Przegląd Polski 27 kwietnia 2007

Żabką przez Atlantyk

Zgniatarka do głów

Marek Kusiba

Los miał widocznie dla ciebie inne przeznaczenia - rzekła tajemniczo moja małżonka i odłożyła słuchawkę. Chodzę po Warszawie jak rozbitek po samotnej wyspie, oglądam smukłe i już opalone nie moje, niestety, przeznaczenia (jak i gdzie one to robią? Londyn odpada, bo pada, zostaje solarium albo Italium...). Mój los przeznaczył mi wzrokowe tortury: kiedyś wydłubywali oczy, teraz każą tylko patrzeć. Jest wszak jedna kategoria pań, na które już patrzeć nie mogę: pracownice urzędów. Wzięły mój los w swoje paluszki i kręcą nim młynka, jak kluczykami od samochodu. Ale one wiedzą lepiej, dlaczego mam nie dolecieć do Toronto, gdzie mam rodzinę, i do Nowego Jorku, gdzie mam akredytację. W urzędach odbywają się takie, mniej więcej, dialogi na cztery nogi: - A co mnie obchodzi jakiś pana klub. - Nie pana, tylko PEN. - No przecież mówię, że pan. - Proszę pani, to światowy PEN... - Niech mnie pan tu nie straszy jakimś światowcem, czasy panów się skończyły, teraz każdy pan i światowiec. - Ja nie straszę, ja proszę o... o szklankę wody. - Bufet na dole, a z kranu nie radzę, bo się pan może przejechać i bez paszportu, na tamten świat...

Jadę na Powązki, ale nie po to, by uprościć urzędom życie i zejść miłym paniom z oczu na zawsze. Takiego prezentu władzom polskim zrobić nie zamierzam. Ale kilkunastu emigrantów, zatrzymanych przy wyjeździe z ojczyzny z powodu braku ważnego polskiego paszportu, powalonych stresem, leży już w polskiej ziemi. Władze polskie mają wiele zalet, ale do największych zaliczam skuteczność, bywa ostateczną, w odstraszaniu Polonusów od kraju. Żeby tak skutecznie budowały autostrady, jak budują zapory z nieżyciowych przepisów, Polska już dawno byłaby drugą Danią. Nie wątpię, że kiedyś nią będzie, tymczasem źle się dzieje w tym naszym państwie duńskim. Pustoszeje z najtęższych głów i najsprawniejszych rąk do pracy. Wyjeżdżają, albo zostają - w Alei Zasłużonych. Gdy zapalamy lampki w trzecią już miesięcznicę wyjazdu na wieczną wyprawę Ryszarda Kapuścińskiego, pod stertą kwiatów leży od dwóch godzin Jerzy Janicki. Biedny Janicki nie mógł przewidzieć, że pisząc Przerwany lot czy Strażnice kresowe Rzeczpospolitej napisze je także i dla mnie... Ten zawodowy lwowiak, "niespotykanie spokojny człowiek" "umarł, aby żyć" - to życie, jak i życie po życiu, opowiedzieć można tytułami jego reportaży, scenariuszy filmowych i seriali telewizyjnych.

Mamy teraz istny serial nagłych odejść ludzi twórczych, jakby nie wytrzymywali nacisku zgniatarki do głów, co bardziej mądrych, made in IV RP. Powązki pękają w szwach. Najnowszy sposób na resztki Człowieka z M-3 (to też Janickiego) to minigrobowczyki, jak dziecięce. A tak się tu po prostu grzebie urny z prochami. Wiele tabliczek ostrzega, że już biorą z mojej półki, a ja nic - łykam ampułki i trwam na straży dobrego samopoczucia urzędów paszportowych i strażnic, niestety już nie kresowych... Teraz w Polsce moda nie tylko na grzebanie w ziemi, ale i grzebanie w życiorysach, co też często kończy się w ziemi. Żartownisie sobie dworują, że dziennikarze i wykształciuchy uciekają w zaświaty przed lustracją. Znam lepsze sposoby uwolnienia się od kłopotów made in USSR. Po ostatnim felietonie napisał do mnie z Monachium dr Jerzy Sonnewend. Wierny czytelnik, jak łaskawie zaznacza w liście, wybaczy mi zapewne, że uczynię go współautorem tego tekstu - przytaczając jego, wielce pouczającą i smutną w sumie, historię: "Pańskie perypetie przypominają mi moje własne. Ilekroć wyjeżdżałem do Polski, zawsze na granicy było coś nie tak. W końcu - za stosunkowo grube pieniądze - zrezygnowałem z polskiego obywatelstwa. Przyjąłem - za mniejsze - obywatelstwo kraju zamieszkania, czyli niemieckie, i mam święty spokój. A urzędasy na granicy tylko się kłaniają w obawie, żeby ich przypadkiem nie zagadnąć po niemiecku. (Musieliby przecież potwierdzić, że egzaminy z języka zdali nie po protekcji, a normalnie). W ten sposób dla Polaków nie jestem już Polakiem, dla Niemców i tak nigdy nie będę Niemcem, ale za to mam święty spokój! Czego i Panu życzę. Z wyrazami serdecznego współczucia i radą, by polski paszport schować sobie głęboko do szuflady, dla wnuków, a legitymować się każdym innym. (Już Lucyfer zwykł był mawiać do swych współdiabłów: ´Tych Polaków to nie trzeba pilnować. Co który spróbuje wydostać się z kotła, z powrotem wciągną ich rodacyª. I tak pieczemy się we własnym, wstrętnym sosie...)".

Nie zamierzam pozbywać się polskiego obywatelstwa, ale rzeczywiście przestanę się przyznawać do posiadania polskiego paszportu, choć on teraz taki ładny, unijny. Pozory często mylą. Tutaj Unia często gęsto bardziej przypomina Soviet Union, z jego radosną paranoją na temat szpionów na usługach amerykańskich burżujów. Melancholią napawa mnie świadomość, że w stanie wojennym wypuścili mnie z Polski, a teraz nie chcą. Los miał widocznie dla mnie inne przeznaczenia. Będę o nich donosił z kraju mego ponownego, choć przymusowego osiedlenia...

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail