Przegląd Polski 13 kwietnia 2007
- Nie tylko Kościuszko i Wajda - Z Magdaleną Szelc-Mays, wykładowcą języka polskiego na uniwersytecie w Storrs, rozmawia Stanisław M. Jankowski
- Czas na drugą karierę w Ameryce - Renata Pasternak-Mazur
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Czas na drugą karierę
w Ameryce

"Przyjechać tu na jakiś czas po dolary - dobrze! - ale mieszkać tu, za żadne skarby świata" - pisał do rodziny Karol Szymanowski wkrótce po przybyciu do Nowego Jorku w 1921 roku.
Nie po majątek tu jednak przyjechał. Należnej mu pozycji jednego z najwybitniejszych kompozytorów XX wieku również nie wywiózł z tego kraju, którego system reklamy i kreowania sławy był mu obcy. W czasie pierwszego pobytu w Ameryce tylko jego Nokturn trafił do sali koncertowej. Niemniej, jak podaje Musical America, "słuchacze przyjęli ten utwór bardziej entuzjastycznie niż którykolwiek inny z wartościowego i dobrze zestawionego programu". Do dziś, niestety, jego utwory w Ameryce rozbrzmiewają stosunkowo rzadko. Choć grono entuzjastów kompozytora stale się powiększa, Szymanowski nadal pozostaje najbardziej niedocenianym kompozytorem XX wieku.
Przyszło mu żyć w czasach dziejowej zawieruchy. Urodził się w 1882 r. w Tymoszówce na Ukrainie w rodzinie ziemiańskiej, kultywującej polskie tradycje patriotyczne. Niepospolity talent ujawnił już w pierwszych opusach, pisanych jeszcze ręką samouka. Gdy wypracował własny, oryginalny język muzyczny, świat był pochłonięty I wojną światową i przez pięć lat jego wielkie dzieła przeleżały w szufladzie. Potem przyszła rewolucja bolszewicka, w rezultacie której stracił ukochany dom rodzinny, a jego fortepian okoliczni chłopi wrzucili do stawu.
Przyjmując posadę rektora Szkoły Głównej Muzyki w Warszawie tracił energię i zdrowie na nieudane reformy polskiego szkolnictwa muzycznego. Uznania, jakie zdobył w świecie w latach 30., nie potrafił wykorzystać, a w dwa lata po jego śmierci wybuchła druga wojna światowa, po zakończeniu której stery w sztuce przejęła awangarda.
Swego nie znacie...
Dziś tendencje antyromantyczne w sztuce należą do przeszłości, po jego utwory z wielkim powodzeniem sięgają prawdziwe gwiazdy świata muzycznego, a elementy ludowe dodają jego muzyce szczyptę egzotyki, na którą ostatnio jest spory popyt. Również jego orientacja seksualna nie stanowi dziś problemu.
"Karol Szymanowski (1882-1937), jeden z najwybitniejszych obok Fryderyka Chopina polskich kompozytorów" - czytamy w uchwale Sejmu RP. Wreszcie "obok", a nie "po". Dotychczas rodacy skłonni byli raczej widzieć w nim twórcę o znaczeniu lokalnym, którego dzieło to nie wspaniały, oryginalny, odkrywczo nowoczesny, samoistny wkład w muzykę XX wieku, ale odblask wzorów francuskich, niemieckich czy rosyjskich. Bolało go to, że europejska atmosfera jego sztuki była nie do przełknięcia dla warszawskich prowincjuszy. Absurdalne zarzuty, pomniejszające rangę jego muzyki, powielane były bezkrytycznie przez rodaków jeszcze długie lata po śmierci kompozytora.
O prawdziwe uznanie łatwiej mu było za granicą. Bela Bartók w liście do matki tak podsumował kolację u PruniŹresa w Paryżu: "Było tam więcej niż połowa najlepszych kompozytorów świata, to znaczy Ravel, Szymanowski, Strawiński i jeszcze kilku młodych (sławnych) Francuzów, których nie znasz". Również za granicą dostrzeżono dużo lepiej niż w kraju powinowactwo sztuki Szymanowskiego i Chopina.
Trafnie uchwycił je paryski krytyk Emile Vuillermoz: "Komponuje tak, jak komponowałby przypuszczalnie Chopin, żyjąc w 1922 roku. Jest tak jak Chopin uwrażliwiony i wyczulony na zjawiska dźwiękowe, posiada wrodzone wyczucie harmonii, olśniewającą technikę; stworzył swój specyficzny styl, swobodny i czarujący, znalazł swój całkiem własny język harmoniczny. Tym, co go jednak szczególnie zbliża do Chopina (...) jest to, że odczuwa potrzebę, by zachwycać, pieścić, czarować".
Niezwykła wrażliwość na barwę brzmienia sprawiała, że obaj sięgali po nadzwyczaj śmiałe dysonanse i zaskakujące połączenia akordów, które jednak nie ranią ucha. Kolorystyczną wartość harmoniki przedkładali nad jej funkcję strukturalną. Komponując muzykę zarazem bardzo nowatorską i na wskroś romantyczną, pozostawali niezłomni w stosunku do narzuconej sobie dyscypliny. Łączyło ich również podejście do polskości i ludowości w sztuce.
Wyjście z "zaklętego kręgu konsekwentnego chromatyzmu" Szymanowski widział w twórczym, artystycznym odczytaniu ludowego wzoru. Tak u Chopina, jak i u Szymanowskiego świeżość i oryginalność myśli muzycznej związana jest z cechami skalowymi i motywicznymi autentycznego folkloru, a nie z banalnym pseudoludowym surogatem, po który sięgali inni romantycy. Znamienne, że ostatnim dziełem Szymanowskiego pozostał Mazurek op. 62 nr 2 z 1934 r., a ostatnim utworem Chopina Mazurek f-moll op. 68 nr 4. Serce Szymanowskiego spoczywało w kościele św. Krzyża obok serca Chopina aż do czasów powstania warszawskiego, kiedy strawił je pożar.
Nie pisał nut na zamówienie
Jedna rzecz różniła jednak tych twórców zasadniczo. O ile Chopin bardzo świadomie i konsekwentnie budował swoją karierę, o tyle Szymanowski - choć miał świadomość skali swego talentu i wartości swoich dzieł - do kierowania swoją karierą nie miał ani zdolności, ani chęci. Miał nadzieję, że zrobi ją "bez żadnego współudziału, a raczej z bardzo chytrze i głęboko ukrytym". Ten uroczy dżentelmen z lekceważeniem odnosił się do "pisania nut na zamówienie" i odrzucał wiele atrakcyjnych propozycji.
"Godowski prosi mię o koncert fortepianowy, a Casalas o sonatę wiolonczelową - obie rzeczy dla kariery doskonałe, a ponieważ ja sam zacząłem już obmyślać większą orkiestrową kompozycję - nie wiem wprost, do czego się najpierw zabrać!" - pisał do Stefana Spiesa. Ostatecznie zabrał się za... Hagith, operę do libretta Feliksa Dormana, pisarza miernego, ale zaprzyjaźnionego z księciem Władysławem Lubomirskim, dobroczyńcą kompozytora. Pisanego bez zapału dzieła nigdy nie polubił i trudno je uznać za reprezentatywne dla jego stylu.
Brak talentu i chęci do autopromocji chyba najbardziej ujawnił podczas pierwszego pobytu w USA. O wykonawców zabiegać nie chciał. W prowadzonym diariuszu wspomniał o zainteresowaniu dyrygentów swoimi partyturami, ale później zanotował: "Miałem iść do Mengelberga z symfonią. Pod pozorem, że nie telefonował - nie poszedłem, bo go znieść nie mogę (idiota jestem)".
Do wyjazdu za ocean namówili go dwaj przyjaciele, skrzypek Paweł Kochański i pianista Artur Rubinstein, który zobowiązał się pokryć kompozytorowi koszty podróży. Szybko okazało się, że tylko wirtuozi robią tu karierę. Kochański, który dopiero wyrabiał sobie nazwisko w Ameryce - zresztą z doskonałym skutkiem - zdobył się na włączenie do swego recitalu Nokturnu (ale bez Taranteli) Szymanowskiego. Publiczność była tak oczarowana, że domagała się powtórzenia utworu. Kompozytor, nieobecny na koncercie (pojechał w tym czasie z Rubinsteinem na Florydę i Kubę), nie zdyskontował tego sukcesu. Nieobecność Szymanowskiego podczas ważnych wykonań jego utworów stała się zresztą niemal regułą.
Potrzebne są gwiazdy
Rubinstein, który już wcześniej zyskał tu status prawdziwej gwiazdy, nie grał na koncertach kompozycji Szymanowskiego. Wolał pewne tryumfy w łatwiejszym repertuarze, a poza tym uważał, że Karol sam powinien starać się wyrobić sobie stosunki i nazwisko na tutejszym rynku. Niestety, Amerykanie do dziś często wyciągają z tego wniosek taki, że nie grał, bo to kompozytor drugorzędny. Dość znamienna dla tej postawy jest recenzja płyty z kompletem mazurków. Autor porównuje mazurki Szymanowskiego z Chopinowskimi i dochodzi do wniosku, że są nudne, bowiem... choć są dedykowane Rubinsteinowi, nie spotkał się z ich nagraniami w wykonaniu tego wielkiego pianisty, a znaczyć to musi, że Rubinstein ich nie cenił. Wnioski błędne, a i przesłanki fałszywe.
Rubinstein mazurki grywał i nawet nagrywał. Podczas drugiego pobytu Szymanowskiego w Ameryce (w 1922 r.) wykonywał publicznie Maski i akompaniował w Mitach. Pobyt ten, bardziej owocny dla kompozytora, przyniósł ważne wykonania utworów symfonicznych, skrzypcowych i fortepianowych. Prawykonano Słopiewnie, których jednak krytyka amerykańska nie zrozumiała. Zaskakujące jest to, że właśnie w USA zachowały się rękopisy utworów Szymanowskiego: między innymi Króla Rogera, Słopiewni, Pieśni muezina szalonego.
Muzyce Szymanowskiego niełatwo jednak zdobyć serce przeciętnego amerykańskiego melomana. Ze względu na wielką obsadę wykonania jego utworów orkiestrowych przekraczają możliwości budżetowe większości tutejszych orkiestr. W dodatku jego wyrafinowana muzyka nie odsłania całej swej krasy przy pierwszym słuchaniu. Choć ma ona tutaj gorących propagatorów, bez znakomitych wykonań gwiazd świecących na tutejszym rynku najjaśniejszym blaskiem trudno będzie jej wpisać się w tutejszy repertuar. Na Wyspach Brytyjskich wspaniałego adwokata znalazła w osobie Simona Rattle'a, który z City of Birmingham Symphony Orchestra nagrał dla EMI 6 płyt. Znalazły się na nich m.in. Król Roger, III i IV symfonia, Stabat Mater, koncerty skrzypcowe, Harnasie, Pieśni miłosne Hafiza, Pieśni księżniczki z bajki. Jednak mimo prestiżowych nagród nagrań tych na amerykańskim rynku łatwo nie znajdziemy. Nawet szukając przez Amazon, lepiej udać się do wersji brytyjskiej. Lepiej ma się tutaj znakomita płyta Piotra Anderszewskiego z Maskami, Metopami i Sonatą fortepianową, uhonorowana w 2006 Classic FM Gramophone Award dla najlepszej płyty z muzyką instrumentalną. W muzykę Szymanowskiego warto jednak inwestować, bo okazuje się, że potrafi porwać słuchaczy na całym świecie. Pod warunkiem że mają do niej dostęp.

