju takiego przyjaciela i promotora literatury ukraińskiej, jakim jest Zadura. Cieszę się z tej przyjaźni niezmiernie.

Ale Ty także promujesz polską poezję na Ukrainie. Niedawno ukazał się tom poezji Janusza Szubera w Twoim przekładzie, tom dwujęzyczny "Spijmanyj w sit", czyli "Złowiony w sieć". Janusz Szuber to poeta szczególny: przekłady jego wierszy drukowane są w "New Yorkerze", ale w Polsce nie jest chyba zbyt dobrze znany. Jak dotarłeś do niego?

Znajoma pani profesor z KUL-u przysłała mi książkę poety, o którym nigdy nie słyszałem. Tomik miał tytuł O chłopcu mieszającym powidła. To był mój pierwszy kontakt z Januszem Szuberem. Samo nazwisko nic mi nie mówiło, ale zacząłem czytać wiersze, które były dla mnie odkryciem. Poza tym zwróciłem uwagę, że ich autor mieszka w części Polski stanowiącej pogranicze Ukrainy i Polski, do której zawsze miałem sentyment, bo tam, niedaleko, we wsi Dębno koło Leżajska urodził się mój ojciec. Drugim źródłem mojego sentymentu do tych okolic była postać Bohdana Antonycza, bardzo ważnego poety ukraińskiego (pisałem o nim pracę doktorską), który przeżył tylko 27 lat; urodził się Łemkowszczyźnie i chodził do Gimnazjum Królowej Zofii w Sanoku.

Wracając do Janusza Szubera - zacząłem tłumaczyć jego wiersze, kilka z nich ukazało się w literackich pismach ukraińskich. Wysłałem te przekłady Januszowi i tak zaczęła się nasza przyjaźń. Janusz zaprosił mnie w 2000 roku na wieczór autorski do Sanoka i wtedy poznaliśmy się osobiście. Jechałem do Sanoka jako do miejsca Antonycza, ale szybko to miasto stało się dla mnie miejscem i Antonycza, i Szubera. Tom, który przetłumaczyłem, jest pierwszą książką Janusza w obcym języku, mimo iż jego pojedyncze wiersze są tłumaczone na wiele innych języków. Uważam go za bardzo ważnego poetę w polskiej literaturze i chciałem, by jego nazwisko zabrzmiało też w ukraińskim kontekście. Szuber jest w Sanoku legendą. W zeszłym roku, kiedy odwiedziłem Polskę, mieliśmy wspólne czytanie w bibliotece miejskiej. Na ten sam dzień przewidziano otwarcie hali sportowej i mecz hokeja. Sądziłem, że publiczność na naszym wieczorze będzie niewielka. Tymczasem przyszło tak wielu ludzi, że organizatorzy musieli wywiesić informację o braku miejsc. To stało się właśnie za sprawą Janusza, który jest w Sanoku jedną z najważniejszych postaci. Oprócz niego i Bogdana Zadury do grona moich najbliższych polskich przyjaźni poetyckich należy poznana w Nowym Jorku Anna Frajlich, która też jest dla mnie niezwykle ważną osobą.

Jakich poetów czytujesz?

Ostatnio nie czytam tak wiele poezji.

Czy to znaczy, że piszesz także mniej wierszy?

Tak. Zwróciłem się ostatnio w stronę eseju. Co prawda pracuję nad nowym tomem wierszy, ale ta praca posuwa się bardzo wolno. Wszedłem chyba w okres odpoczynku od poezji.

Kilka lat temu Janusz Szuber zapytał mnie, ile napisałem wierszy w ostatnim roku. Odpowiedziałem, że pewnie około dwudziestu. "Jesteś szczęśliwy, człowieku - powiedział Janusz. Ja napisałem trzy" (śmiech.) Taki okres niepisania wierszy zdarza się każdemu poecie, tak sądzę. Myślę, że szukam nowego klucza, nowego języka. Przychodzą do mnie nowe tematy, takie, które nie przychodziły do mnie, kiedy miałem 20, 30 lat. Muszę dla nich znaleźć inny, nowy język, którym mógłbym je objąć i za pomocą którego mógłbym na nowo i inaczej zacząć rozmawiać z moim czytelnikiem.

Czy Nowy Jork wciąż jest dla Ciebie źródłem inspiracji?

Tak, ale nie tak mocnym jak kiedyś, kiedy przyjechałem. Nie jest już dla mnie taką tajemnicą, jaką był zaraz po moim przyjeździe, kiedy się nim zachłystywałem. To uczucie nie odeszło całkowicie, ale nie jest tak dotkliwe. Tak jest ze wszystkim w życiu człowieka...

Co jest przedmiotem Twoich esejów?

Zbiór, który ukazał się właśnie po ukraińsku, nosi tytuł Park Kultury i Wypoczynku imienia Gertrudy Stein (śmiech). To odniesienie do Bryant Parku znajdującego się na tyłach nowojorskiej biblioteki przy Piątej Avenue. Bryant, amerykański poeta romantyczny, nie jest dla mnie specjalnie ważny, natomiast w tym parku stoi pomnik Gertrudy Stein i tam, w jego cieniu, spotykam się zwykle z Elżbietą Czyżewską. To bardzo ważny detal. W samym tytule jest pewien żart: nawiązuje on bowiem do komunistycznej maniery nazywania miejsc rozrywki i rekreacji imionami bohaterów narodowych w byłym ZSRR. Ten paradoksalny tytuł sygnalizuje połączenie moich doświadczeń literackich, kulturalnych w mojej ukraińsko-nowojorskiej wędrówce. Piszę o moich lekturach, o spostrzeżeniach literackich i kulturowych, o przeniesieniu moich "domowych" oczekiwań na grunt amerykański. W tej chwili zaś pracuję już nad nowym tomem esejów, do którego tytuł zaczerpnąłem z ukraińskiej dziecięcej wyliczanki - Kotylasia torba z wysokogo gorba, a v tiy torbi - hlib palyanyci, hto znayde, toy bude zshmurytsia. A zatem ta "tocząca się torba" to metafora mojego życia (śmiech). Ta książka jest nieco inna, bardziej osobista, dotycząca paradoksów mojego życia. Na przykład w eseju Paszport opowiadam o moich doznaniach związanych z otrzymaniem obywatelstwa amerykańskiego. Wiele z tych esejów zostało już przetłumaczonych przez Bohdana Zadurę na polski, być może kiedyś uda się je opublikować jako książkę. Uważam, że dla poety niezmiernie ważna jest rozmowa z czytelnikiem za pośrednictwem eseju, ta forma stała się dla mnie ostatnio niezwykle ważna i ciekawa. Są bowiem rzeczy, których nie chcę lub nie mogę przekazać w poezji i esej przychodzi mi wtedy na ratunek.

Myślisz czasem o powrocie na Ukrainę?

Ciężkie pytanie... Jestem przywiązany do tamtego świata poprzez język, ale skoro jestem wędrowcem, chciałbym mieć więcej wolności. Ciężko byłoby też wrócić do czegoś, czego już nie ma. Gdybym nigdy nie wyjechał z Ukrainy, nie zauważyłbym zmian. Skoro widziałem już coś innego, będę zawsze porównywał. W pierwszym dniu mojego pobytu w Tarnopolu przeszedłem się po knajpach, w których kiedyś bywałem i nie spotkałem nikogo znajomego. Knajpy się zmieniły, niektóre przestały istnieć, niektóre mają nowe nazwy. Zrozumiałem, że miasto, które zostawiłem, i to, które teraz odwiedzam, to dwa różne miasta.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail