Przegląd Polski 20 kwietnia 2007
- Śmiech na krawędzi rozpaczy. Kurt Vonnegut, Jr. (1922-2007) - Joanna Rostropowicz-Clark
- Świadek poetów - Renata Gorczyńska
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Świadek poetów

Miłosz i Brodski. Pole magnetyczne to książka, która po prostu musiała powstać. I chwała za nią Irenie Grudzińskiej-Gross, osobie wręcz stworzonej do napisania dzieła poświęconego losom, twórczości i - co dla istoty tej pracy kluczowe - przyjaźni dwóch genialnych poetów-emigrantów w USA, w odstępie siedmiu lat nagrodzonych literackim Noblem. W dorobku naukowym autorki, obecnie dyrektorki Instytutu Badań Naukowych w Bostonie, jest to czwarta i chyba najdoskonalsza książka. Do jej napisania Grudzińska-Gross przygotowywała się - bez żadnej przesady - latami. Studia romanistyczne na Uniwersytecie Warszawskim, przerwane wskutek uwięzienia za Marzec '68 i wyjazdem na emigrację via Włochy do Stanów Zjednoczonych, kontynuowała na Columbia University, gdzie się doktoryzowała. Przez pięć była koordynatorem programu Fundacji Forda dla Europy Środkowo-Wschodniej, a następnie objęła katedrę literatur porównawczych na NYU. Jest i literaturoznawcą, i historykiem idei.

Nie tylko jednak z racji biografii i przygotowania naukowego Irena Grudzińska-Gross napisała tak świetną książkę. Równie ważne jest to, że znała osobiście obu poetów i przyjaźniła się z nimi. We wstępie podkreśla, do jakiego stopnia czuje się ich dłużniczką, jak wiele im zawdzięcza w rozwoju intelektualnym. Przeprowadzała z nimi liczne wywiady prasowe, korespondowała, bywała na wieczorach autorskich, a przede wszystkim uczestniczyła w różnych częściach świata w wielu konferencjach naukowych i dyskusjach z ich udziałem. Dzięki temu dysponuje stenogramami z dysput, z których tylko część została ogłoszona drukiem. Wreszcie obu im oddała hołd na pogrzebach: Brodskiemu - w Wenecji, Miłoszowi - w Krakowie. Korzystała więc nie tylko z archiwów Miłosza i Brodskiego oraz z ich spuścizny literackiej, lecz była wręcz dosłownie świadkiem obu poetów. Celowo nawiązuję tu do tytułu Miłoszowych wykładów na Harvardzie ogłoszonych jako The Witness of Poetry.
Bo choć ci dwaj są głównymi bohaterami Pola magnetycznego, występują na stronach książki w świetnym gronie innych przyjaciół-poetów. Najważniejsi z nich to Litwin Tomas Venclova, nobliści: Derek Walcott z Karaibów i Seamus Heaney z Irlandii, Amerykanin Mark Strand czy Adam Zagajewski, niegdyś na emigracji we Francji. Nie brak też odniesień do dawnych mistrzów i przewodników: Audena, Achmatowej, Puszkina, Mickiewicza, Frosta i wielu innych. Irena Grudzińska-Gross zajmuje się nie tylko studiami porównawczymi nad twórczością dwóch wielkich uchodźców literatury XX wieku, lecz - w szerszym kontekście - także przedstawieniem ich światopoglądów, związków z rodzimą tradycją, pojmowaniem roli poety i poezji we współczesnym społeczeństwie oraz strategią twórczego przetrwania w obcym kulturowo świecie. Porusza właściwie wszystkie wielkie tematy nurtujące i Miłosza, i Brodskiego - więź z miejscem urodzenia, istotę wydziedziczenia, stosunek do historii i cywilizacji oraz do natury, stwarzanie na swój użytek prywatnej ojczyzny, wybór języka wypowiedzi artystycznej, metafizykę i eschatologię, a nawet stosunek do płci przeciwnej.
Już z tego pobieżnego wyliczenia wynika, że Pole magnetyczne (tytuł jest cytatem z mowy Brodskiego w Katowicach z okazji przyznania mu doktoratu honoris causa Uniwersytetu Śląskiego w 1993 roku) zawiera potężny ładunek intelektualny. Napisanie monografii jednego z tych dwóch poetów jest już zadaniem nadzwyczaj trudnym, ale studium porównawcze poświęcone im obu stawia przed badaczem karkołomne trudności. Autorka wywiązała się z tego znakomicie. Pole magnetyczne cechuje podziwu godna przejrzystość, logika wywodu i klarowność myśli. Należy to cenić i docenić, tym bardziej że Irena Grudzińska-Gross musiała zmagać się z opisaniem umysłów na miarę geniuszu, z twórczością na najwyższym diapazonie, z osobowościami złożonymi i pełnymi sprzeczności.
Republika poetów
Osobista z nimi znajomość (Brodskiego spotkała po raz pierwszy 1965 roku, jeszcze w Moskwie, natomiast Miłosza w 1974 roku w Kalifornii) była dla niej bez wątpienia nieoceniona i pomocna, ale mogła też stanowić pewną przeszkodę w osiągnięciu niezbędnego dla badacza dystansu. I znowu muszę wygłosić pochwałę pod adresem autorki, bo pozostając bezstronnym świadkiem obu poetów, zdołała harmonijnie połączyć obserwacje o zabarwieniu bardziej prywatnym, osobistym, z rozważaniami ściśle naukowymi. Dzięki temu Pole magnetyczne nie jest suchą rozprawą, lecz pulsującą życiem relacją intelektualną.
Motywem przewodnim książki jest przyjaźń Miłosza i Brodskiego, a także ich przyjaźnie z innymi poetami. Autorka przypomina pojęcie przyjaźni w sensie arystotelesowskim, przywołuje więzi łączące grupy poetyckie w dobie romantyzmu i czasach międzywojnia, konfraternie poetów w Wilnie czy w Moskwie. Przypomina, jak ważną rolę odegrały one w tradycji literackiej. Pod tym względem Brodski i Miłosz postępują śladami swoich poprzedników. I są tego w pełni świadomi. Jednakże nie zaprzyjaźnili się przecież dlatego, że przed nimi uczynili tak, przynajmniej na jakiś czas, Puszkin i Mickiewicz. Łączyło ich wiele, ale sporo też różniło. Irena Grudzińska-Gross odnotowuje te podobieństwa i różnice, przede wszystkim w kontekście nowego kraju osiedlenia.
Miłosz był z istoty człowiekiem dążącym do przyjaźni, zwłaszcza w odniesieniu do wybranych poetów. Lubił powtarzać, że należy do wspólnoty szamanów, zaklinaczy słowa. Powołanie poetyckie skazuje na izolację - długie, samotne siedzenie przy stole nad kartkami papieru. Głód erudycji domaga się wielogodzinnych lektur. Potem jednak musi nastąpić wymiana myśli z kimś o podobnych aspiracjach, zmaganiach, widzeniu świata. Głęboka rozmowa z sięgnięciem po szklankę whisky czy wina miewała dla niego upajającą moc, bywała też inspiracją dla dalszej twórczości. Pustelniczy żywot można wieść jedynie określoną liczbę godzin dziennie. Przyjaźnie Miłosza z Amerykanami w jego latach emigracyjnych napotykały na tę podstawową trudność, że wymagały tłumaczenia wielu oczywistych dla niego spraw. W tym przypadku wspólnota pochodzenia ze wschodniej Europy, brzemię ustroju totalnego, a nade wszystko uprawianie sztuki poetyckiej stały się kluczowym spoiwem dla nich obu. Pod względem potencjału intelektualnego i erudycji dobrali się idealnie. Ale nie tylko to zdecydowało o ich przyjaźni. Brodski bardzo lubił Litwę, bywał wiele razy w Wilnie, co musiało poruszyć czułą strunę u Miłosza. Całkiem dobrze opanował język polski, żywił sympatię do Polaków (i do Polki - młodzieńczej sympatii, z którą utrzymywał więź korespondencyjną do końca życia). Gdy Miłosz wyciągnął przyjazną dłoń tuż po jego przybyciu do Stanów Zjednoczonych w 1972 roku, Brodski rozpoczynał, jak kiedyś on sam, trudną drogę od poczucia totalnego wydziedziczenia do akceptacji nowego miejsca na ziemi.
Zetknął ich ze sobą Jerzy Giedroyc, sugerując Miłoszowi, by Brodski przełożył jego wiersze na rosyjski. Scementował tę nową przyjaźń uchodźca z Litwy Tomas Venclova, przyjaciel ich obu. Nic dziwnego, że to on jest autorem przedmowy do Pola magnetycznego.
Miłosz górował nad Brodskim wiekiem i doświadczeniem. Był starszy odeń o prawie 30 lat, z których niemal 20 spędził na emigracji. Myślę, że do pewnego stopnia miał do niego stosunek ojcowski, przed czym Brodski się nie bronił. Wyrażało się to nawet w formach ich wzajemnego zwracania się do siebie - Joseph lub Josif i Pan Czesław. Co więcej - na co zwraca uwagę Irena Grudzińska-Gross - Brodski ustępował Miłoszowi lub przynajmniej nie zaogniał sporów światopoglądowych w trakcie różnych publicznych dyskusji z udziałem ich obu. Taki przebieg miała na przykład dysputa pisarzy-emigrantów rodem z Europy Środkowo-Wschodniej oraz twórców sowieckich podczas konferencji zorganizowanej w Lizbonie na początku lat 90. Poszło o sprawy tylko z pozoru drugorzędne - o pojęcie Europy Środkowej, czyli dawnych krajów zniewolonych, czemu Brodski ostro się przeciwstawiał, i ich odniesienia wobec dawnego imperium.
Na przeszkodzie większej zażyłości obu poetów stanęła jednak fizyczna przestrzeń. Brodski osiadł na Wschodnim Wybrzeżu, Miłosz mieszkał wtedy od kilkunastu lat w Kalifornii. Spotykali się więc z rzadka, głównie na zjazdach naukowych i towarzyszących im często wieczorach autorskich, bo Brodski - podobnie jak Miłosz - dość szybko po przyjeździe do USA związał się z życiem uniwersyteckim. Pozostawała im korespondencja, nie tak bardzo obfita, i wzajemne lektury swoich dzieł lub artykułów.
Dla Miłosza i Brodskiego miarą podziwu dla twórczości innego poety była praca nad przekładami jego wierszy - na język angielski lub rodzimy. Miłosz w zapale translatorskim, aby powiększyć czytelnikom dostęp do "gospodarstwa poezji", którego czuł się zarządcą, tłumaczył na polski nawet japońskie haiku, ale z zasady nie brał się za poezję rosyjską. Czy z tego powodu nie kwapił się z tłumaczeniami wierszy Brodskiego? Przełożył raptem tylko jeden jego wiersz. W rozmowie ze mną przed laty powiedział, że obawia się wpływu jambów rosyjskich na własną twórczość, podając zgubny, jego zdaniem, zamysł Juliana Tuwima, który chciał pisać po polsku tak, jak piszą poeci rosyjscy. Wyjawił też, że trochę go śmieszą publiczne recytacje Brodskiego przypominające natchnione pienia. Wspomnę tu o jeszcze jednej znaczącej różnicy: Miłosz zawsze swoje wiersze czytał, na dodatek dość sucho, bo nie znosił aktorskiej interpretacji utworów. Brodski natomiast swój repertuar miał opanowany na pamięć i niemal go odśpiewywał, żywo przy tym gestykulując. I - jak zauważa Irena Grudzińska-Gross - nie miał najmniejszych zahamowań, by przedstawiać się jako poeta, co wzbudziło zdziwienie nawet Wisławy Szymborskiej. Trzeba trafu, że przed laty zapytałam o to samo Miłosza. Odparł, że w takich razach mówi o sobie "profesor".
Brodski po pierwszych zachwytach nad wierszami Miłosza (cenił zwłaszcza Elegię dla N.N. i wczesne Spotkanie, które dzięki jego inicjatywie upowszechniania poezji w miejscach publicznych pojawiło się przekładzie na angielski na planszach w nowojorskich autobusach) i przełożeniu na rosyjski sześciu z nich przyznał w którymś z wywiadów, że już nie sięga do nich zbyt często. Ich przyjaźń nie polegała więc na ślepym uwielbieniu czy próbach naśladownictwa. A jednak to Brodski zgłosił kandydaturę Miłosza do Nagrody im. Neustadta, zwanej "małym Noblem", przyznaną polskiemu poecie w 1978 roku, a z kolei Miłosz w odpowiedzi na ankietę Komitetu Noblowskiego, już po swoim Noblu, zaproponował, aby tę nagrodę przyznano Brodskiemu. I nie była to przecież odwzajemniona po latach uprzejmość wobec młodszego kolegi, lecz wewnętrzne przekonanie o sile i wielkości jego talentu.
Miłosz wielokrotnie podkreślał, że w poezji pozostał wierny swojej rodzimej mowie. Był przeświadczony, że poezję można pisać jedynie w języku dzieciństwa. Choć władał angielskim doskonale i na przykład Historię literatury polskiej napisał po angielsku, z myślą o studentach amerykańskich, ułożył w tym języku tylko jeden wiersz, bo chciał w nim odpowiedzieć pewnemu myślicielowi hinduskiemu przebywającemu z wizytą w Berkeley. Żeby zaistnieć jako poeta w USA, musiał polegać na tłumaczach, na ogół współuczestnicząc w tym żmudnym procesie. Zabrał się do tej pracy wyjątkowo późno, przełożywszy przedtem wybór poezji Zbigniewa Herberta i niewielką, lecz znaczącą antologię polskiej poezji współczesnej. Dopiero w 1978 roku ukazał się w edycji książkowej pierwszy tomik jego poezji po angielsku. Po Noblu sytuacja uległa diametralnej zmianie. Ogromną rolę w przekładach poezji Miłosza na angielski odegrał jego młodszy kolega i niepospolity poeta kalifornijski Robert Hass. Rzecz w tym, że nie zna on polskiego, więc autor chcąc nie chcąc musiał najpierw dokonywać surowego przekładu, a potem spędzać z tłumaczem mnóstwo czasu nad nadaniem wierszom ostatecznego szlifu. Hass do pewnego stopnia stał się męczennikiem sprawy, bo z uszczerbkiem dla swojej twórczości musiał przekładać coraz to nowe wiersze Miłosza. A stary mistrz tworzył do końca swych dni.
Brodski na początku swej emigracji w Ameryce też był skazany na pośrednictwo tłumaczy. I na ogół nie był zadowolony z rezultatów ich pracy. Jak podkreśla w książce Irena Grudzińska-Gross, forma jego wypowiedzi poetyckiej jest niezwykle trudna, wyszukana, obfitująca w rozliczne figury stylistyczne, kunsztownie rymowana. Z czasem dopiero Brodski zainteresował się wierszem wolnym i to on wprowadził go do poezji rosyjskiej. Od swoich tłumaczy wymagał zgodności i z treścią, i z rymem, i z prozodią wiersza. Niekiedy były to trudności nie do pokonania. Toteż Brodski dość szybko podjął zgoła inną strategię: zaczął pisać po angielsku. Autor Części mowy w znacznej mierze był samoukiem w zakresie tego języka. Toteż pamiętam, jak u nowojorskiego wydawcy Brodskiego, Farrar, Strauss & Giroux, redaktor (a był nim fenomenalnie uzdolniony syn Susan Sontag) jego pięknej prozy poświęconej Wenecji, Znak wodny, ubolewał z powodu zgrzytów językowych w maszynopisie. Co więcej, jak opowiadał z kpiącym uśmiechem, Brodski bronił swego stylu jak lew, nie chcąc uznać żadnych poprawek, skreślenia żadnego z wymyślonych przez siebie neologizmów.
Imperium i Wielkie Księstwo
Choć strategie obu przyjaciół były na emigracji odmienne, obaj są odbierani w dzisiejszej Ameryce jako wielcy poeci amerykańscy, wspaniali nowatorzy języka wypowiedzi poetyckiej. Wnieśli też do tej poezji nowe treści. Zaznali tu też największych zaszczytów literackich i wydawniczych. Na pewno to uznanie nie spłynęło na nich wskutek niedostatku rodzimych poetów. Odwrotnie, jest ich w USA mnóstwo. Nowy kraj osiedlenia okazał się dla obu z nich hojny, a lata spędzone w nim - płodne. Nobla odbierali już jako obywatele amerykańscy. Jednakże ich stosunek do Ameryki jest odmienny i - zwłaszcza w przypadku Miłosza - nacechowany pewną charakterystyczną dlań ambiwalencją. Analizując zbiór esejów Widzenia nad Zatoką San Francisco, pierwszą większą całość Miłosza poświęconą rozważaniom o odrębności Ameryki, Irena Grudzińska-Gross przypomina, że poeta postrzega ten wielki kraj przede wszystkim w kategoriach natury, w przeciwieństwie do państw Europy, reprezentujących głównie historię. Natura, choć niekiedy piękna, budzi jego nieufność, bo rządzą nią bezwzględne prawa. To natura devorans i devorata - bezlitośnie żrąca i zżerana. Niezmierzone obszary, wobec których człowiek zdaje się mrówką, i bezludne połacie znajdują się w opozycji do wyidealizowanej krainy dzieciństwa. Miłosz pozostał czcicielem małych ojczyzn. Za pomocą wyobraźni ciągle wracał do powiatu kiejdańskiego, swojej ziemi rodzinnej poświęcił najwspanialszym w moim mniemaniu poemat, Gdzie wschodzi słońce kędy zapada, pisany w Kalifornii na początku lat 70. Także w Notach o wygnaniu, krótkim, ale ważnym tekście, wyraźnie określił środek swego uniwersum. Irena Grudzińska-Gross zauważa w swojej rozprawie, że poeta ani nie wierzy naturze, ani historii, lecz raczej genealogii, czyli w szczególnej odmianie historii jednostkowej, wielopokoleniowej. Brodskiego przedstawia jako myśliciela niechętnego historii, natomiast zdecydowanego wyznawcę kultury i gwałtownego wyznawcę indywidualizmu. Petersburżanin chyba też nigdy do końca nie wyzwolił się spod wpływów wychowania w imperium. To pojęcie nie jest dla niego odstręczające, jak dla Miłosza. Podkreśla nawet, że wyemigrował z jednego imperium do drugiego. Jednakże w jego oczach imperium amerykańskie jest zbiorowiskiem indywidualizmu. Natomiast w odniesieniu do Rosji ciągle ma na uwadze nie społeczeństwo, lecz państwo, zauważa autorka Pola magnetycznego. Pod tym względem obaj poeci reprezentują zgoła odmienne poglądy.
Brodski szuka dla siebie punktów odniesienia w starożytnym Rzymie i nawet w jego upadku widzi siłę. Miłosz pozostaje w swojej twórczości obywatelem Wielkiego Księstwa Litewskiego w jego już historycznej postaci. Ciągłość jest dlań wielką cnotą. Brodski jest dużo bardziej niespokojnym i buntowniczym duchem. Mierzi go rzeczywistość, która reprezentuje dla niego powtarzalność. Miłosz natomiast uważa rzeczywistość za pojęcie godne najtęższych studiów ontologicznych.
Poszukując dla siebie nowej ojczyzny Brodski odnajduje ją w końcu w Wenecji, gdzie zgodnie ze swoim życzeniem został pochowany. Mimo zaproszeń nigdy nie odwiedził Rosji. Miłosz u schyłku życia osiadł w Krakowie, pośród starych kamieni i słojów historii, jako "Odys spełniony", mówiąc słowami autorki. Kilkakrotnie bywał w przekazanym mu przez Litwę mająteczku rodzinnym w Szetejniach, czego owocem były kolejne wiersze-ewokacje.
Irena Grudzińska-Gross zauważa, że Brodski często portretował siebie pod postacią mitycznego Centaura - mądrego, porywczego, niekiedy wręcz dzikiego człekozwierza, istotę o dwoistej naturze. Miłosz, jak wiadomo, najchętniej widział w sobie niedźwiedzia litewskiego. Niepokoje i niecierpliwość Brodskiego w dużej mierze miały swe źródło w jego ciężkiej chorobie serca, którego poeta zresztą nie oszczędzał. Miłosz przez dziesiątki lat cieszył się niespożytym zdrowiem, choć nie omijało go delectatio mortis, częsty motyw jego twórczości. W swojej mądrej i głębokiej książce Irena Grudzińska-Gross towarzyszy im do końca ich dni.
Dodając własne uwagi, z konieczności omówiłam tu tylko niektóre wątki Pola magnetycznego, rozprawy, którą należy czytać wolno, z namysłem i może sięgając zarazem do poezji (i prozy) obu poetów. Irenie Grudzińskiej-Gross składam w tym miejscu słowa podzięki za takiej klasy dzieło.
Irena Grudzińska-Gross, Miłosz i Brodski. Pole
magnetyczne. Wstęp - Tomas Venclova. Wydawnictwo Znak, Kraków 2007,
s. 223 cena 21 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką
(do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika)
tel. (212) 594-2386
e-mail: ksiazki@dziennik.com
strona internetowa:
www.ksiazkionline.com

