Przegląd Polski 27 kwietnia 2007
- Nowe książki o Janie Lechoniu - Jerzy R. Krzyżanowski
- Pod innym kątem. Meandry przyjaźni - Jan Zieliński
- Ojciec emigracyjnego dramatopisarstwa - Nina Taylor-Terlecka
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
POD INNYM KĄTEM
Meandry przyjaźni

Średniowieczni scholastycy wiedli spory o to, ile aniołów zmieści się na czubku szpilki. W przypadku literackiego parnasu sprawa jest jakby prostsza: wielu zostało powołanych, ale na samym wierzchołku polskiej poezji współczesnej zasiąść może tylko jeden. Przez wiele lat czytelnicy poezji w Polsce spierali się, czy to najwyższe miejsce zajmuje Herbert czy Miłosz. Tom ich korespondencji dobrze dokumentuje tę rywalizację, pokazuje wzloty i upadki łączącej obu poetów przyjaźni.
Bajazet ze Swedenborgiem
Najważniejsze są wiersze, więc od nich zacznijmy. Najnowsza edycja obok korespondencji Miłosza z Herbertem przynosi też faksymile wierszy z archiwum Herberta. Niektóre są znane z późniejszych publikacji i mogą interesować jedynie specjalistów, którzy zajmują się porównywaniem autorskich wersji poszczególnych utworów poetyckich. Z tekstów niedrukowanych najciekawszy wydaje mi się wiersz, w rękopisie rozpoczynający się od słów "Śnił mi się znowu Miłosz", przy czym słówko "znowu" ujęte zostało w klamrę, co w rękopisach Herberta często oznacza, że autor miał wątpliwości, że chciał to miejsce zastąpić lepszym. I rzeczywiście, na prawo od tej linijki pojawiają się kolejne dwa warianty, ledwie czytelne: "Czesław", a następnie: "stary". Oto, jak odczytuję ten wiersz po wprowadzeniu autorskich poprawek:
Śnił mi się stary Miłosz tym razem był to
sen pełny to znaczy grał w nim główną rolę
wielka izba oświetlona jasnym światłem
tak jasnym że zmrużyłem oczy
śnił mi się różnie czasem w ogrodzie
wiszącym w Kalifornii wtedy myślałem że jest Bajazet
lub w Dzielnicy Łacińskiej przez te brudne okna baru
przesuwał się szybko przez szklany ekran
niósł pod pachą opasłe tomy pewnie Swedenborga
jak nauczyciel który prowadzi leniwych uczni
na Sąd Ostateczny
Kalifornijski wiszący ogród to reminiscencja tarasowej zabudowy i bujnej przyrody Berkeley, gdzie Herbert odwiedzał starszego poetę (Miłosz w liście z Berkeley: "dnie spędzam na obcinaniu krzaków w ogrodzie które zanadto się rozpleniły"). Pierwszy obraz przypomina znaną Herbertowi rycinę Rembrandta, Faust w pracowni, z berlińskiego gabinetu rycin, rozświetloną oślepiającym światłem. Bajazet kojarzy się z wizerunkiem pysznego orientalnego sułtana z brodą i w wielkim turbanie, który poślubił córkę serbskiego despoty, ale skończył życie w niewoli u innego wschodniego władcy, Tamerlana (rozmaite legendy głoszą, że Tamerlan trzymał go w klatce, że używał w charakterze podnóżka, a żonie Bajazeta kazał tańczyć przed sobą nago i jeniec musiał na to patrzeć). Brudne okna podrzędnego baru w Dzielnicy Łacińskiej Paryża to sceneria drugiego miejsca, gdzie Herbert spotykał się z Miłoszem. Natomiast wątek Swedenborga pojawia się też w rozrachunkowym (wobec Miłosza) wierszu Chodasiewicz z1991 r. ("Swedenborga godził z Heglem i czort wi co / był jak student który czyta w kółko parę książek niedokładnie") oraz w wypowiedzi o Ziemi Ulro dla Tygodnika Solidarność (1994 r.: "Jak można Swedenborga przedstawić, jakby był prywatnym odkryciem Autora Ocalenia, podczas gdy każdy przedwojenny licealista wiedział dobrze, że tego skandynawskiego wizjonera i psychopatę łykali romantycy, w tym Juliusz Słowacki, do przesytu. Erudycja nie jest silną stroną Miłosza, eksprofesora w Berkeley"). Te zbieżności pozwalają datować wiersz Śnił mi się stary Miłosz... na połowę lat 90. Miłosz jawi się tu kolejno jako: mag-wizjoner, upadły władca, podejrzany erudyta i nauczyciel wiodący na manowce.
Miłe początki
A z początku wszystko się tak pięknie układało. Pierwszy list Herberta, z 10 lipca 1958 r., jest grzecznym podziękowaniem za gościnę u Miłoszów w Montgeron, zakończonym pokornym życzeniem: "wyrażam nieśmiałą nadzieję, że będę mógł spotkać się z Panem jeśli upał i gramatyka francuska mnie nie zabije, a Pan zechce". 12 lipca Miłosz ponawia zaproszenie. Herbert odpowiada mu 18 lipca: "O Montgeronie myślę jak o wyspie szczęśliwej, ale jak wiadomo nie ma wysp szczęśliwych" i to zdanie brzmi jak końcowa linijka jakiejś jego strofy.
Wymianie grzeczności rychło towarzyszą też konkretne przejawy wzajemnego wspierania się dwóch autorów, którzy wprawdzie działali na podobnym terenie, ale każdy miał na tyle silną osobowość poetycką i na tyle mocny charakter, że nie wchodzili sobie, przynajmniej do czasu, w drogę. I tak jesienią 1958 r. Miłosz informuje Herberta, że w New Yorkerze pochwalił jego Jaskinię filozofów. W następnym liście posyła młodszemu koledze notę, jaką napisał jako wstęp do bloku jego wierszy w miesięczniku Encounter. Znalazło się w niej, notabene, kilka dość zaskakujących stwierdzeń: "posługuje się wyrafinowaną techniką, by uchwycić doświadczenie zbiorowe"; "[z]afascynowany problemem władzy i państwa nawet Sąd Ostateczny opisuje w kategoriach przemocy" (czyż późną odpowiedzią na to sformułowanie nie jest końcowy obraz cytowanego wiersza Herberta?); "Herbert nie używa rymów, a główna trudność dla tłumacza polega na znalezieniu ekwiwalentów dla jego idiomatycznych wyrażeń". Trzeba jednak podkreślić, że późniejsze wypowiedzi Miłosza o poezji Herberta będą trafniejsze.
Herbert po raz pierwszy pisał o Miłoszu w roku 1975 - była to rekomendacja do The Neustadt International Prize for Literature, którą to nagrodę przyznano Miłoszowi w roku 1978. Czytana dzisiaj, rekomendacja zdumiewa jasnością i jednoznacznością ocen. Herbert powiada, że Miłosz stara się "ocalić z historycznych katastrof przynajmniej dwa słowa, bez których każda próba poetycka jest pustą grą znaczeń i pozorów, a mianowicie sprawiedliwość i prawda". Pisze o tragizmie tej poezji, o wartościach, o bogactwie i różnorodności formalnej wierszy Miłosza, o walorze etycznym, dzięki któremu dzieło tego poety "jest próbą oddania sprawiedliwości widzialnemu światu".
Równolegle z tymi trybutami, składanymi na potrzeby życia literackiego, wzajemna korespondencja skrzy dowcipem. Widać, że ci dwaj się lubili, że mieli podobne poczucie humoru. Dzięki licznym reprodukcjom wymienianych pocztówek także i czytelnik może się pośmiać, patrząc na fotografię, przedstawiającą dwóch brodatych amerykańskich poszukiwaczy złota i czytając słowa Miłosza: "Na zdjęciu masz mnie i mojego kolegę Stasia z Gimnazjum im. Króla Zygmunta Augusta w Wilnie". Albo patrząc na archiwalną fotografię z początku wieku XX przedstawiającą Restaurant de Coucou docenić podpis Herberta na tej pocztówce: "Zbigniew Coucou na Mougnu". Mniej zabawna jest wysłana do Miłosza w roku 1990 karta pocztowa ze zdjęciem wielkiej słoniowej nogi, która za chwilę stanie na kruchym kurczaczku i z dopiskiem: "Nie depcz".
Ślad po respondystach
Na osobną uwagę zasługuje list wysłany z Berkeley 17 lipca 1967 r. do Herberta, który mieszkał wówczas w Londynie u twórców wydawnictwa Oficyna Poetów i Malarzy, Krystyny i Czesława Bednarczyków. Miłosz podpisał się pod nim "Tudzik" i dołączył programowy tekst niejakiego Józefa Stanisława Tudzika pt. Wyjaśniam oraz garść wierszy tzw. "respondystów". Niniejsza publikacja jest śladem po pomyśle, który zrodził się bodaj podczas odwiedzin Herberta u Miłoszów w La MessuguiŹre w czerwcu 1967 roku - materiały miały być publikowane na łamach Oficyny Poetów. Wkład Herberta miał polegać na napisaniu manifestu respondystów pod hasłem Wszelka sztuka jest idiotyzmem i wymyśleniu biogramów rzekomych członków grupy, pochodzących z różnych zakątków świata, od Węgier po Hawaje.
Korzystając z maski pseudonimu Miłosz przykłada wszystkim. Najpierw poetom dawniejszym, jak Kasprowicz ("Kto dzisiaj może czytać Kasprowicza?"), Staff ("napisał może pięć jako tako trwałych wierszy", Tuwim ("właściwie to był poeta rosyjski piszący po polsku, [...] z mocną skłonnością do lirycznego kiczu, wybitny tylko jako satyryk"). Następnie prozaikom, jak Reymont ("nagrodę Nobla dostał, nie wiadomo już jak i dlaczego"), Żeromski ("pisał przeważnie złe książki"), Dąbrowska (wymowny trzykropek...). Potem poetom współczesnym i ich pismom, w kraju i na emigracji. O warszawskiej Poezji powiada: "Miesięcznik ma duże powodzenie, bo kupują go ci co piszą wiersze, żeby zobaczyć czy czasem jednego z ich wierszy przesłanych do redakcji nie wydrukowano, a takich w Polsce jest więcej niż wynosi cały nakład pisma". Nie oszczędza też londyńskiej Oficyny Poetów, której wiersze spełniają przeważnie "wszystkie warunki zupełnej nieczytelności".
Ale nie chodziło tylko o ostrą krytykę. Twórczym elementem są pastisze wierszy polskich poetów, podane jako rzekome przekłady z (nieistniejących) poetów, należących jakoby do grona respondystów. Tytułem przykładu przytoczę jeden, zatytułowany Gdyby:
a gdybym był stróżem brata mego
na rękach i na nogach miałbym czarne stygmaty
na piersiach i na plecach ropiące się rany
wszędzie tam gdzie brata mego trafiła kula
jęczałbym w nocy z bólu i agonii
w dzień zakrywałbym oczy żeby nie widzieć słońca
głodny byłbym jako on nie mogąc przełknąć chleba
bity byłbym kańczugiem zakończonym żelazną gwiazdą
ale nie jestem stróżem brata mego
przechadzam się nad strumieniem w rozległym ogrodzie
a dym kiedy składam ofiarę wznosi się prawie do góry
Kiedy czytamy ten wiersz dzisiaj, znając późne wiersze Aleksandra Wata, łącznie z ineditami, źródło nie ulega wątpliwości. Wystarczy ponownie sięgnąć po Poemat bukoliczny ("On przyjął jego ofiarę, a mojej nie przyjął"), po Na spacerze (wiersz o żonie Kaina i wdowie po Ablu), po W Lasku Bulońskim ("O piątej Jahwe przetarł oczy starą ręką i wyszedł do lasku na swój poranny spacer"), po Naszepty magnetofonowe ("Srogość najeźdźców wbita w naszą pamięć jak podkowy"), by widzieć, że Miłosz odwołuje się do dobrze mu znanej poezji Wata. Czy związek ten był również czytelny dla drugiego respondysty? Chyba nie, ale łatwo zrozumieć dlaczego. W liście z 3 sierpnia 1967 r. Herbert pisze: "Materiały grupy respondystów przeczytałem w należytym skupieniu. Wiersze podobają najbardziej. Niektórych mi nawet żal (Powszechność, Gdyby, Sukces), że pójdą pod nazwiskiem Bartendera". Rozpoznał zatem wysoką jakość kruszcu, którym posłużył się Miłosz w swych pastiszach. A najnowszych, niedrukowanych wierszy Wata nie znał. Następny akapit jego listu brzmi:
"Od tego właściwie powinienem zacząć: w sobotę (a właściwie z piątku na sobotę w nocy) umarł Aleksander. Chciałem polecieć na pogrzeb, ale mój paszport leży w Home Office i nie mogę się ruszyć z Anglii. Bardzo mnie ta śmierć dotknęła. Dla Niego było to wyzwolenie".
I tu chyba tkwi przyczyna, dla której cała akcja z powołaniem grupy respondystów upadła. Tego, co mogło być zabawne także dla obdarzonego wysokim poczuciem humoru Wata, nie bardzo wypadało publikować tuż po jego śmierci. Dziś rzecz ma posmak archiwalnego znaleziska.
Wyspa szczęśliwa
Cytowałem zdanie z listu Herberta, brzmiące jak linijka z jego wiersza: "ale jak wiadomo nie ma wysp szczęśliwych". Tom korespondencji Herberta i Miłosza jest świadectwem stopniowego rozchodzenia się dróg obu bliskich sobie z początku poetów, zakończonego krótkim i jakby ukradkowym pojednaniem w obliczu śmierci. W pewnym sensie jest to lektura przykra, miejscami nawet żenująca. Nie ma wysp szczęśliwych, nie ma na wierzchołku Parnasu miejsca dla dwóch wielkich poetów równocześnie, po okresie przyjaźni następuje rozstanie, wręcz wrogość. Ale tym, co ratuje książkę, jest poezja. Rozsiane po tomie listów wiersze, rozsiane w poszczególnych epistołach okruchy poezji pozwalają zapomnieć o tym, co przykre i wejść w inny świat.
W takiej perspektywie szczególnej wymowy nabiera oprawa graficzna tomu. Na tzw. skrzydełku pojawia się tam wizerunek wyspy z otoczonym bujną zielenią zamkiem, do którego zmierza łódź z tuzinem podróżnych. Ta sama wyspa i ta sam łódź widnieją na obrazie reprodukowanym na okładce. Zwykły pejzaż z dwiema postaciami na pierwszym planie, niby Miłoszem i Herbertem, którzy kontemplują urodę świata? A raczej jeden podziwia świat, a drugi patrzy na niego krytycznie? Może i tak. Ale ten pejzaż nie jest samodzielny, to tylko mały wycinek, jedna dwudziesta ósma powierzchni wiszącego w Luwrze bardzo znanego obrazu Jana van Eycka zatytułowanego Madonna kanclerza Rolin. Prawą jego stronę zajmuje majestatyczna Madonna w czerwonym płaszczu, z Dzieciątkiem i z unoszącym się nad nimi aniołem, trzymającym ciężką koronę, po lewej klęczy z poważną miną donator w bogatej szacie we wzory jakby ze skrzydeł motyla przekalkowane. Świat sakralny i świat świecki dominują tu nad przyrodą, a wykorzystany na okładce pejzaż mieści się w całości między dwiema kolumnami - drobny wycinek świata przedstawionego. Taki dobór ilustracji na okładkę odczytać można jako przesłanie całej książki: nie sprowadzajmy udokumentowanej tą korespondencją opowieści o dwóch poetach do wzlotów i upadków ich przyjaźni czy wrogości. Wejdźmy w szczegół, zagłębmy się w wierszach, odsłońmy ich urodę, a wówczas świat odzyska właściwe proporcje. A pośrodku rozlewiska ujrzymy może wyspę szczęśliwości... o
Zbigniew Herbert, Czesław Miłosz, Korespondencja.
Z faksymiliami listów i wierszy, fotografiami oraz aneksem zawierającym
nieznane wypowiedzi Herberta o Miłoszu i Miłosza o Herbercie, a także
komentarze Katarzyny Herbertowej i Marka Skwarnickiego oraz wiersze
obu Poetów. Redakcja Barbara Toruńczyk, Zeszyty Literackie, Warszawa
2006, s. 297 cena 18 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia
z wysyłką (do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386
e-mail: ksiazki@dziennik.com
www.ksiazkionline.com

