Przegląd Polski 18 maja 2007

Granice tego, co jest możliwe

Z dr. Billem Johnstonem,tłumaczem literatury polskiej, rozmawia Izabela J. Bożek

Spotykamy się z okazji wydania przez Archipelago Books tomu zatytułowanego "New Poems", zawierającego trzy ostatnie, pełne tomy poezji Tadeusza Różewicza, wydane w latach 2001-2004. Przyjechał Pan do Nowego Jorku na spotkanie promocyjne, które odbyło się na Columbia University. Już wcześniej Archipelago Books wydało Witolda Gombrowicza w Pańskim tłumaczeniu. Czy jest to jedyne wydawnictwo, z którym Pan współpracuje?

O, nie, nie jedyne, ale powiedziałbym, że to najlepsze wydawnictwo wśród tych, z którymi pracuję. Rzeczywiście, wydają dobre książki, wydają je pięknie i bardzo starannie. Co więcej i co bardzo ważne - umiejętnie je promują. Spotkanie na Columbii było zorganizowane właśnie przez wydawnictwo. Samo opublikowanie książki to zaledwie połowa problemu, istotne jest, by zainteresować nią czytelnika. Archipelago wydało dotychczas trzy książki w moim tłumaczeniu: Bacacay Witolda Gombrowicza i Dreams and Stones (Sny i kamienie) oraz Moving Parts (Tryby) Magdaleny Tulli. Różewicz jest czwartą, a nad piątą w tej chwili pracuję i powinna się ona ukazać jeszcze w tym roku. Jeśli chodzi o inne wydawnictwa, to współpracuję z bardzo różnymi. Kilka dni temu ukazała się w Harcourt powieść Andrzeja Stasiuka pod angielskim tytułem Nine (Dziewięć) w moim przekładzie. Wydawnictwo Green Integer wydało Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, Northwestern University Press - opowiadania Bolesława Prusa i Wierną rzekę Stefana Żeromskiego. Jeszcze w tym roku Central European University Press wyda Przedwiośnie. Jest też oczywiście kilka innych projektów złożonych u jeszcze innych wydawców.

To niezwykły wysiłek, ogromna praca, a także niespotykany rozrzut zainteresowań. Trzy lata temu w wywiadzie dla "Przeglądu Polskiego" mówił Pan o tym, że chciałby Pan przetłumaczyć także "Balladynę" Juliusza Słowackiego. Czy rzeczywiście dokonał Pan tego?

Tak, praca jest skończona, ale Balladyna jeszcze się nie ukazała. Dwa lata temu w księgarni Massolit w Krakowie odbyło się głośne czytanie tego dramatu z udziałem m.in. Adama Zagajewskiego i Jerzego Illga. Było mi bardzo miło usłyszeć cały przekład na żywo. Na razie nie mam wydawcy, ale szukam cierpliwie i mam nadzieję, że wkrótce go znajdę.

Wspomniał Pan, że w Archipelago ukaże się wkrótce nowa książka. Co to będzie?

Pracuję jednocześnie nad wieloma rzeczami, ale do wydania przygotowuję nową powieść Magdaleny Tulli Skaza. W Polsce została wydana w ubiegłym roku, a jeszcze w tym ukaże się jej angielski przekład.

Wspominał Pan także o Wiesławie Myśliwskim i Włodzimierzu Odojewskim. Czy zamierza ich Pan tłumaczyć?

Bardzo cenię obu tych pisarzy i chętnie bym ich przyswoił językowi angielskiemu, ale jest ta trudność, że obaj piszą długie książki. Niestety, jest to poważne praktyczne ograniczenie, wpływające w Ameryce na decyzję o wydaniu takiego czy innego tytułu. Po prostu trudno wydać grubą książkę. Bardzo jednak chciałbym przetłumaczyć choćby Kamień na kamieniu Myśliwskiego i wciąż o tym myślę.

Tłumaczy Pan i poezję, i prozę. Mówi się, że dobry przekład poetycki może wyjść tylko spod pióra poety. Czy jest Pan poetą?

Nie umiem odpowiedzieć na to pytanie (śmiech). Piszę wiersze, ale niespecjalnie publikuję, tak więc nie bardzo wiem, czy jestem poetą czy nie. Powiedzmy, że nim bywam (śmiech).

Patrząc na poezję Tadeusza Różewicza z filologicznego czy też translatorskiego punktu widzenia, wydaje się ona jednocześnie i łatwa, i trudna jako przedmiot tłumaczenia. Jednocześnie trzeba chyba lubić to, co się tłumaczy. Co polubił Pan w poezji Różewicza?

Jestem filologiem, językoznawcą i szukając poezji do tłumaczenia, wybierając poezję, którą chciałbym tłumaczyć, przede wszystkim zwracam uwagę na język. Język Różewicza zawsze był dla mnie czymś pięknym: jego prostota, klarowność są dla tłumacza wyzwaniem. Jeśli ktoś przypadkowo spojrzy na te wiersze i przeczyta, na przykład, opis noża leżącego na stole, pomyśli, że nie ma nic prostszego do przetłumaczenia. Tak naprawdę to jest to szalenie trudne; trzeba właśnie tak samo czysto i klarownie przekazać tę prostotę, jaka jest w oryginale. A to nie jest łatwe. Nawet bardzo proste zdania wymagają wiele pracy, by oddać prawdziwie ich sens. U Różewicza od początku to właśnie mnie fascynowało. Pracując nad przekładem wierszy ostatnio wydanych czytałem równocześnie jego wcześniejsze utwory i coraz bardziej odkrywałem szacunek dla prawdy, odwagę moralną, które są w nich zawarte. Na niedawnym spotkaniu poświęconym poezji Różewicza, na którym był obecny między innymi Edward Hirsch, mówiliśmy o tym, że Różewicz deklarując się jako ateista, pisze bezustannie o Bogu, o Chrystusie, o wierze. To sprawia, że w jego wierszach jest niesamowity wymiar duchowy. Dla mnie to poeta, który obejmuje życie w całości. Uważam, że człowiek piszący w ten sposób o wierze mówi niezwykle ważne rzeczy; wyraża absolutny szacunek dla człowieka i wszystkiego, co człowiek robi. Nie zgadzam się z tym, że Różewicz to poeta pesymistyczny. To jest poeta walczący ze złem, które dostrzega w świecie, ale jest też otwarty, chce rozumieć, przyjmować to, co widzi. W trakcie mojej pracy nad książką odkrywałem w tej pozornie prostej poezji coraz więcej głębi i mądrości.

A jak praktycznie przebiegała Pańska praca nad poezją Różewicza? Czy konsultował się Pan z nim w jej trakcie? Jak w ogóle pracuje Pan z autorami tłumaczonych przez siebie tekstów?

Bywa bardzo różnie. Znam wielu tłumaczy, którzy ściśle współpracują ze swoimi autorami, czasem nawet pomieszkują z nimi, pracują razem nad każdym słowem. Ja jakoś nie mam takich doświadczeń. Wydaje mi się, że generalnie pisarze czy poeci, których tłumaczę, mają do mnie zaufanie. Zwróciłem się do Różewicza z kilkoma pytaniami, ale właściwie nie konsultowałem z nim moich przekładów. Myślę, że dość dobrze znam i język, i kulturę polską, potrafię rozpoznać moment, kiedy czegoś nie rozumiem i wtedy właśnie zadaję pytania. Tłumaczenie polega na odtworzeniu tekstu w innym języku i to jest już moje zadanie. Czy się to uda czy nie, to też jest moja albo zasługa, albo wina. Nie widzę szczególnej potrzeby, by konsultować się stale z autorem dla samego konsultowania. Jest pewien wyjątek - Magdalena Tulli, z którą prowadziłem dość ożywioną korespondencję. Tłumaczyła mi różne rzeczy, co czasem pomagało, a czasem nie. Tacy autorzy jak Jerzy Pilch czy Andrzej Stasiuk niespecjalnie przejmują się tym, co tłumacz robi z ich książkami. Może inaczej wygląda to w trakcie współpracy z młodszymi poetami. Pracowałem ostatnio nad wyborem wierszy Eugeniusza Tkaczyszyna-Dyckiego i z nim muszę przeprowadzić pewne rozmowy. Jego poezja zawiera wiele bardzo osobistych momentów, których nie jestem w stanie bez jego pomocy przełożyć.

Jak Pan sądzi, jaka będzie percepcja tomu Różewicza w Pańskim przekładzie tutaj, w Ameryce?

To jest bardzo ważne pytanie dla mnie, bo gdy się wydaje książkę, chciałoby się, by ludzie ją czytali i jakoś rozumieli. Różewicz jest bardzo niesłusznie w Ameryce pomijany. Jego ostatnia książka wyszła wiele lat temu. Ludzie oczywiście czytają Czesława Miłosza, ostatnio ukazał się piękny tom Zbigniewa Herberta w nowym tłumaczeniu. Bardzo bym chciał jednak, by Różewicz był szerzej czytany i rozpoznawany, bo to jest jednak bardzo inny głos, odmienny niż głos Herberta czy Wisławy Szymborskiej. Jest bardzo wielu czytelników Różewicza, którzy uważają, że to niedobrze, iż od dawna go tutaj nie wydawano. Edward Hirsch, którego już wspominałem, jest dobrym przykładem, on uwielbia Różewicza i bardzo go promuje. Powodzenie New Poems zależy w dużym stopniu od tego, czy będą recenzje. Niedługo ma się również ukazać wybór wierszy Różewicza w tłumaczeniu Joanny Trzeciak. Nie znam dokładnej daty, ale wydanie tej książki powinno także przyczynić się do odświeżenia wiedzy o poecie w Ameryce. Dla mnie jest to pisarz, który pod każdym względem wniósł niezwykle wiele nowego do literatury światowej, nie tylko polskiej, i warto jego pisarstwo wciąż promować, sprawić, by czytelnik amerykański czytał go i polubił. Oczywiście, Różewicz będzie czytany tu na swój sposób, bo w jego wierszach, zwłaszcza tych najnowszych jest wiele odniesień do polskiej rzeczywistości, które tutaj nie w pełni mogą być odebrane, ale to nie szkodzi. Amerykanin będzie inaczej czytał wiersze Różewicza, ale jego poezja jest tak bogata i wielostronna, że i tutejszy czytelnik znajdzie tam wiele dla siebie.

Wróćmy jeszcze do tej niezwykłej różnorodności epok widocznej w Pańskiej pracy translatorskiej. To musi być niezwykle trudne poruszać się pomiędzy wiekami i różnymi gatunkami polszczyzny. Czy najpierw dokonuje Pan przekładu filologicznego i stara się go Pan upoetycznić, czy też ma Pan zupełnie inną metodę pracy?

Najskrajniejszym chyba przykładem tego, o co pani pyta jest Odprawa posłów greckich, nad którą właśnie skończyłem pracować. Ukaże się ona w małym wydawnictwie w Polsce jeszcze w tym roku. Kiedy pracuję nad tekstem, szukam od razu właściwej wersji angielskiej. Nie wierzę - zwłaszcza w takich przypadkach - w istnienie tłumaczenia dosłownego czy filologicznego. Literatura istnieje w języku, to nie jest tylko seria wyrazów czy zdań, forma to jest to, czym jest literatura. Od razu szukam wersji, która - mam nadzieję - zaistnieje w języku angielskim jako poezja. Czy tłumaczenie się uda, czy się spodoba, zależy w moim pojęciu od tego, czy tłumaczony wiersz będzie tak samo wierszem po angielsku. Oczywiście, to wymaga wiele pracy, bo pierwsza wersja jest ani dobra, ani zła, jest zazwyczaj niczym. Trzeba dopiero nad nią pracować, żeby stworzyć tę prawdziwą wersję, przepełnioną poezją. Trzeba pamiętać też, że język angielski jest ogromnie bogaty. Kocham swój język bardzo, jego zasoby są znacznie szersze, głębsze i bogatsze, niż się wydaje. Współczesna literatura amerykańska działa przeważnie w bardzo wąskiej sferze języka. Niewielu jest autorów takich, jak choćby Thomas Pynchon, którzy są w pełni świadomi całości zasobów angielskiego. Ja tłumaczę zawsze na język współczesny, staram się wykorzystywać jego wszystkie możliwości, sięgać do najbardziej ukrytych jego pokładów. Pracuję w Ameryce, ale pochodzę z Anglii i to daje mi jakby dwie osobne drogi do operowania językiem angielskim w mojej pracy translatorskiej.

Ale czyha na Pana wiele pułapek filologicznych; jak choćby to, że poezja polska oparta jest na liczbie sylab, a angielska na metrze, czy to, że w poezji polskiej do oświecenia nie było rymów męskich. Jak Pan rozwiązuje takie problemy - pomija je? Stara się zanglicyzować formę? Czy też próbuje Pan w jakiś sposób dopasować tę polską specyficzną formę do wymogów angielskiej poetyki?

Myślę, że trochę jedno i drugie. Na przykład Balladyna jest napisana w większości jedenastozgłoskowcem, czasami przechodzącym w trzynastozgłoskowiec. Język angielski nie ma takich możliwości, by to oddać. Próbowałem stworzyć coś, co oddałoby tę wersyfikację, ale nie był to udany zabieg. Wiersz nie jest aż tak zróżnicowany, co z pewnością jest wadą mojego tłumaczenia. Jeśli chodzi o rymy żeńskie i męskie, skoro funkcjonują one zupełnie inaczej w polskim i inaczej w angielskim, to nie ma sensu bawić się w znajdowanie tylko rymów żeńskich. Czasami używam tego, co nazywa się off rhyme czy half rhyme. Proszę pamiętać, że tłumaczę dla współczesnego czytelnika, który ma inne podejście do formy. Z drugiej strony uważam, że współczesne tłumaczenie dodaje znów coś nowego do tych zasobów języka, o których już mówiłem. W Odprawie posłów greckich jest słynny trzeci chór, który dla czytelników współczesnych Kochanowskiemu był czymś zupełnie nowym. Odtworzyłem go w angielskim używając tej samej struktury co poeta, używając jako podstawy greki. Czy jest to udane, oceni czytelnik, ale próbowałem wnieść coś nowego do angielszczyzny. Oczywiście uznaję w moich działaniach granicę tego, co jest możliwe.

Oprócz pracy translatorskiej jest Pan dyrektorem Polish Studies Center na Indiana University. Czym ono jest?

To ośrodek naukowy istniejący już 30 lat, stworzony wspólnie z Uniwersytetem Warszawskim na zasadzie wzajemności, bo tam powstał American Studies Center, zresztą świetnie do dziś działający. Naszym głównym zadaniem jest promowanie naukowego zainteresowania polską kulturą, społeczeństwem, historią. Zajmujemy się organizowaniem konferencji naukowych, ostatnia była poświęcona powojennym stosunkom polsko-niemieckim z udziałem ambasadora Janusza Reitera, Adama Michnika, Przemysława Czaplińskiego i Marka Zalewskiego, żeby wspomnieć tylko kilka nazwisk. Organizujemy wykłady, sesje naukowe, imprezy kulturalne. Działamy też na poziomie towarzyskim, ale to naturalne tam, gdzie jest spore środowisko polskie. Głównie jednak zajmujemy się działalnością naukowo-kulturalną. Nie prowadzimy jednak działalności dydaktycznej.

Rozumiem, że intensywność pracy Centrum zależy od budżetu...

Budżet mamy bardzo skromny, ale Indiana University ma wiele różnych możliwości ułatwiających naszą pracę. Działamy poprzez współpracę z różnymi ośrodkami i wydziałami w obrębie choćby tylko Indiana University i to bardzo nam ułatwia zadanie. Dostajemy też spore granty. Jesteśmy małym ośrodkiem, mam tylko dwóch asystentów, a mimo to robimy bardzo wiele, więcej, niż można by się spodziewać po tak skromnej obsadzie.

Rozmawiamy głównie o Pańskiej pracy translatorskiej w Polish Studies Center, ale przecież Pana głównym zajęciem jest praca naukowa poświęcona teoretycznym zagadnieniom uczenia angielskiego jako drugiego języka. Co to jest "moral dimensions of language teaching", bo tak brzmi temat Pańskich rozważań naukowych?

No tak, to już jest zupełnie z innej beczki (śmiech). Pracuję na dwóch wydziałach jednocześnie, na komparatystyce, gdzie zajmuję się przekładem literackim, ale też jestem w Second Language Studies. Edukacja jest dla mnie bardzo ważnym i złożonym zjawiskiem. Uważam, że nie polega ona jedynie na przekazywaniu informacji, ma ona także wymiar moralny. Chodzi tu o stosunek między nauczycielem a studentem, przekazywanie systemu wartości, wiary w to, że pewne rzeczy, działania czy pewne formy pracy są ważne i mają znaczenie moralne. Zajmuję się tym w sferze nauczania języków, bo taki jest mój zawód.

Dziękuję za rozmowę.

 

BILL JOHNSTON jest dyrektorem Centrum Studiów Polskich i wykła- da na wydziale Second Language Studies na
Indiana University.
W swej pracy naukowej zaj
muje się teoretycznymi zagadnieniami uczenia angielskiego jako drugiego języka.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail