Przegląd Polski 13 kwietnia 2007
- Nie tylko Kościuszko i Wajda - Z Magdaleną Szelc-Mays, wykładowcą języka polskiego na uniwersytecie w Storrs, rozmawia Stanisław M. Jankowski
- Czas na drugą karierę w Ameryce - Renata Pasternak-Mazur
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Nie tylko Kościuszko i Wajda
Z Magdaleną Szelc-Mays, wykładowcą języka polskiego na uniwersytecie w Storrs, rozmawia Stanisław M. Jankowski

Czy to możliwe, aby studiujący w Connecticut wiedzieli więcej o Polakach zasłużonych dla amerykańskiego przemysłu filmowego od niejednego studenta w Warszawie, Krakowie czy Łodzi?
Nie słyszałam o przeprowadzeniu badań porównawczych i chyba nie ma sensu licytowanie się, kto wie więcej. Dla mnie jest ważne, że 40 dziewcząt i chłopców z kursów języka polskiego nie tylko potrafi się coraz lepiej w tym języku porozumieć, ale poznaje nazwiska, życiorysy i dokonania Polaków zasłużonych dla Stanów Zjednoczonych. Grupa filmowa nr 298 liczy 12 osób i to dzięki nim mogła ukazać się książka Nasi w Ameryce, w całości poświęcona wielu - bo nie wszystkim - najsławniejszym polskim nazwiskom w dziejach Hollywoodu. Piszemy o tych, którzy dostali Oscary, i o twórcach "tylko" nominowanych.
Listę otwiera Franciszek Groszewski, autor scenografii do ponad stu filmów. Nie wstydził się urodzenia w Kiełbasinie pod Łomżą, chociaż w USA zmienił nazwisko na Anton Grot, łatwiejsze do wymówienia. Pięciokrotnie nominowany do Oscara, po raz pierwszy już w roku 1931 za scenografię do filmu Svengali. W 1941 r. dostał statuetkę za imitację fal morskich w głośnym filmie Sea Hawk. Oscara przyznano Leopoldowi Stokowskiemu za muzykę do filmu Walta Disneya Fantazja. Niektórzy historycy filmu uważają, że Stokowski nie powinien znaleźć się na liście polskich laureatów, gdyż urodził się wprawdzie w rodzinie polskich emigrantów, ale w Londynie. Wyjaśniamy, że artysta przez całe życie nie tylko mówił po angielsku z wyraźnym, wschodnioeuropejskim akcentem, ale uważał się za Polaka i zawsze demonstrował swoje przywiązanie do języka i do kultury polskiej.
Polskich korzeni nie wstydzili się Bronisław Kaper, laureat Oscara za muzykę do filmu Lili (1953 r.), czy Loretta Swit, która za rolę w telewizyjnym serialu M*A*S*H została dwukrotnie wyróżniona nagrodą Emmy.
Dla wielu ludzi polskie Oscary łączą się tylko z nazwiskami Wajdy i Polańskiego.
Na pewno mniej liczni wymienią jeszcze Allana Starskiego czy Janusza Kamińskiego, może Jana A.P. Kaczmarka. Mało kto pamięta Zbigniewa Rybczyńskiego. Może lepiej nie pytać o Ewę Braun, znaną w kraju jako scenografkę wielu filmów i seriali telewizyjnych, a przecież w 1994 roku, wspólnie ze Starskim, dostała Oscara za scenografię do Listy Schindlera.
Dotychczas Polacy dostali dziesięć Oscarów. 22 nazwiska znajdują się na polskiej liście twórców 35 razy w historii nominowanych do tej nagrody. Niektórych artystów, jak wspomnianych Kapera, Polańskiego czy Wajdę, nominowano do nagrody kilkakrotnie. Osoby polskiego pochodzenia najczęściej wyróżniano nominacjami za scenografię, muzykę oraz za najlepszy film zagraniczny. Andrzej Wajda - o którego dokonaniach bardzo obszernie, po polsku i po angielsku - piszą w naszej książce Sharayah Weir oraz Anna i Jolanta Jędrzkiewicz - otrzymał statuetkę za całokształt twórczości.
Nazwisko jednej ze wspomnianych przez Panią studentek nie wygląda na polskie...
Sharayah Weir jest Amerykanką, bardzo uzdolnioną językowo, ale żeby dostać dyplom, musi zaliczyć jakiś kurs językowy. Mogła uczyć się koreańskiego, hebrajskiego, arabskiego czy jeszcze innych języków. Jest jedną z 40 osób, które na liczącym ponad 20 tys. młodych ludzi uniwersytecie zdecydowały się na naukę polskiego. Podobnie jak Filipinka, którą miałam na kursie w zeszłym roku, czy Sabrina z Portoryko, obecnie jedna z najlepszych moich kursantek. Obie chcą znać język polski, żeby zaimponować swoim chłopakom narodowości polskiej. To dość częsta motywacja.
A inne powody?
Student Irlandczyk uczył się polskiego, żeby łatwiej było mu rozmawiać z przyjaciółmi w Gdańsku, inny zamierza studiować w Warszawie, a inni np. podejmują naukę ojczystego języka babci lub dziadka, którzy kiedyś do USA przyjechali znad Wisły. Zdarzają się studenci znający język polski, liczący na możliwość podsypiania na zajęciach, bo i tak dostaną zaliczenie. Najwięcej kłopotów z tymi, którzy z rodzinnego domu znają jedynie gwarę. Najmniej - z zainteresowanymi pracą w Polsce, bo im zależy na opanowaniu języka, a nie tylko na ukończeniu studiów.
Podobno najszybciej można u Pani dostać zaliczenie dzięki znajomości arcydzieł polskiego kina...
Przywiozłam z Polski trochę filmów nagranych na DVD i za ich pomocą postanowiłam pokazać historię literatury polskiej. Na pierwszy ogień poszła Stara baśń, średniowiecze reprezentowali Krzyżacy, renesans - Epitafium dla Barbary Radziwiłłówny. Następnie pokazałam Trylogię oraz Pana Tadeusza, a początki kapitalizmu za pomocą życzliwie przyjętej Ziemi obiecanej. Oglądaliśmy też Lalkę i Quo vadis? jako filmy reprezentujące wymyślony przeze mnie program o najpiękniejszych dziełach literatury polskiej. Trzecim, też chyba udanym projektem, były polskie filmy oparte na literaturze popularnej - Trędowata i Znachor.
Nie powinno się również pokazać współczesnej Polski?
Pamiętałam o pokazaniu Polski po przełomie w 1989 roku. W tym semestrze w programie "Pokolenie 2000" na naszych zajęciach wyświetliliśmy m.in. Pręgi, Dług, Cześć Tereska i Komornika. Te filmy nie wszystko, ale dużo mówią o współczesnej Polsce. Idąc dalej z pomysłami na prezentacje filmowe, postanowiłam w tym semestrze pokazać kino "kobiece", a więc dzieła Agnieszki Holland i Doroty Kędzierzawskiej. Myślę o filmach religijnych przypominających Karola Wojtyłę, Stefana Wyszyńskiego, siostrę Faustynę i Jerzego Popiełuszkę.
Może do tej listy należałoby dołączyć "Matkę Joannę od aniołów"?
Uwielbiam ten film, ale nie pokażę go w Storrs, bo - jak mi się wydaje - nie będzie czytelny dla Amerykanów. Już z Długiem Krauzego miałam kłopoty, kiedy po projekcji próbowałam zorganizować dyskusję. Spośród innych zapadła mi w pamięć opinia studenta, że podobało mu się to, co oglądał, bo on nie ma podobnych kłopotów jak bohaterowie filmu. Dobrze studenci odebrali program "Kraków w komedii" (Zakochany anioł z Globiszem w tytułowej roli). Ocenili, że Kraków to "pępek świata", a ja nie zaprotestowałam, przecież mieszkam pod Wawelem. Moi uczniowie potrafią zachwycać się nie tylko krakowskimi aniołami. Duże wrażenie we wszystkich trzech grupach zrobił przygotowany przez CNN film o powstaniu warszawskim z komentarzem Zbigniewa Brzezińskiego.
O którym z filmów można powiedzieć, że podobał się Pani studentom? Jakiego nie chcieliby obejrzeć po raz drugi?
Doskonale bawili się podczas Trylogii Sienkiewicza w reżyserii Hoffmana, dobrze odebrali Pana Tadeusza. Nie spodobało się - delikatnie mówiąc - Wesele. Nie byli zadowoleni ze Szczęśliwego Nowego Jorku, znakomitego - moim zdaniem - ale bardzo gorzkiego filmu o losach polskich emigrantów.
Z jaką reakcją spotkałby się film o zbrodni katyńskiej, do którego zdjęcia ukończył już Andrzej Wajda?
Boję się, że takiego filmu nie zrozumieją, podobnie jak Wesela, i trzeba by przygotować ich do odbioru, poprowadzić kurs historii Polski. Nie zdają sobie sprawy z tego, jak okrutny był komunizm. Nawet oglądając komedie o PRL nie wierzą, że były puste półki w sklepach, nie mogą zrozumieć kolejek ani tego, że trzeba było starać się o paszport i wiele osób w ogóle nie mogło wyjechać z kraju. Przed każdym filmem opowiadam o wydarzeniach, które zobaczą, o czasach, w których w Polsce przyszło żyć bohaterom.
Co uważa Pani za swój sukces w Storrs?
Dwa lata temu, w pierwszych tygodniach zajęć zorientowałam się, że moi studenci nic nie wiedzą nawet o Kościuszce i Pułaskim. Przygotowałam więc listę Polaków zasłużonych w dziejach Stanów Zjednoczonych. Młodzi ludzie losowali nazwiska, później wyszukali informacje w internecie i napisali teksty; tak powstała książka Z Polski do Ameryki, czyli Polacy i Amerykanie polskiego pochodzenia w historii i kulturze Stanów Zjednoczonych. Opowiedzieli o pianiście i polityku Paderewskim, socjologu Znanieckim, generale lotnictwa Urbanowiczu, fotografiku Horowitzu, pisarzach Miłoszu, Głowackim i Kosińskim. Oraz o artystach: Kiepurze, Bronsonie, czyli Buczyńskim, i Poli Negri, urodzonej w Warszawie jako Apolonia Chałupiec. Na zaliczenie trzeba było przygotować prezentację, oczywiście po polsku. Po moich poprawkach książka ukazała się w nakładzie 100 egzemplarzy, z których część przygotowana została na zamówienie sobotnich polskich szkół językowych w Nowym Jorku. Oprócz życiorysów oraz fotografii sławnych Polaków zamieściliśmy w niej fotografie wszystkich autorów. Po tej książce przyszła wspomniana na wstępie praca o Polakach odnoszących sukcesy w amerykańskim przemyśle filmowym. Wyprodukowaliśmy nawet podkoszulki w kolorach czerwonym, granatowym i jasnoniebieskim z wizerunkiem Kościuszki i tekstem jego testamentu, a Polę Negri przypominają podkoszulek czarny z jej białym profilem oraz biały z jej niebieskim portretem.
Czy rzeczywiście na uniwersytecie istnieje klub miłośników Poli Negri?
Jeśli wierzyć zgłoszeniom mailowym, klub liczy ponad 100 osób. Polę Negri ogłosiliśmy patronką, jej zdjęcie jest na okładce książki Nasi w Hollywood.
Członkowie klubu znają życiorys aktorki, wiedzą o jej romansach z Charlie Chaplinem, Rudolfem Valentino, o tym, że oglądając aktorkę na ekranie wzruszał się Adolf Hitler, i pewnie widzieli większość jej filmów...
Napisali o tym, czego dowiedzieli się o filmach, a mniej interesowali się wzruszeniem Hitlera. Wiem już, że będziemy mogli zobaczyć wreszcie filmy z Polą Negri, i mam nawet pomysł na ich wykorzystanie do dalszej nauki języka polskiego. Studenci z grupy zaawansowanej i klubu filmowego od dawna piszą różne teksty na zadane im tematy oraz recenzje. Przebieram ich wypracowania, dodaję ćwiczenia na tzw. rozumienie tekstu i przygotowujemy materiały do czytania dla początkujących. Najpierw recenzje z filmów z Polą Negri wykorzystamy jako wprawki do pisania, a potem niektóre z nich włączymy do naszego trzeciego projektu, czyli do planowanej książki Czytanki dla grupy 101. Taki numer ma obecnie grupa moich początkujących studentów.
Kiedy trafi do zainteresowanych przygotowany przez Panią nowoczesny podręcznik do nauki języka polskiego?
Przygotowałam podręcznik interaktywny, dostosowany do pracy na komputerze. Student dostaje płytę CD z fotografiami polskich napisów znajdujących się na sklepach i instytucjach oraz ze zdjęciami produktów spożywczych z polskich sklepów. Po nakierowaniu strzałki na polskie słowo słyszy głos lektora czytającego ten napis. Znaczenie napisu można sprawdzić w słowniku polsko-angielskim, również znajdującym się na płycie. Do niej dołączono zeszyt z ćwiczeniami i dodatkowym nagraniem, wykonanym przez aktora. Jest też część metodyczna dla nauczycieli, z grami i zabawami do wykorzystania w klasie. Ten podręcznik, przeznaczony - co podkreślam - dla początkujących, powinien być wkrótce wydrukowany przez Fundację Polsko-Amerykańską w Connecticut.
Magdalena Szelc-Mays (na zdjęciu) jest absolwentką polonistyki Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 1980 roku pracowała w Instytucie Studiów Polonijnych i Etnicznych UJ, a od 2005 roku jest zatrudniona w Centrum Języka i Kultury Polskiej w Świecie UJ. W latach 1989-91 uczyła języka polskiego na Uniwersytecie Stanford oraz w szkole polskiej w Kalifornii (Martinez). Obecnie stypendystka Fundacji Kościuszkowskiej. Jest autorką znanych w USA podręczników do nauczania języka polskiego, napisała także kilka książek dla dzieci.

