Przegląd Polski 1 czerwca 2007

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Przed chwilą dowiedziałam się, że sąd apelacyjny zaakceptował decyzję sądu okręgowego i wypuścił z aresztu kardiochirurga Mirosława G. Stało się tak, mimo zabiegów prokuratury, żeby przedłużyć mu areszt o dalsze trzy miesiące, mimo złożonej kaucji w postaci 350 tysięcy złotych. Kaucję zebrano głównie z datków pacjentów, którym oskarżony przeszczepił serce. Poręczenie za niego złożył nie tylko szef warszawskiej Izby Lekarskiej, ale między innymi takie powagi, jak były rzecznik praw obywatelskich, profesor prawa karnego na Uniwersytecie Jagiellońskim Andrzej Zoll. Poręczyli, że nie ucieknie za granicę i stawi się na każde wezwanie sądu.

Chociaż obwiniony lekarz ani mi brat, ani swat, klasnęłam w ręce, ponieważ uznałam orzeczenie wyższej instancji sądowniczej za przejaw demokracji. Jeszcze Polska nie zginęła, póki sądy niezależne! Nie zlękły się naszego rodzimego Robespierre'a, ministra sprawiedliwości i prokuratora generalnego w jednej osobie, Zbigniewa Ziobry.

Pomijam bezecne pomówienie o zabójstwo pacjenta. Zastanawiam się nad zarzutem korupcji. W kraju, gdzie panoszy się ona na wielką skalę (idzie w setki milionów złotych), której sprawcami są ludzie finansjery i zarządów spółek skarbu państwa; otóż w tym kraju głównym łapówkarzem stał się raptem kardiochirurg o złotych rękach (tacy nie rodzą się na kamieniu!) i prawda - człowiek o konfliktowym charakterze. Jego "łapówkarstwo" obliczono na 50 tysięcy złotych. Pięćdziesiąt afer korupcyjnych! - grzmiał minister Ziobro. W ciężar tych pięćdziesięciu afer wchodzą butelki koniaków, wieczne pióra i długopisy. Pokazywano je wielokrotnie w telewizji; banknotów było najmniej. Więc wypada, że jedna "afera" za jeden długopis. Śmiech na sali!

Dlaczego nikt nie powie, że król jest nagi? Jak świat światem, lekarze "brali". Dlaczego przy słowie brali stawiam cudzysłów? Gdyż w większości nie były to łapówki - uzależnienie leczenia od pieniędzy - ale prezenty dawane wdzięcznym sercem za uratowane życie. Tak się składa, że osobiście zetknęłam się ze znakomitymi lekarzami, którzy zapytani po udanym leczeniu, ile się należy, wymieniali jakąś sumę, albo mówili: "nic". Zależało to od statusu materialnego pacjenta. Najczęściej chorzy nie pytali, bo byli biedni. W leczeniu wszyscy traktowani byli jednakowo.

Mówił mi Tadeusz Olszański (pół-Węgier), że na Węgrzech - mimo jeszcze okrutniejszego stalinizmu niż u nas - nie podchodziło się do lekarza bez koperty. I władza się nie czepiała. Kwestia tradycji.

Pochodną sprawy kardiochirurga Mirosława G. jest nie tylko drastyczny spadek przeszczepów. (Od momentu jego aresztowania nie wykonano w Polsce ani jednego przeszczepu nerek ani wątroby pobieranych od osób, u których komisja stwierdziła śmierć kliniczną; rodziny się nie zgadzają, a oczekujący w kolejce umierają). Również pochodną sprawy kardiochirurga jest zataczający coraz szersze kręgi strajk lekarzy. Przytaczam ich głosy za Tygodnikiem Powszechnym: "Nie jesteśmy przeciwko PiS, PO czy SLD, ale przeciwko politykom. Jeśli dziennie na ochronę zdrowia statystycznego obywatela wydaje się 3,2 zł, a 900 zł dziennie na rzecz jednego posła, to jest tu coś nie tak... Ten rząd ma swoje priorytety: lustrację i rozprawienie się z korupcją, prawdziwą czy wydumaną. My chcemy im przypomnieć, co jest dla Polski najważniejsze: zdrowie Polaków... Do niskiego wynagrodzenia, do stałego besztania lekarzy dochodzi poniżanie ich w oczach opinii publicznej. Przeciw temu mówimy nie. Czy to będzie łagodny strajk? Górnicy nam pokazali, jak walczyć o swoje...".

Dodam: górnicy przyjechali do stolicy zaopatrzeni w łomy i kilofy, których skutecznie użyli. W co zaopatrzony jest lekarz?

Rozpisałam się o sytuacji lekarzy, bo właśnie w tej chwili patrzę, jak z bramy więzienia mokotowskiego wychodzi na wolność doktor G. Witają go brawami i wiwatami ludzie, którym uratował życie. Słychać okrzyki: "Niech te złote ręce znów zaczną pracować!". (Glosa: następnego dnia dr G. otrzymał wypowiedzenie pracy z macierzystego szpitala).

***

Zwycięstwem demokracji na znacznie szerszą skalę było orzeczenie Trybunału Konstytucyjnego, znoszącego w głównych punktach znowelizowaną ustawę lustracyjną. Trybunał uznał za niezgodne z konstytucją wypełnianie blankietów lustracyjnych przez naukowców, adwokatów, wydawców i dziennikarzy, którzy pod groźbą utraty pracy na lat dziesięć mieli to zrobić. Do 15 maja br. Władza robiła wszystko; marszałek Sejmu Ludwik Dorn, pospołu z szefem IPN-u Januszem Kurtyką i "umyślnym", młodym posłem - dopuszczali się wrednych kruczków, żeby trybunał nie zdążył na czas z orzeczeniem. Ale trybunał zdążył.

Siedzieliśmy przed telewizorem całą rodziną i przez parę godzin chłonęliśmy uzasadnienie. Było to prawdziwe święto demokracji. Po policzkach ciekły mi łzy (może z osłabienia psychicznego po ciężkiej chorobie?).

I nagle ktoś zadzwonił z jakąś błahą sprawą. Nie włączył telewizora. Nie wiedział, nie słyszał. I wtedy zrozumiałam, że naród - jako całość - wszystko ma w nosie. Lech Wałęsa określił taką postawę po swojemu: "Przecież rządy bliźniaków to nasza, całego społeczeństwa, robota".

Określenie to padło podczas wielkiej obywatelskiej debaty odbytej w auli Uniwersytetu Warszawskiego 17 maja br. Aulę wypełnił po brzegi kwiat inteligencji polskiej (banalnie to brzmi, ale nie znajduję lepszego określenia).

Najlepiej oddał atmosferę spotkania Paweł Wroński z Gazety Wyborczej w komentarzu pod ironicznym tytułem "Kaczyńscy jednoczą". Pisze: "Lech i Jarosław Kaczyńscy mają wielką moc. Dzięki nim w burzy oklasków podali sobie ręce byli prezydenci: Lech Wałęsa, historyczny przywódca Solidarności, oraz Aleksander Kwaśniewski, historyczny lider postkomunistycznej lewicy...". (Mam w oczach, jak przed laty Wałęsa, oddając prezydenturę zwycięskiemu Kwaśniewskiemu, powiedział publicznie, że ręki mu nie poda; co najwyżej może podać mu nogę).

Powracam do artykułu Wrońskiego: "Spotkanie na Uniwersytecie Warszawskim nie jest początkiem nowej partii... Dla ludzi obecnych na sali był to znak sprzeciwu wobec niszczenia dorobku odrodzonej po 1989 roku Rzeczpospolitej. Być może to, że w obronie takich wartości, jak demokracja, rządy prawa, szacunek dla autorytetów, spotkali się ludzie tak bardzo odlegli jak Wałęsa i Kwaśniewski, uświadomi wielu Polakom, że te wartości w Polsce Lecha i Jarosława Kaczyńskich są zagrożone".

Ku memu zdziwieniu na spotkaniu nie było Platformy Obywatelskiej. Partia górująca w sondażach, "moja" partia, na którą głosowałam, zachowuje się coraz bardziej niezrozumiale. Więc siłą rzeczy coraz bardziej przychylam się do idei LiD-u (Lewica i Demokraci), firmowanych przez takie nazwiska, jak Tadeusz Mazowiecki, Władysław Frasyniuk, Janusz Onyszkiewicz, Andrzej Olechowski czy Henryk Wujec.

Co głoszą? Przestać "grać" teczkami. W procesie Małgorzaty Niezabitowskiej, oskarżonej o to, że była TW (tajnym współpracownikiem), okazało się, że prowadzący ją ubek sprokurował szesnaście rozmów rzekomo z nią przeprowadzonych na podstawie podsłuchu.

Zgoda na lustrację - tak się dzieje w każdej demokracji, ale tylko wobec ludzi obejmujących funkcje państwowe, a teczki, w których jak się okazuje, coraz więcej chłamu, zamrozić w archiwach państwowych. Niech zapanuje milczenie, aż wymrą zainteresowane bezpośrednio pokolenia. A przyszłych historyków nie będzie można posądzić o stronniczość.

***

Mianowanie Andrzeja Gwiazdy do kolegium IPN-u uważam za zupełne nieporozumienie. Owszem, za zasługi podczas Sierpnia powinien dostać Orła Białego. Ale na tym koniec. Znów zapytam: czy nikt nie widzi, że król jest nagi?! Przecież dziś jest to człowiek chory. Świadczą o tym jego wypowiedzi, absolutnie bzdurne, pełne paranoicznych pomówień. Ośmieszają go. Fakt, że o wypowiedzi stale proszą go media, świadczy, niestety, fatalnie o mediach. Świadczy o gonieniu za tanią sensacją. Jakby nie było dość autentycznego tragicznego cyrku w naszym kraju.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail