Przegląd Polski 30 marca 2007

Świat lustrzanych odbić

W 150. rocznicę urodzin Gabrieli Zapolskiej (1857-1921)

ELWIRA M. GROSSMAN

30 marca br. mija 150. rocznica urodzin Gabrieli Zapolskiej i cieszy myśl, że jest to jubileusz, któremu towarzyszą niemalejące sukcesy sceniczne jej sztuk.

Dramaty z patriotycznym zacięciem, dawniej mocno oklaskiwane, jak Tamten (1898) i Sybir (1899), czy też utwory obyczajowe, jak Małka Szwarcenkopf (1897) lub Tresowane dusze (1902) poszły w zapomnienie. Natomiast utwory mniej za życia autorki popularne, jak chociażby Mężczyzna (1902) wracają do łask, na przykład w angielskim tłumaczeniu Teresy Murjas, wystawionym na scenach londyńskiego POSK-u i Reading University w 2004 r.

Oprócz głośnego w Polsce przedstawienia Moralności pani Dulskiej w reżyserii Anny Augustynowicz z roku 2000 klasyczne już sztuki, takie jak Ich czworo, Żabusia czy też Skiz, nadal są w Polsce grane i oklaskiwane.

Mnożą się też sceniczne wersje samego życia Zapolskiej, której bogata biografia i osnuta na niej legenda bezustannie inspirują i intrygują. Na fali nowych odczytań pojawiło się studium wczesnej prozy i listów pt. Ciało, pożądanie, ubranie (1999) Krystyny Kłosińskiej. W zainicjowanej przez Universitas serii "Klasyka mniej znana" trafiły z kolei na rynek takie powieści, jak O czym się nie mówi (2002, pierwodruk 1909) oraz O czym się nawet myśleć nie chce (2004, pierwodruk 1914).

W świetle owych nowych odczytań i interpretacji warto podkreślić, że trudno w polskiej historii literatury znaleźć drugą pisarkę-artystkę, która - zdobywszy sławę za życia - byłaby jednocześnie tak ostro atakowana, obrażana i wyśmiewana, jak Gabriela Zapolska. Napastliwe komentarze, bezpodstawne posądzenia o plagiaty i szydercze uwagi krytyków, podkreślające brak formalnej edukacji pisarki, przysporzyły jej rozgłosu za życia, choć z pewnością przyczyniły się do wielu przewlekłych chorób, na jakie cierpiała. Zaszkodziły także znacznie po śmierci, gdyż na długi czas wyznaczyły kierunek oceny jej twórczości.

Zapolska zmarła w momencie historycznej burzy, jaki przyniósł w Polsce rok 1921. Trudno się więc dziwić, że jej śmierć nie odbiła się echem, na jakie zasługiwała. Odeszła w chorobie, osamotnieniu i prawie całkowitym zapomnieniu. Wstrząsające są relacje z ostatnich lat życia, jeśli zestawić je z wiwatującymi na jej cześć tłumami i sukcesami, jakie odnosiła wcześniej na scenach warszawskiej, krakowskiej i lwowskiej, najpierw jako aktorka, grając m.in. rolę Nory w sztuce Ibsena, a później jako autorka oklaskiwanych tam sztuk.

Zawodowa dwoistość pomogła jej i zaszkodziła jednocześnie.

Pomogła, bo jako aktorka pisała z wielkim wyczuciem sceny, co podkreślali i nadal podkreślają ludzie teatr wystawiający. Zaszkodziła zaś dlatego, że swoją życiową postawą i wyborami nie powielała żadnych ustalonych wcześniej wizerunków kobiet-pisarek: nie miała surowości Narcyzy Żmichowskiej ani literackiego gorsetu wstrzemięźliwości Elizy Orzeszkowej, nie miała też skromności Marii Konopnickiej. Jak prawie każda aktorka uwielbiała się fotografować, chętnie też pozowała do własnych portretów i zdjęć, którymi z przyjemnością obdarzała bliskie jej osoby i redaktorów czasopism. W listach pisanych z Paryża do Adama Wiślickiego, redaktora Przeglądu Tygodniowego, często pojawiają się prośby, by jej podobizny ukazały się obok paryskich "Kronik" czy też "Listów".

Przyglądając się tym fotografiom i obrazom po latach, trudno nie zauważyć, jak wiele uwagi przywiązywała do własnych strojów i teatralnych kostiumów, które w jej czasach były własnością aktorek, zamawiane i szyte na własny koszt. Nawet wtedy, kiedy zeszła na stałe ze sceny, nie zaniechała dbałości o własny wygląd. W pierwszej dekadzie XX wieku publiczność krakowska i lwowska chodziła oglądać nie tylko premiery jej sztuk, ale i samą Zapolską w teatralnej loży. A przecież żadna z uznanych przez ówczesne im społeczeństwo pisarek w taki sposób nie postępowała. Co więcej, sporo zachowanych zdjęć oraz portretów pędzla jej męża Stanisława Janowskiego przedstawia Zapolską przed lustrem w.... krakowskiej sypialni, zamiast przy biurku z książkami w tle. Nawet dziś trudno przejść obojętnie nad taką wizualną konstrukcją własnego obrazu pisarki, a co dopiero w XIX wieku, kiedy piszące kobiety, jak choćby sławna George Sand, jeździły konno i paliły cygara, łudząc się, że powielanie męskich zachowań zapewni im egzystencjalną wolność, jaką cieszyli się mężczyźni.

Zapolska jednak nikogo w życiowych i artystycznych wyborach nie naśladowała, szła swoją własną drogą, irytując odwagą, dając głos wykluczonym (ubogim Żydom, strajkującym robotnikom i górnikom, kobietom, sługom, dzieciom), poruszając takie tematy tabu, jak prostytucja i choroby weneryczne. Pod tym względem była indywidualistką w prawdziwym tego słowa znaczeniu.

Była nią także, jeśli chodzi o podejmowanie odważnych życiowych wyborów: odcięła się od rodziny, która nie popierała jej aktorskich aspiracji; uciekła od pierwszego męża, gdyż ożenił się z nią dla posagu, a podejmując ten krok pozbawiła się finansowego zabezpieczenia na przyszłość. Jako mężatka, uwikłała się w romans z Marianem Gawalewiczem (żonatym dyrektorem amatorskiej sceny przy warszawskim Towarzystwie Dobroczynności) i wyjechała do Wiednia, by tam urodzić ich nieślubną córkę, która niebawem zmarła. Po nieudanej próbie samobójczej w 1888 roku pojechała do Paryża, aby studiować aktorstwo u Tabota i Antoine'a.

Warto tu pamiętać, że mało kto w tych czasach traktował zawód aktorski - zwłaszcza w przypadku kobiety - poważnie. A kiedy w kilka lat po powrocie z Paryża żadna z profesjonalnych scen nie chciała podpisać z nią kontraktu, w 1902 roku wraz z mężem otworzyła w Krakowie szkołę dramatyczną Gabrieli Zapolskiej. Niestety, problemy zdrowotne i finansowe nie pozwoliły jej tej eksperymentalnej szkoły utrzymać.

Schorowana i poddawana różnym kuracjom zaczęła pisać sztuki z kameralną obsadą, tworząc repertuar dla teatru objazdowego im. Gabrieli Zapolskiej, nad którym artystyczną pieczę pod jej kierunkiem sprawował przez pewien czas Janowski.

W roku 1910, znękana sprzecznymi emocjami i romansami młodszego o 11 lat Janowskiego, podjęła ostateczną decyzję, by od niego odejść. Te życiowe wybory bulwersowały opinię publiczną i nie mogły zyskać poparcia ogółu. Nie zapominajmy bowiem, że normę społeczną stanowiła w tych czasach opisana wiele lat później przez Zapolską sceniczna Dulska i to ona była powszechnie powielanym modelem życia - a nie postępowanie samej Zapolskiej.

Kiedy oglądamy dziś zdjęcia pisarki-aktorki, uderza w nich nie tyle gracja, urok osobisty i na wskroś kobiecy styl, tak często (i słusznie) podkreślany przez biografów jej twórczości, ale też chęć uwiecznienia pewnej prywatności, co Zapolska czyni z zaskakującą na jej czasy otwartością i uczciwością. Zastanawiająca jest ilość jej własnych wizerunków przed lustrem lub z lustrem w tle.

O jej zapomnianej prozie przypomniały ostatnio polskim czytelnikom opracowania wspomnianej Krystyny Kłosińskiej oraz Agaty Chałupnik. Chociaż powieści Zapolskiej łatwo poddają się współczesnym feministycznym odczytaniom, to wcale nie prowadzą do jednoznacznych wniosków, raczej ukazują życiowe powikłania i bolesne konsekwencje indywidualnych kobiecych wyborów dokonywanych w męskocentrycznym świecie. Świat społeczno-ekonomicznych uzależnień w niczym nie sprzyja asertywnym kobietom, zdaje się twierdzić Zapolska. Kobiety - w walce o uznanie ich człowieczeństwa - zawsze więcej tracą, niż zyskują, w tym sensie, że cena, jaką płacą za niezależną realizację własnych przekonań, przekracza ich oczekiwania i wyobraźnię i nawet jeśli wolność osobista cieszy, to boli jednocześnie, tak jak boli wykluczenie i odosobnienie.

Według Zapolskiej ta alienacja jest w dodatku dwojakiej natury, bo wybrane bohaterki skazane są na nią zarówno przez inne kobiety, jak i przez mężczyzn. Fabuły jej wielu powieści (i sztuk), w których uwikłane są kobiety nieprzeciętne, brzmią jak ostrzeżenie przed ceną i konsekwencją wykluczenia, którego chyba nie uniknęła żadna samodzielnie myśląca i dojrzała bohaterka literackiego świata Zapolskiej. Taki los spotyka Julkę z dramatu Mężczyzna i Marysieńkę z powieści O czym się nawet myśleć nie chce.

Mam wrażenie, że pełno jest tego typu postaci w świecie Zapolskiej, bo im więcej czytam jej utworów, tym częściej je napotykam. Krytycy jej twórczości dość wcześnie zauważyli, że nie było pokolenia, którego Zapolska była wyrazem; "nie było też sfery społecznej, która by ją uznała całkowicie za własną".

O trudnościach, jakie nastręcza niezwykle różnorodna lektura Zapolskiej, świadczy szczegółowa monografia biobibliograficzna Jadwigi Czachowskiej i imponujące zestawienie Józefa Rurawskiego, według którego jest ona autorką "41 utworów scenicznych, 23 powieści, 117 nowel i opowiadań, 252 tekstów publicystycznych, jednego scenariusza filmowego, 8 przekładów sztuk francuskich i ponad półtora tysiąca listów. (...) I jeszcze należy do tego dodać ponad 200 ról aktorskich granych na wielu scenach zawodowych teatrów Warszawy, Krakowa, Poznania, Petersburga, Paryża i dziesiątków miast i miasteczek Polski".

Nie ulega więc wątpliwości, że renesans twórczości Zapolskiej przyniesie jeszcze niejedną niespodziankę. Z marcową rocznicą urodzin zbiega się też nowe anglojęzyczne wydanie Moralności pani Dulskiej w opracowaniu Teresy Murjas. Ta angielska badaczka polskiego pochodzenia na przestrzeni ostatnich czterech lat wyreżyserowała także we własnym przekładzie sztuki Mężczyznę i Ich czworo, przełożyła również Małkę Szwarcenkopf i powieść Przedpiekle. Niewiele więc myliła się Zapolska, pisząc w liście z 3 listopada 1916 roku do swego byłego męża: "Swoje zrobiłam. Teraz już moje dzieło idzie w świat. Kiedyś moje nazwisko będzie czymś. Ze mnie już będzie proch, ale Pan będzie żył i uśmiechnie się do mego cienia i mego dzieła".

Gabriela Zapolska, The Morality of Mrs. Dulska. Translated and introduced by Teresa Murjas. Bristol: Intellect Ltd., 2007.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail