Przegląd Polski 20 kwietnia 2007
- Śmiech na krawędzi rozpaczy. Kurt Vonnegut, Jr. (1922-2007) - Joanna Rostropowicz-Clark
- Świadek poetów - Renata Gorczyńska
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Śmiech na krawędzi rozpaczy
Kurt Vonnegut, Jr. (1922-2007)

Kilka dni temu przeglądając najnowszy numer The Atlantic zatrzymałam się na stronie z humoreską Kurta Vonneguta. Pisarz opowiada tam o swojej żołnierskiej przygodzie tłumacza na język niemiecki na linii alianckiego frontu w 1944 r. Mimo że nie znał niemieckiego, jego dowódca plutonu, który słyszał go nucącego kawałek strofki z Die Lorelei, rozkazał mu pełnić tę funkcję i wręczył mu na wszelki wypadek mocno nadszarpany słowniczek frazeologiczny. Wkrótce pluton, a raczej jego resztki, został otoczony przez Niemców. Twarzą w twarz z sierżantem Wehrmachtu, też dwudziestolatkiem, Vonnegut zajrzał do słowniczka i wykrztusił: - Nie strzelaj! - Na to Niemiec wydobył analogiczny słowniczek i przeczytał: - Gdzie wasza armata?
Czytałam i pękałam ze śmiechu aż do chwili, kiedy dostrzegłam na ekranie telewizora, w wieczornych wiadomościach PBS (z wyłączonym dźwiękiem), ciąg fotografii poległych poprzedniego dnia w Iraku i Afganistanie amerykańskich żołnierzy. - Babies, dzieci - na wojny wysyła się dzieci - pisał, powtarzał, rozpaczał Vonnegut w swoich niezwykłych, rozrywanych przez młodych czytelników książkach, w wywiadach, artykułach, przemówieniach na uniwersytetach, w domach przyjaciół i na schodkach swego domu przy 48 Ulicy na Manhattanie, gdzie witali go urzędnicy idący do pracy w gmachu ONZ.
Nazajutrz dowiedziałam się o jego śmierci.
W ostatniej książce A Man Without a Country Vonnegut twierdził, że śmiech jest obroną przed strachem, a więc nie ma takiego tematu, który nie może być przedmiotem żartu; z wyjątkiem Auschwitz i morderstw politycznych w Ameryce. Po chwili namysłu dodał, że humor, czarny humor, zapewne istniał nawet w Auschwitz, jako jedyne antidotum na bezmiar koszmaru.
Najkoszmarniejszym doświadczeniem w jego życiu było bombardowanie Drezna przez Brytyjczyków. Przez wiele lat chciał o tym napisać, ale nie mógł znaleźć właściwego tonu, wierząc starym wiarusom, że o przeżyciach wojennych należy milczeć, bo nie dają się wyrazić w słowach, to raz, a dwa, nikt z zewnątrz nie jest w stanie ich pojąć. Miał już za sobą siedem coraz bardziej popularnych książek - powieści, w których łączył fantazję naukową z satyrą polityczną i społeczną, wątki autobiograficzne z antymoralistycznym moralitetem - kiedy któregoś dnia przypomniał mu się wybuch śmiechu jednego z towarzyszy niewoli (był w gronie amerykańskich jeńców) po wyjściu z podziemnej rzeźni na dymiącą powierzchnię obróconego w gruz i popioły Drezna: było miasto, nie ma miasta. I jeszcze to, że oni, grupa rozbrojonych chłopaków, nie upiekli się żywcem, bo trzymano ich w chłodni wśród zwałów zwierzęcego mięsa. Śmieszne... Powstała Rzeźnia numer pięć (1969 r.) - książka o tym, napisze, "jak my wyrządziliśmy wielkie zło ludziom ponad wszelką wyobraźnię najgorszym".
Urodzony w 1922 r. w Indianapolis, Kurt Vonnegut był najmłodszym z trojga rodzeństwa, co - jak twierdził - zmusiło go do roli rodzinnego żartownisia - jedyny sposób zwrócenia na siebie uwagi. Rodzice byli potomkami niemieckich emigrantów, z czego Vonnegut był dumny: inteligentni, spokojni, budowali Amerykę, nie wdając się w kowbojskie czy gangsterskie awantury. Ojciec, architekt i malarz, borykający się w latach Wielkiego Kryzysu z biedą, chciał, aby synowie zdobyli solidne, a nie, Boże uchowaj, artystyczne zawody, więc Kurt początkowo studiował chemię, a później antropologię. Matka, z zamożnej rodziny browarników, cierpiała na zaburzenia umysłowe, co nie sprzyjało pogodnej rodzinnej atmosferze. Jej samobójcza śmierć tuż przed pójściem syna na wojnę była jedną z przyczyn jego późniejszych zmagań z chorobą depresyjną, której apogeum stała się próba samobójstwa wkrótce po wielkim sukcesie Rzeźni. Bardziej niż twórczość pisarska, co nieraz powtarzał, trzymało go przy życiu ojcostwo. Miał troje dzieci z pierwszego małżeństwa, zaadoptowaną córkę w drugim z artystką fotografikiem Jill Krementz, opiekował się także trojgiem dzieci siostry, po jej i szwagra przedwczesnej śmierci.
Trudno tu omówić cały bogaty dorobek pisarski Vonneguta, ale warto wspomnieć choćby o kilku książkach, ponieważ nie tylko się nie zestarzały, ale nabierają nowej aktualności wobec postępującej w coraz szybszym tempie technokratyzacji świata przy rosnącej nędzy połowy jego mieszkańców i wobec nawrotu jakby średniowiecznej, bo i religijnej, i zaborczej, permanentnej wojny. Wszystko to znajdujemy we wczesnych, tych najbardziej "fantastycznych" powieściach porażonego doświadczeniem ludobójstwa pisarza. W Pianoli (1952) eksperymenty w laboratoriach technicznych niszczą sztukę w imię stworzenia na ziemi raju inżynierów, a w Kociej kołysce (1963) produktem wynalazku szalonego inżyniera jest substancja, ice-nine (aluzja do lodowatego dziewiątego kręgu w Piekle Dantego), która zabija wszystko co żywe, poczynając od ukochanego kota wynalazcy, Paula Proteusa. Zbuntowany Proteus próbuje odwrócić proces postępu, za co czeka go sąd i kara, ale wybiera samobójstwo - przed nieuniknionym końcem świata. Problem niezamierzonych skutków demiurgicznych wysiłków jest także tematem, w skali mitycznej, Syren z Tytana (1959), gdzie biblijne stworzenie świata okazuje się eksperymentem, którego celem ma być wyzwolenie unieruchomionego na Tytanie proroka Salo. Ale i Salo popełni samobójstwo. Podobnie jak w Kociej kołysce pojawia tu się Pan Bóg, który twierdząc, że wszystko ma swój cel, sam nie jest pewien tych celów. Bo każda religia jest u Vonneguta "Kościołem Absolutnie Niezamierzonych Konsekwencji", wolna wola człowieka jest złudzeniem, co wyklucza poczucie winy, a co więcej - nadzieję.
Bardziej groteskowa niż w późniejszej Rzeźni, wojna w Matce Noc (1961) jest kanwą tragikomicznych perypetii poety Howarda Campbella, agenta amerykańskiego wywiadu, który nadaje z Niemiec pronazistowskie audycje z zakodowanymi informacjami. Jego prawdziwy koszmar zaczyna się po wojnie. Oskarżany o antysemityzm, zdradę narodu i towarzyszy broni, zostaje porwany przez Mosad i posadzony w jednej celi z Eichmannem. Ktoś go ratuje, ktoś znów oskarża, a na domiar złego teczka z jego utworami literackimi dostaje się w ręce sowieckiego dramaturga, który robi z nich plagiaty; na własny pohybel, bo zostaje skazany na śmierć za antykomunizm tych przywłaszczonych utworów. Jest to typowa u Vonneguta satyra na wszystkie systemy polityczne, na idiotyzm wszelkich aparatów wywiadu - i obraz świata, w którym sztuka przestaje mieć jakiekolwiek znaczenie, ponieważ rządzą nim, także pozbawione sensu, ale niezniszczalne robotopodobne mechanizmy. Cytując charakterystyczny zwrot pisarza, możemy powiedzieć: and so it goes, tak to idzie.
W późniejszych powieściach Vonneguta daje się odczuć osłabienie nieokiełznanej tematycznej wyobraźni, powtarzają się wątki religijnych i technokratycznych antyutopii, powracają te same w różnych wcieleniach postaci. Pojawia się inny, bardziej codzienny realizm, bezpośrednie aluzje do bieżących wydarzeń politycznych, wojny w Wietnamie, zabójstwa braci Kennedych i Martina Luthera Kinga, ale także nowy ton pochwały dla najistotniejszej ludzkiej wartości - zwykłej dobroci. W powieści Recydywista jej pozytywny narrator Walter F. Starbuck, syn zamożnej imigranckiej rodziny, absolwent Harvardu, lewicujący działacz polityczny i przez pewien czas doradca w Białym Domu do spraw młodzieży, zostaje oskarżony o wywrotową działalność antyamerykańską i dostaje się do więzienia. Podczas procesu, na pytanie senatora Nixona, dlaczego jako syn imigrantów zamiast wdzięczności za wszystkie amerykańskie dary, za studia w Harvardzie opłacone przez amerykańskiego kapitalistę, stał się przeciwnikiem tak wspaniałego systemu, Walter odpowiada: "Dlaczego? Kazanie na Górze, panie senatorze".
Dla Vonneguta, jak dla wielu idealistycznych ateistów, Jezus był pierwszym socjalistą.
Jakieś dziesięć lat temu w jednorodzinnym domu państwa Vonnegutów przy 48 Ulicy wybuchł pożar. Pisarz był sam, wcześnie rano leżał jeszcze w łóżku. Zanim przyjechała straż pożarna, z domu naprzeciwko wybiegł jego lokator, niemiecki konsul, i wyprowadził na ulicę półprzytomnego autora Rzeźni numer pięć. Po odjeździe przybyłej wkrótce karetki pogotowia Niemiec chustką do nosa wytarł z pyłu buty i udał się w stronę swojego konsulatu. Akt zwykłej - ale i bardzo symbolicznej dobroci.
