Przegląd Polski 15 czerwca 2007

Mały cień wielkiego czarnoksiężnika

JOANNA ROSZAK

Czytelnik ostatnich tomów-budowli Tymoteusza Karpowicza (na zdjęciu) przeczuwa jego skłonność do fragmentu, aforyzmu, poetyckiej formy definicji. Ale przyjaciel i student Karpowicza z Chicago, profesor Frank Kujawinski, napisał mi w jednym z listów, że jego poezja "nie była jak przepisywanie tradycyjnej prawdy, jak aforyzmy, wskazówki". Karpowicz nie traktował wiersza jak ćwiczenia z awangardy, ale pielgrzymował, szukał nowych lądów poezji.

Wydany właśnie tom Małe cienie wielkich czarnoksiężników składa się z zebranych w cztery bloki (m.in. Dziady chicagowskie, Dziady monachijskie) aforyzmów, znanych częściowo ze Słojów zadrzewnych oraz ze szkicu Najgęstsza z wszystkich masek, w którym Tymoteusz Karpowicz pochyla się nad kategorią szczerości, równoznaczną z ryzykiem, i odnosi ją do dramaturgii; punktem wyjścia czyni esej Susan Sontag. W łże-cytatach, pseudoaforyzmach, cieniach można długo dociekać, kto jest prawdziwy, a kto tylko odbity. Karpowicz swoje stylizuje na obce, zaś obce (dziadowskie) na swoje. W jego poezji zauważyć można dyslokację cytatów, umyślną dewiację. Wszak to "specjalista od odwróceń".

Latem 1978 roku teksty składające się na tę książkę otrzymał od Karpowicza Andrzej Falkiewicz. Miały wejść do programu sztuki Kiedy przychodzi anioł. O tym, jak kartki złączone były taśmą klejącą w odpowiednich miejscach, pisze Andrzej Falkiewicz w posłowiu. Pokazując ten materiał jako całość, redaktorzy, nie mając na uwadze swoistego testamentu Karpowicza, uzupełniają dzieło zmarłego dwa lata temu poety. Bo większa część jego twórczości leży w manuskryptach. A przecież sam Karpowicz wykonywał swoją ostatnią wolę będąc martwym za życia.

Trudno mi mówić o Małych cieniach wielkich czarnoksiężników jak o książce, bo poeta inaczej rozumiał książkę. W ostatnich latach życia nie godził się na publikowanie pojedynczych wierszy, wyrywanie fragmentu (fragment to wszak inna nazwa aforyzmu) z kontekstu. Gdy z Polski dzwonił do niego redaktor pisma i prosił o wiersze, Karpowicz odmawiał. Nie interesowała go publikacja. W szkicu z 2001 roku (A Field Guide to Tymoteusz Karpowicz) Tomasz Tabako i Frank Kujawinski piszą o kolejnych tomach Karpowicza: Rozwiązywaniu przestrzeni i Long Shadows of Tiny Sorcerer's (Wielkie cienie małych czarnoksiężników). Mistrz od odwróceń odwrócił tytuł wcześniejszego cyklu i niewątpliwie odwróciłby (przewróciłby do góry nogami) układ słów i tekstów.

Nie można mówić o Małych cieniach - a mówi się tak na prawo i lewo - jako nowej książce Karpowicza. Raczej o wydaniu kropli z morza nieznanych tekstów. W innym przypadku dokonana kontynuacja jest w gruncie rzeczy modyfikacją na siłę, a zatem zaprzeczeniem Karpowicza, który miał do dyspozycji Bibliotekę Babel. Wybrano fałszywy klucz. Jakby redaktorzy chcieli nabrać czytelnika, że jest to zintegrowany zamysłem autora tom. Tym samym Karpowicza obalili. Problem w tym, że Tymoteusz Karpowicz celował w nieskończoność. Zaś aura skończoności, towarzysząca temu tomowi, ma w sobie coś z postponowania poety. Mogłabym się cieszyć z nowego tomu: nieważne jak, byle farbować karpowiczowskie wróble. Logika ta byłaby dość niesubtelna. Karpowicz - jeśli czegoś uczy naprawdę - to ostrożności. Był wszak żarliwie ostrożny. Nie wydał dyspozycji co do zostawionych w pudłach zapisków, a z jego spuścizną nie ma żartów. Mam więc ograniczone zaufanie do tego wyboru, towarzyszy mi umiarkowany optymizm. Bo Karpowicz jawi mi się jako radykalnie odczarowany, a teksty arbitralnie dobrane. To wybór między wolnością a koniecznością. Nierozstrzygnięty konflikt. Między licencją poetycką a redaktorską. Ta pierwsza wcale nie dawała Karpowiczowi swobody. Jądro jego poezji zostało tu zignorowane. Ten tom wypada mi z rąk, bo kwestionuje założenia Karpowicza. Ale piszę te słowa także po to, by Państwo ten tom przeczytali.

Błąd polega na tym, iż nie zaznaczono, że układem zajęli się redaktorzy i że niekoniecznie jest to układ wierny intencjom Karpowicza. "Są zdziwienie budujące i niszczące" - powiedziałby Karpowicz. Dodałby, że odróżnić je można dopiero po ruinach.

Karpowicz-pielgrzym dawno się usunął. Kiedy zabrakło żony Marii, zapomniał, jak się otwiera okno, zapomniał też o ogrodzie - i tym biurkowym w domu z przysłoniętymi kotarami, i tym zaokiennym. Utracił tożsamość poety. Taki obrazek nakreślił Tomasz Tabako, opowiadając o czasach, gdy Karpowiczowie walczyli z rakiem: "Tymek wspiął się na stare chwiejne krzesło i ulokował swoje maszynopisy w tekturowym pudle. Kijem podepchnął pudło, umieszczając je tuż pod sufitem, na najwyższej półce. Śmiertelnik, jak on, od tej pory nie miał tam dostępu. Odtąd miał już wyłącznie zajmować się ´moją marniejącą Marylkąª".

Już wcześniej w domu przy Scoville w Oak Park pod Chicago, rodzinnej mieścinie Ernesta Hemingwaya, goście bali się nacisnąć jakikolwiek guzik, tu zbierały się dziesiątki nieprzeczytanych, nierozpakowanych książek, zalegało kilka niesprawnych odkurzaczy, dwa niedziałające komputery, kable ciągnęły się po podłodze łazienki. Później Karpowicz odciął się od świata. Zabrakło mu jednej ręki, by bronić się przed rozpaczą. Zapomniał o drugiej, którą mógłby zapisywać rozpacz. Martwy za życia, w istocie przeżyje.

Stracił lewą rękę w młodości, na Litwie, więc nie mogło się spełnić jego marzenie o zostaniu architektem lub lotnikiem. Przedłużenie tej pasji wielkiego architekta można widzieć w projektowaniu dla żony ubrań (guziki czasem kupował aż w Londynie) i w właśnie w komponowaniu ostatnich tomów.

Z wielu rozmów o autorze Odwróconego światła wyłania się myśl, że dla jego losu nie było odwrotu. Tak rozdysponował swoje życie, że nic mu nie zostało. Ostatnie lata Karpowicza to pomnik kryzysu. Mowa o człowieku zupełnie bezradnym - nie zadbał o emeryturę, nie znał się na rozliczaniu konferencji, nie cenił tych, którzy byli na fali. Los opuszczonego poety, choć Karpowicz przestał być poetą, jawi się jako możliwość najbardziej przystająca do jego i wewnętrznego, i skrzętnie pielęgnowanego na zewnątrz autoportretu, objawia się coraz jaskrawiej jako możliwość tragedii. Przyboś pisał w Zapiskach bez daty: "dopóki nie wygaśnie we mnie poezja, nie mogę być nieszczęśliwy".

Karpowicz mówił o swojej śmierci przywołując Borynę i Norwida, o poezji w jednym z listów do Anny Frajlich napisał: "Ta, która poetami pomiata". Zabrakło mu motywacji do życia i pisania, zabiło ją poczucie obcości. Skapitulował wobec wyroku choroby żony. Umarł jako poeta cierpiący na pisarską niemoc, otoczony i bardzo zapisanymi, i bardzo pustymi kartkami. Przestał dbać o zebrane w bibliotece woluminy, często podpisane przez autorów. Gestem zaniechania uwiarygodnił swoją dotychczasową obcość.

Zmitologizowany regał ze skrzętnie podzielonymi na kolorystyczne grupy fiszkami był w ostatnich latach nieużywaną zabawką chłopaka, który zachłysnął się w Stanach Zjednoczonych materiałami pisarskimi: kolorowymi pisakami, którymi można zakreślać potrzebne wiadomości, najciekawsze frazy, dobrze zaplanowanymi, odmierzonymi szufladkami na karteczki. Tyle że nie wszystkie kartki były zapisane, a mazaki wyschły. Karpowicz miał w pokoju małą podręczną kopiarkę. Także na niej w ostatnich latach życia nie pracował. Używał jej intensywnie na pewno w 1998 roku, przed wydaniem Słojów zadrzewnych.

Ważne, że Wrocław chce stworzyć muzeum pamięci w willi Karpowiczów. Stąd działania ich przyjaciół z Chicago - Franka Kujawinskiego i Bożeny McLees - by wspólnie z Muzeum Polskim w Ameryce ocalić z domu poety, co nie było nadwerężone przez wilgoć.

 

TymoteuszKarpowicz,
Małe cienie wielkich czarnoksiężników,
Biuro Literackie, Wrocław 2007.
Książkę można zamówić w Księgarni Nowego Dziennika
tel. (212) 594-2386
ksiazki@dziennik.com
www.ksiazkionline.com

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail