Przegląd Polski 11 maja 2007
- Wiwat Polki w amerykańskiej akademii! - Joanna Rostropowicz-Clark
- Nowojorska kronika (muzyka) - Roman Markowicz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Nowojorska kronika
(muzyka)

Nie zastanawiałem się nigdy nad tym, jaka jest najwyższa forma szczerego, bezstronnego entuzjazmu. Oglądając jednak przedstawienie Cyrulika sewilskiego (Il Barbiere di Siviglia) Rossiniego, nadawane bezpośrednio ze sceny Metropolitan Opera do teatru kinowego na ekran o wysokiej rozdzielczości i obserwując siedzących wraz ze mną słuchaczy, którzy z niekrytym zapałem oklaskiwali śpiewaków i orkiestrę oddaloną od nich o setki kilometrów, pomyślałem, że to jest właśnie rozbrajająca forma zachwytu, jak najbardziej zresztą zasłużonego.
W obecnym sezonie dyrekcja Metropolitan Opera podjęła się nowego zadania, celem którego byłoby przybliżenie spektaklu operowego znacznie szerszemu gronu publiczności. Rezultatem tej nowej działalności stały się nie tylko oglądane przez wiele milionów telewidzów opóźnione transmisje, nadawane przez lokalne stacje PBS, ale co więcej, transmisje na żywo, emitowane do wybranych teatrów kinowych na terenie USA i Kanady (w naszym wielomilionowym mieście i przyległych powiatach są takie zaledwie trzy - w samym Toronto jest ich zaś już sześć...). Nawet dla osoby przywykłej do oglądania spektakli operowych na żywo tego rodzaju nowa prezentacja jest czymś nietrudnym do zaakceptowania. Doskonały dźwięk, doskonała widoczność z detalami, o których na sali nie może się nawet śnić, i atmosfera oglądania w towarzystwie, które jest zdolne wysiedzieć bez prażonej kukurydzy przez ponad godzinę, a co więcej, tak jak na sali - z zapałem oklaskuje widzianych jedynie na ekranie wykonawców. A było co oklaskiwać: Cyrulik sewilski, najpopularniejsza opera Rossiniego, z najpopularniejszą chyba w całej operowej literaturze arią Figara, tym razem otrzymał wyjątkowo atrakcyjną i pełną humoru inscenizację, której twórcą jest Bartlett Sher, oraz nadzwyczaj wyrównaną wokalnie obsadę. W roli Figara szwedzki baryton Peter Mattei wykazał się pierwszorzędnym aktorstwem, wdziękiem i wysokiej klasy techniką wokalną: ma bardzo atrakcyjny głos o aksamitnym, miękkim brzmieniu i partia "majstra od wszystkiego", oprócz strzyżenia i golenia, wydaje się dla niego stworzona. Jeszcze bardziej wirtuozowskie partie tej opery, wymagające opanowania techniki belcanta oraz wokalnych fajerwerków to Rosina i jej ukrywający swą tożsamość adorator, książę Almaviva. Tutaj usłyszeliśmy parę młodych artystów, którzy nadają współczesnej operze nowe oblicze: nie tylko pierwszej klasy technika i koloratura, ale równie atrakcyjna aparycja. Rosinę śpiewała doskonała Joyce Di Donato (mezzosopran), pełna werwy, humoru, gracji: jest to rola, która jej przynosi w świecie muzycznym łatwe do zrozumienia zachwyty krytyki i uwielbienie publiczności, w tym również autora tej kroniki. Pochodzący z Peru Juan Diego Florez wydał mi się idealnym wprost Lindoro (imię, pod którym Almaviva ukrywa się przed Rosiną). Był tego popołudnia w doskonałej formie i po raz kolejny udowodnił swoją pozycję czołowego Rossiniowskiego tenora. Nie przeszkadzało nikomu, że dla niego właśnie - a później również dla czarnoskórego Lawrence'a Brownlee, debiutującego tą rolą w Met, "zatrzymano" przedstawienie i tuż przed ostatnim fragmentem opery umieszczono finałową arię z Kopciuszka. Tego rodzaju interpolacje mają miejsce jedynie w przypadku, kiedy kompania operowa posiada tenora zdolnego do zaśpiewania tej wirtuozowskiej i wyczerpującej arii. Z satysfakcją donoszę, iż obaj tenorzy w tym przedstawieniu wywiązali się z zadania znakomicie (choć wolałem Floresa, bardziej zadomowionego w tej roli) i udowodnili, że sztuka belcanta pewnymi krokami powraca do teatrów operowych. Było czymś iście rozbrajającym zobaczyć Lawrence'a Brownlee ocierającego łzy radości i wzruszenia podczas pospektaklowego wywołania przed kurtynę.
Równie wyśmienity w roli dr. Bartolo ("opiekuna" Rosiny) był bas John Del Carlo, wywołujący burze śmiechu swoimi atakami zazdrości. Jedynym słabszym ogniwem widzianego na żywo przedstawienia był sławny Samuel Ramey w roli Don Basilia, nauczyciela muzyki. Jego głos dzisiaj stracił tylko trochę na mocy, ale bardzo dużo na samej produkcji: jest mi coraz trudniej wytrzymać jego nieznośne "jęczenie" (vibrato). W pierwszej obsadzie John Relyea był w tej roli znacznie bardziej przekonujący.
Opisuję kombinację wrażeń na żywo i ze sfilmowanego przedstawienia li tylko dlatego, iż 15 maja br. wspomniana "kinowa" wersja zostanie powtórzona w tych samych kilku teatrach i najgoręcej polecam Czytelnikom zainteresowanym wielkim śpiewaniem zajrzeć na stronę internetową metopera.org i sprawdzić, czy są jeszcze dostępne bilety. Również nasza lokalna stacja PBS (kanał 13) powtórzy ten spektakl 31 maja, jak to miało miejsce z kilkoma innymi operami, włączając w to inne rewelacyjne przedstawienie - Eugeniusza Oniegina Czajkowskiego z Renee Fleming i Dmitrym Hworostowskym w głównych rolach.
Kissin do północy
Recitale rosyjskiego wirtuoza Jewgienija Kissina są zawsze wydarzeniem sezonu (nie tylko w Nowym Jorku) i podobnie było z ostatnim w Carnegie Hall. Przejdzie on chyba do historii jako najdłuższy recital ostatnich dekad, i to wcale nie z powodu długiego podstawowego programu, który zmieścił się w 80 minutach. Kissin ostatnio podjął się zadania wykonania na bis nie tradycyjnych kilku kompozycji, ale kilkunastu. Tak było w Chicago, kiedy wykonał ich 11, tak się stało i w Carnegie, kiedy garstka słuchaczy pozostała tam aż do 11:45 w nocy, aby wydusić z niego aż 12 bisów. Jakim kosztem, to już inna sprawa. Jako recenzent staram się nie bawić się w aptekarza i nie liczyć minut, które - w zależności od tego, jak się je spędza - mogą się stać niebiańskim szczęściem albo udręką. Jeśli jednak weźmiemy pod uwagę, że dodatkowe 40-45 minut muzyki, które usłyszeliśmy w formie bisów, zabrało pianiście blisko dwie godziny, to można zastanowić się, czy użyte przez prasę określenie "maraton" przypadkowo nie odnosi się tym razem do wytrzymałości publiczności raczej niż artysty. Grupka upartych melomanów, kiedy większość sali już opustoszała, wywoływała pianistę na scenę tupaniem w podłogę i po pewnym czasie stało się to dla mnie dziecinną zabawą "kto wytrzyma dłużej". Dlaczego pianista nie dał znać swoim wielbicielom poprzez zapalenie świateł, że więcej grać nie będzie, tylko oczekiwał na oklaski, to jego tajemnica. Już się wydawało, że oklaski zamierają, że to już koniec, i wtedy powtórnie tupanie i powtórne wywoływanie na estradę, ukłony i... kolejne kilka niekończących się minut oklasków. Nie wszystko zresztą miało negatywne aspekty: np. bileterzy, którzy pozostali do końca - bo musieli! - sporo zarobili na godzinach nadliczbowych: Kissin w roli dobroczyńcy?
Czy ktoś dzisiaj pamięta jeszcze recitale Horowitza? Po zakończonym programie mistrz wychodził na estradę, pokazywał trzy palce oznaczające liczbę bisów, po czym je grał, niemal bez wstawania od fortepianu. Koniec recitalu, światła włączone, wszyscy do domu. Jakież to proste i ekonomiczne.
Wśród bisów były głównie miniatury w formie kilku walców Chopina, walca Brahmsa, Melodii Glucka, Siciliany Bacha, drobiazgów Beethovena i Mendelssohna, Liszta i Mozarta. Jedynym wartym pozostania przez dodatkowe 3 godziny, a nie zaledwie dwie, były Wariacje na temat z "Carmen" Horowitza (wersja z 1968 r.), zagrane nie gorzej niż przez samego mistrza. Kissin potrafi nierzadko denerwować naiwnością czy bezradnością swoich interpretacji, ale wciąż pozostaje kolosalnym pianistą, może nawet dziś największym.
Tym razem miałem stosunkowo mniej zastrzeżeń do kompozycji wykonanych w programie, który rozpoczęła wczesna Sonata Es-dur (D.568) Schuberta, wykonana z należytą elegancją i prostotą. Po Schubercie przyszła kolej na 32 wariacje c-moll Beethovena, wykonane w "zasłużonej" XIX-wiecznej tradycji pt. "każda wariacja w innym tempie". Jest to muzycznym absurdem, ale od Kissina nigdy nie wymagałem wielkiej logiki. Był to wspaniały przykład wspaniałej muzycznej bezmyślności. W następujących po przerwie Sześciu utworach op. 118 Brahmsa znalazłem wiele liryki i poezji, i jedynie ślady rozwlekania frazy. Na koniec artysta obdarzył nas Chopinowskim Andante Spianato i Polonezem Es-dur op. 22, granym z polotem i dech zapierającą wirtuozerią. Polonez miał znacznie więcej charakteru, niż nijakie wersje kilku innych polonezów prezentowanych podczas ubiegłorocznego nowojorskiego recitalu.
Kiedy ten wspaniały wirtuoz nie forsuje dźwięku, a zdarza mu się to czasami, fortepian brzmi przepięknie i prawdziwie śpiewa. Tym razem wspomniane szorstkości nie miały miejsca i zasadniczo słuchałem jego gry z nieukrywaną przyjemnością. A jeśli zapragnę czysto muzycznych wrażeń, to przecież zawsze pozostaje Radu Lupu czy jemu podobni muzycy.
Powrót Dawn Upshaw
Pragnąłbym przypomnieć melomanom czytającym te słowa o serii koncertów "Free for All" w nowojorskiej Town Hall przy 43 Ulicy (koło 6 Ave.). Pierwszy z czterech darmowych recitali był wart sutego nawet zapłacenia za bilet. Był to powrót Dawn Upshaw (sopran), u której blisko rok temu zdiagnozowano raka piersi. Intensywna kuracja zmusiła artystkę do opuszczenia sceny i obecny recital, przy współudziale jej wieloletniego partnera Gilberta Kalisha, był pierwszym publicznym występem. Program był urozmaicony i nie podlegał jakimkolwiek ideom przewodnim: jak nam śpiewaczka wyjaśniła, godząc się na wykonanie tego recitalu nie wiedziała jeszcze, w jakim będzie stanie, stąd składanka ulubionych pieśni, nie zawsze mających ze sobą wiele wspólnego. Kalish, który jest jednym z tych świetnych i często niewystarczająco docenianych pianistów, miał również okazję popisania się solowymi kompozycjami Brahmsa (Intermezzo h-moll op. 119/1) i Ivesa (Alcott z monumentalnej i piekielnie trudnej Sonaty nr 2 "Concord Mass").
Upshaw była w bardzo dobrej formie i jak zwykle w mistrzowskim stylu przekazała przeróżne nastroje pieśni kompozytorów amerykańskich (Ives, R.C. Seeger, Foster, Bolcom), francuskich (Debussy, Ravel, Faure, Messiaen) i niemieckich (Schumann, Wolf, Berg, Weill).
W moim, i chyba nie tylko moim, przekonaniu wielką artystką czyni ją umiejętność komunikowania się z publicznością. Wielu śpiewaków potrafi może lepiej od niej śpiewać, niewielu jednak posiada tę zaletę. Tym razem np. jej wersje pieśni kabaretowych Weilla czy Bolcoma były wprost szelmowskie i urzekające: ani cienia przesady, ani cienia przerysowania. Kiedy Upshaw, swobodnie omawiająca poszczególne pozycje programu, w pewnym momencie zauważyła, że jest szczęśliwa z powrotu na scenę, nie było wątpliwości, iż jest to szczere wyznanie.
W nadchodzącą niedzielę 13 maja o 5:00 ppoł. w Town Hall wystąpi brytyjska gwiazda trąbki, Alison Balsom. Na nagraniach brzmi rewelacyjnie!

