Przegląd Polski 6 kwietnia 2007

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Pisałam już: minister Ziobro złamał zasadę domniemania niewinności i ogłosił zabójcą doktora G. przed procesem i wyrokiem sądu. W rezultacie chirurdzy rezygnują z dokonywania przeszczepów.

"Nie może być tak, że kardiochirurg pracuje w stanie zagrożenia" - pisze w Gazecie Wyborczej Elżbieta Cichocka, autorytet dziennikarski w sprawach medycyny. Klub Kardiochirurgów Polskich ma 25 lat. Na konferencji z tej okazji przedstawiono raport za rok 2006, w którym czytamy, że osiągnięcia w leczeniu wrodzonych wad serca u niemowląt mamy najlepsze na świecie. Śmiertelność operowanych u nas noworodków wynosi 8,56%. Średnia w Europie jest gorsza: 9,63%. Wyniki u dorosłych są podobne. Cieniem na obradach tej konferencji położyła się sprawa doktora Mirosława G., zatrzymanego przed kilkoma tygodniami w sposób tyle spektakularny, co niegodny i niepotrzebny przez brygadę Agencję Bezpieczeństwa Wewnętrznego. Od czasu tej afery mamy drastycznie mniej "pobrań serca". W szpitalach nie można zebrać komisji bioetycznych do uznania śmierci mózgowej pacjentów, bo lekarze odmawiają uczestnictwa w podejmowaniu normalnych dotychczas decyzji, bojąc się konsekwencji. Stąd więc drastyczny regres w przeszczepianiu narządów. Ci chorzy, dla których przeszczep jest jedynym ratunkiem - umierają.

Nawet zwykle posłuszny władzy, obecny rzecznik praw obywatelskich Janusz Kochanowski zdenerwował się i wystosował protest do premiera za tryb aresztowania doktora G., prosząc go o wytłumaczenie. A guru transplantologii polskiej prof. Antoni Dziatkowiak powiedział na łamach Gazety Wyborczej, że takich "morderstw" jak Mirek (doktor G. był jego uczniem) on sam dokonał setki.

Władzy to nie przejmuje. Idzie dalej. Już nie tylko prokuratura, ale i premier powtarza argument zabójstwa dokonanego przez doktora G. Przedłużono mu areszt, chociaż wedle powszechnej opinii mógłby korzystać z nadzoru policyjnego w domu. Rozprawa w sprawie podtrzymania sankcji odbyła się przy drzwiach zamkniętych (dlaczego?!). Do sali nie wpuszczono kilkudziesięciu starszych ludzi żyjących wyłącznie dzięki doktorowi. Przeciwnie: na innych operowanych wywiera się naciski, żeby sobie może przypomnieli, że jednak "coś" dawali doktorowi G.

Prokuratura zarzuca mu przyjęcie w okresie kilkunastu lat łapówek w łącznej kwocie 30 tysięcy złotych. Głównie w postaci butelek koniaków i whisky. Mój Boże, a któryż z chirurgów ich w Polsce nie brał?! Mogłabym wymienić listę najznamienitszych medycznych autorytetów. Przyjmowali dawane z wdzięczności serca upominki. Niestety, padło na tego jednego, który - nie przeczę - miał fatalny charakter. Na przykład, przecinał kable, gdy dyżurujący lekarze patrzyli w nocy na telewizyjne seriale. Był zdania, że na tym oddziale trzeba być w ustawicznym pogotowiu.

Jego sprawa ma dowieść "nowej fali" wprowadzonej przez ministra sprawiedliwości Zbigniewa Ziobrę, który obiecał, że wszelką przestępczość będzie zwalczał ogniem i mieczem. Co też czyni w nadmiarze.

Niedawno mieliśmy znowu do czynienia ze spektakularną akcją, tym razem wymierzoną we Włodzimierza Czarzastego. Nie jest to postać świetlana. Dał się niechlubnie poznać jako świadek w słynnej komisji sejmowej zwołanej przed kilku laty w sprawie Lwa Rywina. Obecnie prywatny przedsiębiorca. Gdy skuty przez brygadę ABW, wraz z rodziną, leżał na podłodze własnego domu, i gdy spytał, czy może podnieść głowę, usłyszał: "Stul pysk, bo kula w łeb!".

Chodziło o jego syna, który jakoby dostarczył broń i trotyl zbiegłemu z więzienia przestępcy. Przestępca zginął, nim zdążył zeznać, skąd miał śmiercionośne narzędzia. Podejrzenie padło na Czarzastego juniora. Zabrano go z domu skutego. Po godzinie wypuszczono.

Uderzyło mnie w całej tej historii niechlujstwo. Willi Czarzastego nie przeszukano porządnie, co powinno być rutyną. Przedtem brygada włamała się do mieszkania syna, w którym ten nigdy nie mieszkał. Czyż tak się przeprowadza pokazową lekcję nowego, rzekomo wzorowego, wymiaru sprawiedliwości?

W okienku telewizora Włodzimierz Czarzasty wymachuje rachunkiem za zdemolowane drzwi mieszkania syna. Zapłaci "sprawiedliwość". Czytaj: my, podatnicy.

***

Z satysfakcją - wcale nie złośliwą! - obserwuję postawę Lecha Kaczyńskiego wobec brata-bliźniaka Jarosława. Mam bowiem w pamięci sławetne zdanie, którego wspomnienie nadal przyprawia mnie o wstręt. W momencie, w którym został prezydentem kraju, zakrzyknął do brata Jarosława, szefa PiS-u: "Panie przewodniczący, zadanie zostało wykonane!".

Więc to tak! Temu, który mienił się prezydentem wszystkich Polaków, wypsnęło się zdanie prawdziwe: chodzi o zwycięstwo partii, nie o całe społeczeństwo.

Od dawna było wiadomo, że między identycznymi bliźniakami przywódcą jest Jarosław. Ale ostatnio okazało się, że jednak nie we wszystkim.

Poszło o panią prezydentową Marię Kaczyńską. W dniu Święta Kobiet, 8 marca, przyjęła w pałacu grono wybitnych polskich dziennikarek z różnych mediów. Spotkanie, o dziwo, było merytoryczną wymianą zdań. Nie żadne tam ple-ple. Maria Kaczyńska okazała się osobą rozumną, roztropną i mającą własne zdanie. W toku rozmowy Monika Olejnik (ta, którą w ankiecie biskup Tadeusz Pieronek nazwał swego czasu najlepszym polskim dziennikarzem) napisała rezolucję, którą podpisały wszystkie zebrane panie, łącznie z prezydentową. Dotyczyła ona ustawy antyaborcyjnej uchwalonej w 1993 r. Ustawy, która była przedmiotem ogromnych sporów społecznych; stanowiła z trudem wywalczony kompromis między zwolennikami aborcji a jej przeciwnikami. Uważano ją, i nadal uważa się w Unii Europejskiej, za restrykcyjną. Dopuszcza ona możliwość aborcji jedynie w trzech niezwykle dramatycznych przypadkach. Ale teraz ultraprawicowa Liga Polskich Rodzin, należąca do koalicji rządowej, chce więcej. Chce zupełnego zakazu aborcji, nawet za cenę śmierci matki. Wszyscy rozsądni Polacy są przeciwni zmianie ustawy; tym samym nie chcą zmiany w konstytucji. Chce jej natomiast LPR oraz ojciec Rydzyk, szef Radia Maryja i telewizji Trwam. Chce do tego stopnia, że nie wahał się nazwać spotkania dziennikarek z prezydentową szambem zamienionym w perfumerię. Ślicznie! A gdy prezydent stwierdził, że jego żona została obrażona, i jemu się dostało od ojca Rydzyka: powiedział, że prezydent cierpi na schizofrenię.

Podobne stanowisko do Rydzykowego zajął prezydencki bliźniak i premier rządu, mówiąc, iż najwidoczniej bratowa nie wiedziała, co podpisuje. Coś jej podsunięto - powiedział. Co dziwniejsze, wcześniej sam był zdania, że ustawy nie trzeba ruszać. Czyżby tak dalece bał się koalicjanta, LPR-u? Endeckiej partyjki zbierającej siły do wywołania potężnej awantury w kraju.

Na razie obie strony stoją przy swoim. Sprawa jest więc rozwojowa, jak lubią mówić politycy, gdy nie chcą lub nie wiedzą, co powiedzieć.

***

Jednakże tym, co mnie najbardziej dziś w Polsce porusza, jest sprawa lustracji w najnowszym ustawowym kształcie. Śmieszno i straszno! Można by powiedzieć: słów szkoda. Kilometry teczek! Tony papieru. Około miliona podejrzanych. Wśród nich wszyscy profesorowie i dziennikarze. W gruncie rzeczy wszyscy, którzy kiedykolwiek coś w życiu publicznym robią czy robili. Muszą składać oświadczenia, że nie kontaktowali się z bezpieką. W tym z cenzurą, zaliczoną do komunistycznych sił. Więc dotyczy to np. Krzysztofa Kozłowskiego, pierwszego ministra spraw wewnętrznych w wolnej Polsce. Tego, który wszelkimi możliwymi siłami zapobiegał wówczas paleniu teczek... Za komuny był zastępcą Jerzego Turowicza w Tygodniku Powszechnym i musiał kontaktować się z cenzurą. Mam w oczach, jak automatycznie wstaje od biurka ze słuchawka przy uchu, wszyscy wokół w redakcji milkniemy, nasłuchując. Potrafił się z cenzorami wykłócać o każde słowo; grzmiał, ściszał głos, żeby tylko ocalić istotę artykułu. I teraz musi składać oświadczenie, że nie był wielbłądem! Powtarzam: śmieszno i straszno.

Na szczęście, zapisy ustawy sięgnęły takiego absurdu, że wywołały powszechny sprzeciw. Przypominają mi się niesławne działania komisji McCarthy'ego w USA. U nas protestują uczelnie, organizacje i dziennikarze. Tysiące ludzi oznajmia publicznie, że oświadczenia o swojej niewinności nie złożą. Nie wezmą udziału w upokarzającej bzdurze. Zobaczymy, jak będzie. Myślę, że tym razem władza przestrzeliła: ukręca sznur na własną szyję.

***

Jasna chwila! Metropolitą warszawskim został arcybiskup Kazimierz Nycz, postać jakby Opatrznością zesłana na nasze czasy. Człowiek ujmujący i skromny. "Nie jestem zwolennikiem celebry wokół własnej osoby". Jego główną troską będą nie ci, którzy rzadko przychodzą do kościoła, ale ci, którzy nie przychodzą wcale. Jest problem, jak do nich docierać. Mówi, że chce zejść piętro niżej od swoich wspaniałych poprzedników, kardynałów Wyszyńskiego i Glempa. Chce zejść do obojętnych świeckich. Chce nie tylko do nich mówić, ale i ich słuchać. Zastanowić się, jak prowadzić katechezę dorosłych.

Warszawa jest miastem najbardziej w Polsce zlaicyzowanym. Tylko 20% warszawiaków chodzi do kościoła... Trudno mi w to uwierzyć, kiedy w niedzielę widzę pędzące tłumy na mszę dla dzieci. Biegną na wyprzódki, żeby zająć dobre miejsce, jak na imprezę. No, ale to do wspaniałych młodych dominikanów ze Służewieckiej Górki, którzy potrafią prowadzić dialog. Nie tylko kazać.

Wesołego Alleluja życzę wszystkim Czytelnikom i całej Redakcji!

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail