Przegląd Polski
4 stycznia 2008

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Weszliśmy do strefy Schengen. "Schengen, Schengen" - na ustach wszystkich. O północy 21 grudnia 2007 roku zdjęto znaki graniczne dzielące nas od Niemiec, Czech, Słowacji i Litwy. Jak ongiś kawałki muru berlińskiego, tak dziś nasze porąbane słupy i tablice stoją wysoko na giełdach. Ale co tam przedmioty! Swoboda się liczy. Pamiętam te druty kolczaste, te kilometrami ciągnące się zasieki, pasy zaoranego pola i to stanie godzinami w kilometrowych kolejkach z duszą na ramieniu, że może coś w naszym bagażu lub zachowaniu nie spodoba się wszechwładnym pogranicznikom. Wszystko to jednej nocy zniknęło. Hulaj dusza, piekła nie ma! To znaczy tam, gdzie była granica, dziś pruje się na pełnym gazie albo swobodnie, wolnym krokiem przechodzi na drugą stronę. Przepełnia mnie historyczna radość. Chociaż jest to radość platoniczna, bo zważywszy wiek i stan finansów (emerytom się nie poprawiło!) zapewne z tej wolności nie skorzystam. Ale kto wie?!

Z biciem serca patrzyłam, jak Donald Tusk, w pocie czoła (mówił, że ostatnie drzazgi były najgorsze), przy dźwiękach Ody do radości (hymn Unii Europejskiej) przepiłowuje szlaban dzielący nas od zachodu i południa, w tak zwanym Worku Turoszowskim, u zbiegu granic Polski, Niemiec i Czech. W towarzystwie kanclerz Angeli Markel i premiera Czech Mirka Topolanka. (Nawiasem mówiąc, przyjęło się u nas, wzorem Ameryki, spieszczanie imion polityków: mówi się Mirek Topolanek, Radek Sikorski, szef polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych).

Nie tracąc nic z narodowej suwerenności, jesteśmy wreszcie naprawdę w zjednoczonej Europie. Pytanie, jak się tę jedność pojmuje. Premier Tusk po przepiłowaniu granicznego szlabanu powiedział: "To jest początek naszego współżycia z Europą; teraz trzeba budować drogi i mosty między nami; i te dosłowne, i te w naszej świadomości". A w tym samym czasie prezydent Lech Kaczyński, przecinając wstęgę dzielącą nas od Litwy, oświadczył: "Osiągnęliśmy punkt docelowy".

***

W tych dwóch krótkich zdaniach zawiera się zasadnicza różnica w pojmowaniu naszego miejsca w Europie. Opowiadam się za sensem wyrażonym przez Tuska. Mój nastrój da się ująć w strawestowanej przez Leona Schillera sentencji Stanisława Wyspiańskiego, wygłoszonej, co prawda, w zupełnie innych okolicznościach: "Teatr swój widzę ogromny".

Tam, gdzie Lech Kaczyński widzi kres, Donald Tusk widzi początek. A tak na marginesie. Gdyby jeszcze nie tak dawno ktoś przedstawił wizję Polski z przeciętną pensją ponad tysiąca dolarów miesięcznie, z zupełną swobodą podróżowania bez żadnych ograniczeń od Warszawy po Lizbonę - niechybnie wzięto by go za wariata.

Lech Kaczyński obejmując prezydenturę powiedział: "Panie prezesie, zadanie zostało wykonane". Tym samym określił swój priorytet: jest przede wszystkim członkiem PiS-u, a nie prezydentem wszystkich Polaków.

***

Tusk zaczął premierostwo od roboczych wizyt w Berlinie, Lizbonie i Paryżu, co z miejsca zmieniło nasz wizerunek za granicą. Wizerunek ośmieszony poczynaniami braci Kaczyńskich i ich przybocznej, minister Anny Fotygi. Nie chodzi o to, że 40-milionowym krajem w Europie rządzili nierozróżnialni fizycznie bliźniacy. Niechby i tak było. Chodzi o treść i styl tych rządów, całkowicie anachroniczny.

Przyznaję, że jestem zwolenniczką Donalda Tuska. Jego postawa, zachowanie i reakcje kojarzą mi się z J.F. Kennedym, którego dobrze pamiętam. Charyzma obu polega na nieudawanej młodzieńczości, bezpośredniości i prostocie w kontaktach z ludźmi. Przy tym Tusk i jego ekipa lepiej niż poprzednicy rozumieją istotę demokracji, a zatem sprawniej będą wcielać ją w życie państwa. Życzę premierowi jak najlepiej, chociaż przed jego rządem ocean spraw zaniedbanych i zabagnionych.

***

Jak dotąd notowania Tuska stoją bardzo wysoko; jest pierwszym na liście popularności Polaków. Ma się rozumieć, ma i oponentów. Ci wytykają mu nawet fakt, że w wigilię Bożego Narodzenia poszedł do bezdomnych w swoim rodzinnym, ukochanym Gdańsku. Już co prawda przestano mu wypominać dziadka w wermachcie (został wcielony przymusowo i przy pierwszej okazji zbiegł do armii Andersa). Przeciwnicy wyciągnęli Tuskowi i będą wyciągać nie tylko zwykłe ludzkie odruchy, ale i prawdziwe wpadki, których przecież nie zabraknie. Tak czy owak, udał nam się ten Kaszub. Nie tylko ten, bo jak się okazuje, mamy w parlamencie drugiego młodziutkiego Tuska. Ani brat, ani swat dla Donalda. Po prostu, na Kaszubach, o których, niestety, tak mało wiemy, nazwisko Tusk należy do pospolitych. A rodzą się tam niepospolici ludzie.

***

Po dwóch latach zmory mamy kompetentny rząd, którego nie musimy się wstydzić. Przyjemnie popatrzeć na tych "wykształciuchów". Co za ulga!

A z PiS-u wyciekają ludzie. Najpierw odeszli ci z górnej półki: Paweł Zalewski i Michał Kazimierz Ujazdowski, wiceprezesi partii. Nie znieśli dyktatu Jarosława Kaczyńskiego, uniemożliwiającego dyskusję nawet w obrębie własnej organizacji. Z nimi kilku mniej znaczących posłów. Ciury w terenie, pozbawieni lukratywnych posadek, opuszczają partyjne szeregi bezszelestnie. Już pojawia się pytanie: czy PiS przestanie być najsilniejszą partią opozycyjną?

***

Nie mogę opędzić się uczuciu, że w obliczu wejścia w życie umowy z Schengen Ameryka zbladła w odbiorze większości Polaków. Ta do niedawna mekka, do której leciało się, żeby przy przysłowiowym zmywaku zarobić upragnione dolary, wyleciała nam z głowy. Kolejka po wizy przed konsulatami USA stopniała, bo jadą tylko ci, którzy chcą zobaczyć bliskich, a nie po zarobek. Nie dolar, ale euro się liczy. I my, już-już, zamienimy złotówkę na europejską walutę.

Tu przypomnę, że wejście do strefy Schengen otworzyło nam granicę zachodnią i południową, ale zamknęło wschodnią. Na wschód kierowane są wzmocnione siły; wzmocnione nie tylko przerzuconym personelem, ale i ciężkim sprzętem. Mysz się nie prześlizgnie. Niestety, znów musimy być przedmurzem; nie tyle chrześcijaństwa, co Unii Europejskiej.

***

W czasie gdy wiwatując otwieraliśmy granice, w środku Polski, w Warszawie, w Sejmie - huczało. "W imieniu osiemdziesięciu procent Ślązaków mówię wam - grzmiał z trybuny sejmowej znany reżyser, poseł Platformy Obywatelskiej Kazimierz Kutz, unosząc ręce niczym Piotr Skarga - przestańcie sobie wycierać gęby śmiercią Barbary Blidy! Poziom waszej nieprzyzwoitości jest horrendalny. Zniszczyliście tę kobietę. Ona nie ma nic wspólnego z jakąkolwiek aferą węglową. Możecie sobie wrzeszczeć do jutra. Dlaczego wy tak przysypujecie węglem panią Barbarę? Przyszliście do jej domu jak do bandyty. I ta kobieta zrobiła to, ponieważ była osobą honorową. To, co my dzisiaj wiemy o jej tak zwanej przestępczości, w ogóle nie nadaje się na to, żeby tam się pojawił jakikolwiek policjant, a nie ta wataha ludzi, ta kamera.
I to właśnie będzie komisja badała...".

Przypomnę, jak było: w kwietniu 2007 r., o świcie, zakapturzona brygada Agencji Bezpieczeństwa Wewnętrznego wtargnęła do domu Barbary Blidy. Na zewnątrz ustawiono kamerę, która najpewniej miała filmować wyprowadzanie Blidy w kajdankach. Uprzedziła ich. W czasie przeszukania wyjęła z kieszeni szlafroka pistolet (miała pozwolenie na broń) i śmiertelnie się postrzeliła.

Barbara Blida, rodowita Ślązaczka, lubiana i popularna. Za rządów Sojuszu Lewicy Demokratycznej była ministrem budownictwa. Później wróciła do siebie na Śląsk. Na winę Blidy nie było twardych dowodów. Jedynie pomówienie przyjaciółki, innej Ślązaczki, zwanej Alexis, przetrzymywanej ponad półtora roku w tzw. areszcie wydobywczym (proceder uprawiany przez ówczesnego ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę). Po zwolnieniu z aresztu Alexis odwołała zeznania. PO, LiD i PSL domagały się powołania komisji celem wyjaśnienia sprawy. Przeciwstawiał się PiS, bojąc się prawdy. Komisję większością głosów powołano. W chwili, gdy piszę te słowa, toczy się spór o jej skład.

***

"Pali się, moja panienko!". Niestety, w Polsce nie jest tak jak w czeskim filmie. Ludzie naprawdę giną w płomieniach. Sprzeczamy się z mężem, jaka będzie pierwsza wiadomość dnia: pożary czy wypadki drogowe spowodowane przez pijanych kierowców. Ostatnio więcej jest tych pierwszych. Pożary wybuchają nie tylko z powodu źle zainstalowanych lampek na choinkach. Również, a właściwie przede wszystkim, przyczyną są prowizoryczne instalacje gazowe i elektryczne w nieremontowanych od lat domach.

Ekipie Tuska, której szczerze sekunduję, przyjdzie zmierzyć się z potężnie zapuszczonym krajem.

Warszawa, 30 grudnia 2007 r.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail