Przegląd Polski 20 kwietnia 2007
- Śmiech na krawędzi rozpaczy. Kurt Vonnegut, Jr. (1922-2007) - Joanna Rostropowicz-Clark
- Świadek poetów - Renata Gorczyńska
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Odlotowy odlot...
Pisałem kiedyś, że w piątek 13 nie ruszam się z domu. Nie dotrzymałem sobie samemu danego słowa. W piątek 13 wystawiłem nos na warszawską ulicę i pojechałem na Okęcie w celu zaokrętowania się na flagowym statku (powietrznym) PLL LOT. Równie dobrze mogłem wejść do wody w Normandii i próbować przebyć Wielką Kałużę żabką...
Kłopoty zaczęły się już przy odprawie bagażu. Zamiast dozwolonych 23 kilo, miałem w walizce 32. Zmieniono przepisy, przestawiając cyferkę z tyłu do przodu. Uczynna Alicja zabrała do bagażnika swojej micry ciężkie dzieła Bronisława Malinowskiego oraz zimową kurtkę. Tym razem miałem tylko trzy kilo nadwagi, ale panienka zza okienka (komputera) przymknęła na to modre oko.
Gdy stanąłem przed obliczem jasnowłosej urzędniczki przyodzianej w zielony mundur Straży Granicznej, ździebko się rozmarzyłem i westchnąłem: ach, żeby tak jeszcze chwilę zostać w tej pięknej Polsce... - No to pan zostaje - obudziła mnie z marzenia miła panna. - Nie mogę pana wypuścić, bo ważność pańskiego polskiego paszportu wygasła... dwa dni temu - rzekła i sięgnęła po telefon. - Ale ja przecież wylatuję na ważnym paszporcie kanadyjskim - próbowałem oponować. - Dla nas jest pan Polakiem, nie Kanadyjczykiem - zawyrokowała.
Podobną definicję usłyszałem od oficera dyżurnego. - Nie trzeba było przy wlocie pokazywać polskiego paszportu - wyznał w przypływie szczerości - to nie byłoby kłopotów. Zapytałem, dlaczego jego zdaniem Polak z obczyzny, na polskim lotnisku, miałby nie przyznawać się do swojej polskości? Nadgryzionej zębem świata i czasu, ale jednak? - Pana wybór - stwierdził filozoficznie, po czym dodał: - Dzisiaj pan już z Polski nie wyleci...
Zrozumiałem, że zaczęły się schody, bynajmniej nie do nieba. Zwierzchnik oficera potwierdził wyrok podwładnego. Na pytanie o zwierzchnika tego zwierzchnika, oficer spisał ze ściany numer komendanta głównego Straży Granicznej i poradził mi poszukać... budki telefonicznej. Okazały telefon stał na straży jego biurka i złowrogo milczał. Gdybym go dotknął, na pewno odgryzłby mi rękę. Stanąłem w ogonku do automatu. Minuty biegły nieubłaganie, szybowiec Foka krążył pod sufitem, a mnie pod sufitem krążyły niewesołe myśli o moim starym kraju, w którym wszystko zostało po staremu.
Okazało się, że oficer podał mi za krótki numer. Wróciłem do biura, ale panowały już w nim egipskie ciemności. Pchnąłem drzwi i zastałem pana mojego losu w towarzystwie kilku pań (mojego losu) w zielonych mundurkach. Jedna z nich dostrzegła brakującą cyferkę. Radości było co niemiara. Znów pobiegłem z podręcznym bagażem do odległej budki. Komendanta nie było już od kilku godzin w biurze, mieszczącym się na Mokotowie, jednak urzędniczka Agata K. obiecała "coś w tej sprawie zadziałać". Miałem do niej zadzwonić o piątej. Mój samolot odlatywał pięć minut wcześniej.
Gdy biegłem z powrotem do ciemnego biura, usłyszałem z megafonów, jak wzywają mnie na pokład. W drzwiach biura Straży Granicznej zastałem urzędniczkę LOT-u, pytającą oficera o moje losy. - Nie leci! - zapadł wyrok. Panienka powtórzyła "nie leci" przez krótkofalówkę, a mnie spokojnie wyznała: - Za późno, samolot już odleciał. - Ale ja wciąż czekam na decyzję z komendy straży... - Pan nie poleci, pan nie poleci - powtarzali już oboje. - A bagaże? - Już wyjęli. Odbierze pan za pół godziny.
Agata K. zdziwiła się, że jednak dzwonię, skoro zostałem poinstruowany, że mam się udać do... Frankfurtu. Jakiego Frankfurtu?! Tak jej powiedzieli, że mnie powiedzieli. - No, może powiedzieli innemu, bo takich jak pan było dzisiaj cztery przypadki. - Ale dlaczego Polak musi jechać do Frankfurtu, żeby wylecieć z Polski? - Bo z Niemiec może pan wylecieć na obcym paszporcie, a z Polski tylko na polskim.
Samotna walizka czekała na mnie w pustym holu. A mnie czekała samotna droga przez warszawskie urzędy. We wszystkich powtarzano tę samą mantrę: jak wleciał na polskim, to na polskim ma wylecieć. Taki przepis. Jak mu się skończyła ważność polskiego, musi wyrobić nowy. Ale żeby wyrobić nowy, musi się zameldować, wyrobić dowód osobisty, numer pesel i wystąpić o paszport. I czekać trzy miesiące.
Wreszcie trafiłem na litościwą urzędniczkę w biurze paszportowym, która zdecydowała się wystąpić z podaniem do wojewody lub nawet ministra o paszport tymczasowy, wydawany w podobnie skomplikowanych, jak mój, przypadkach. Mam tylko przyprowadzić osobę, która potwierdzi moją tożsamość oraz dokładnie opisać swój nietypowy przypadek. Po czterech lub sześciu tygodniach okaże się, czy zostanie mi wypisany, odręcznie zresztą, błyskawiczny paszport tymczasowy.
Chyba jednak skorzystam z instrukcji oficera Straży Granicznej i przekroczę granicę Polski, najpewniej nielegalnie, skoro nie mam żadnych polskich dokumentów, by polecieć do swojego kraju osiedlenia. Paranoiczne przepisy, bizantyjska biurokracja i astronomiczna nieżyczliwość sprawiają, że do Polski będę wracał tylko żabką. Pływając w basenie...

