Przegląd Polski 1 czerwca 2007

POD INNYM KĄTEM

W rytmie serca

JAN ZIELIŃSKI

Marek Celt-Chciuk (podobnie jak jego brat Andrzej Chciuk) umiał pisać. Wiedzą o tym dobrze czytelnicy Białych kurierów, a także innych jego książek wspomnieniowych, wydawanych w Monachium - gdzie autor pracował pod pseudonimem Michał Lasota w Radiu Wolna Europa - wznawianych zaś w Łomiankach pod Warszawą przez Wydawnictwo LTW. Najnowsza książka, opublikowana pośmiertnie, potwierdza tę opinię, ale i ją przebija. Stało się tak za sprawą niezwykłego bohatera książki, którym jest Józef Hieronim Retinger.

Koniec najważniejszy

Rzecz zaczyna się od końca, pierwsze zdanie brzmi: "Mam już życie za sobą". Te słowa napisał Marek Celt w roku 1996, na pięć lat przed śmiercią. Gdy ktoś tak zaczyna, można się spodziewać, że przystępuje do rozrachunku z życiem, do publicznej spowiedzi. I rzeczywiście, następne zdanie brzmi: "Teraz tylko zakończyć je tak, aby sumienie nie ´zgrzytałoß, aby nie zostawić ważnych spraw nie załatwionych". Taką niezałatwioną sprawą było dla Celta zdanie relacji z drugiej wyprawy kurierskiej z Anglii (przez Włochy) do okupowanej Polski, odbytej w roku 1944, tuż przed powstaniem warszawskim, w towarzystwie Józefa Hieronima Retingera. Owszem, zaraz po powrocie do Londynu, w trakcie powstania, Celt spisał obszerne sprawozdanie (które ukazało się drukiem, przeinaczone i zafałszowane, w opracowaniu reżymowego historyka Eugeniusza Duraczyńskiego w orwellowskim roku 1984, w tygodniku Tu i Teraz), ale tamten dokument to coś zupełnie innego niż książka, napisana z nerwem i wyczuciem puenty.

Weźmy choćby rozdział, w którym autor relacjonuje swoje rozmowy z delegatem rządu londyńskiego na kraj Janem Stanisławem Jankowskim. Podczas ostatniego spotkania, które miało miejsce 16 lipca 1944 r., na zakończenie rozmowy, "będąc pod wrażeniem jakiegoś niezwykłego podniecenia w Warszawie", Celt sprowokował następujący dialog:

" - Co pan, panie Doktorze, myśli o ewentualnym powstaniu w Warszawie? Ludzie o tym rozprawiają.

- Powstanie w Warszawie - odpowiedział Jankowski expressis verbis - byłoby nonsensem".

I tak kończy się rozdział. Czytelnik wie, co się zdarzy za dwa tygodnie. Przemilczenie bywa głośniejsze od krzyku.

Agent Polski i Europy

Wydana obecnie relacja jest już co najmniej dziewiątą książką poświęconą tej przedziwnej postaci (większość ukazała się po polsku, ale jedna w dwóch wersjach językowych, po francusku i po angielsku, zaś inna - po holendersku). Celt jest apologetą Retingera, co wyznaje w Prologu: "Los mi kazał, albo raczej pozwolił, przeżyć z JHR-em wiele pięknych chwil. Dziękuję Bogu, że czasem mogłem pomóc temu nadzwyczajnemu człowiekowi i że on mi tak bardzo pomógł, więcej niż to za jego życia przyznawałem, nawet wobec siebie samego. [...] Jeden z najciekawszych to ludzi, jakich dane mi było poznać, a z tych najciekawszych - najbliższy". Przygotowując swą relację do publikacji były emisariusz stawia sobie ostatnie zadanie: "danie świadectwa o JHR-ze".

I wywiązuje się z tego zadania na medal (a zebrał ich w swej karierze wiele, był m.in. jednym z pięciu Polaków odznaczonych hiszpańskim Orderem Świętego Graala). Daje bardzo plastyczną charakterystykę wyglądu zewnętrznego Retingera: pisze o jego brzydocie, niwelowanej spojrzeniem nieprzeciętnie bystrych oczu i uśmiechem, opisuje "kształtne i długie dłonie o długich, smukłych palcach, zakończonych nieledwie kobiecymi paznokciami". Nie poprzestaje na tych cechach, które dostrzegali też inni pamiętnikarze; jako szef wyprawy kurierskiej patrzy na ciało Retingera pod kątem jego przydatności do skoku spadochronowego w warunkach okupacyjnych. Wynik tej obserwacji zamyka się w jednym słowie: "pokraka". Do tego dojdzie później, już po udanym skoku, inne jeszcze spostrzeżenie: że Retinger cierpi na kurzą ślepotę (co zataił, bo się bał, że mu nie pozwolą skakać). Wszystko razem składa się na przedziwny portret najstarszego (rocznik 1888) skoczka bojowego na świecie.

Zapoznawszy się nieco bliżej ze swym podopiecznym w czasie przedłużającego się oczekiwania na lot do Polski, Celt w pewnym momencie zadał mu wprost pytanie, czy jest agentem Intelligence Service. Retinger, nie pierwszy raz o agenturalną przynależność pytany, jakby tego oczekiwał. Zwykle unikał odpowiedzi, teraz jednak, przed lotem, który mógł się dla niego skończyć tragicznie, chciał pozostawić świadectwo temu, który jako doświadczony kurier miał większe szanse na przeżycie. I odpowiedział: "jestem agentem, owszem, ale nie angielskim, ani sowieckim, ani meksykańskim, jak niektórzy insynuują. Jestem, jeśli mam już użyć tego słowa: agentem polskim, dobrowolnie oddałem się na służbę Polsce, krajowi memu od kilku pokoleń. I tyle! Wolny strzelec jestem". Po chwili zaś dodał jeszcze: "A marzeniem moim od lat jest być też agentem Europy". Powojenna działalność Retingera w ruchu europejskim, rola, jaką odegrał w organizacji kongresu haskiego (1948 r.) i przy kształtowaniu kilku instytucji europejskich, są najlepszym dowodem, że nawet w polityce marzenia czasem się spełniają.

Laseczka z głową psa

Trzeba powiedzieć wyraźnie: Retinger nie pasował do warunków okupacyjnych. Ojciec mojego przyjaciela, inżynier Stanisław Kuczborski, który znał go sprzed wojny z Ziemiańskiej, opowiadał mi kiedyś, że na ulicy okupacyjnej Warszawy zobaczył nagle w dorożce zupełnie nieucharakteryzowanego Retingera, który na widok jego zaskoczenia mrugnął doń porozumiewawczo. Tak, Retinger miał charakterystyczną twarz, a jednak nikt go nie wydał podczas blisko czteromiesięcznego pobytu w kraju. Celt twierdzi, że jego podopieczny najchętniej zaaranżowałby komunikat BBC o swej misji do Polski. Na miejscu spotykał się z różnymi przedwojennymi znajomymi, nie zawsze czekając na konspiracyjne kanały. Pewnego dnia zorganizował w restauracji, przy pomocy zaufanego kelnera, wspólny obiad różnych tuzów podziemia.

Akowski kontrwywiad często przynosił wiadomości o tym, że gestapo szczególnie kogoś poszukuje. Raz był to "bardzo ważny emisariusz z Londynu, który nosi cwikier" - tego samego dnia na nosie Retingera zamiast pięknego cwikiera pojawiły się "tandetne okulary w cienkiej drucianej oprawie". Innym razem trzeba się było dla niego postarać o kaszkiet i parasol, Niemcy poszukiwali bowiem "starszego pana, który nosi brązowy kapelusz i laskę z psią główką".

Spełnianie pragnień

Te wszystkie anegdoty nie zmieniają faktu, że Retinger pojechał do okupowanego kraju z ważną misją przekazania przywódcom Polski Podziemnej stanowiska rządu emigracyjnego w trudnej sytuacji politycznej po Teheranie i wysondowania ich nastawienia wobec ewentualnej współpracy z nowym, zbliżającym się od wschodu okupantem. Nie zmieniają też faktu, że misja o mały włos byłaby się zakończyła tragicznie, i to nie wskutek działań Niemców, ale w wyniku wewnętrznej intrygi. Zamiast Retingera ktoś inny poleciał powietrznym "mostem", a on w drodze powrotnej do Warszawy wypadł z furmanki do zimnej wody i został częściowo sparaliżowany.

Wszystko jednak skończyło się dobrze. Pod koniec lipca, na parę dni przed wybuchem powstania, kiedy w podtarnowskiej wsi było już słychać armaty Armii Czerwonej, na polu wylądował nocą angielski samolot. "Z wnętrza wyskakują jeden po drugim ludzie, którzy przylatują do Kraju. Szybko przechodzą zrobionym przez nas szpalerem, ledwie ´czołemß czy ´cześćß i już pochłonęła ich ciemność". Odlatując tym samym samolotem ze sparaliżowanym Retingerem Marek Celt nie przeczuwał, że po latach będzie pracował pod kierunkiem jednego z tych, co właśnie wtedy do Polski przylecieli: z Janem Nowakiem-Jeziorańskim.

Rozdział Koniec pieśni warto czytać równolegle z ówczesnymi doniesieniami prasowymi, na przykład na łamach dziennika New York Times. Celt opisuje szczegółowo konferencję prasową w Kairze, w której uczestniczyli m.in. lecący na rozmowy ze Stalinem premier Mikołajczyk i trzej przybysze z okupowanej Polski. Nowojorska gazeta pisała 30 lipca 1944 r.: "Na czele podziemnej misji stał Tomasz Arciszewski, przewodniczący Komitetu Wykonawczego Polskiej Partii Socjalistycznej i przywódca podziemnego ruchu związkowego, członek pierwszego polskiego gabinetu w roku 1918. Ponadto w delegacji uczestniczyli były sekretarz polityczny zmarłego premiera Władysława Sikorskiego dr Józef Retinger, i czołowy działacz ruchu oporu używający nazwiska Celt".

Obszerną relację z konferencji prasowej w Londynie o sytuacji w okupowanej Warszawie drukował New York Times 4 sierpnia. Celt mówił m.in. o tragicznym losie polskich Żydów ("Niemcy trzymają Żydów w komorach gazowych tylko piętnaście minut zamiast trzydziestu, a małe dzieci zabijają pałkami. Ciała pali się na wolnym ogniu, bo krematoria są przepełnione"). Pojawia się też wzmianka o Retingerze: "W miarę zbliżania się Armii Czerwonej - powiedział dr Joseph Retinger, który wydostał się z Polski wraz z kurierem - cena broni, jaką Polacy kupowali od żądnych zysku żołnierzy niemieckich gwałtownie spadła". W drugim artykule, zamieszczonym tego samego dnia, czytamy: "Dr Retinger potwierdził, że odzyskanie dawnych granic jest ´pragnieniem każdego Polakaß, ale uchylił się od omówienia możliwości spełnienia tego pragnienia. Dał do zrozumienia, że Polacy mogą zadowolić się czymś skromniejszym, jeśli zostaną do tego zmuszeni".

Pod dobrą datą

Książkę, której Celt nie zdążył do końca przygotować do druku, uzupełniają cenne aneksy. Jest tu diariusz pobytu Celta w kraju w roku 1944, jest sporządzony przez Retingera protokół nieudanego odlotu drugim "mostem", jest radiowa odpowiedź Celta na pełną przekłamań i fałszów publikację jego raportu w Tu i Teraz, a także zdjęcia i fotokopie dokumentów. Na mnie największe wrażenie zrobiła ściśle tajna depesza angielska z 19 marca 1944 roku, rozważająca różne warianty misji Celta ("Sulima") i Retingera ("Paisley"). Oto jej treść w przekładzie:

"A. PAISLEY uważa przedostanie się via Węgry za bardzo niebezpieczne i niemądre.

B. Rozumiem że pogoda się poprawia.

C. Sugeruję PAISLEY SULIMA wykorzystują najbliższą okazję lądowania w Polsce przy księżycu lub nie.

D. Jeśli nie proponuję zasugerować polskiemu premierowi powrót PAISLEYA do Zjedn. Król.".

Księżyc świecił, gdy zbliżali się do lądowania, ale potem zaszedł. Już na ziemi Retinger zażartował: "czy może nam się co stać, skorośmy odbyli wszystko całkiem na trzeźwo, a mimo to pod tak dobrą datą?". Lądowanie miało bowiem miejsce w dniu o magicznej dacie: 4.4.44...

-------------------------------------

Marek Celt, Z Retingerem do Warszawy i z powrotem. Raport z Podziemia 1944. Do druku przygotował Wojciech Frazik. Wydawnictwo LTW, Łomianki 2006, s. 230 plus indeks osób, cena 17 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386
e-mail: ksiazki@dziennik.com

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail