Przegląd Polski 23 marca 2007
- Zdolność chcenia - O literaturze kolonialnej i postkolonialnej z Ewą Thompson rozmawia Jolanta Wróbel-Best
- Rytmy Nowego Jorku. Gest - obraz - słowo - cisza - Grażyna Drabik
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Rytmy nowego jorku
Gest - obraz - słowo - cisza

"Żyję w pustkowiu Kalabrii, z dala od jakiegokolwiek osady. Jest razem ze mną paru braci, niektórzy z nich bardzo dobrze wykształceni, i czuwają oni wytrwale na przyjście Pana, tak by mu się otworzyć natychmiast, jak zapuka. Nie mogę nawet zacząć ci opisywać, jak pięknie i miło jest tutaj. Temperatura jest łagodna, powietrze zdrowe; szeroka równina, budząca zachwyt roztacza się między górami wzdłuż całej ich długości, pełna wonnych łąk i kwietnych pól. Nie sposób oddać wrażenia, jakie wywołują otaczające cię ze wszystkich stron łagodne wzgórza ze swymi pełnymi cienia wąwozami, i to bogactwo orzeźwiających źródeł, strumieni i potoków. A oprócz tego są jeszcze zielone ogrody i drzewa rodzące owoce wszelkiego rodzaju...
W każdym razie tylko ci, którzy tego doświadczą, wiedzą, jakie dobra i boskie natchnienie kryje w sobie cisza i samotność pustyni... Tu mogą oni wyćwiczyć oko, które miłośnie rani Pana Młodego, a którego czystość pozwala im dojrzeć samego Boga. Tu mogą oni pracowicie wypełniać czas wolny i odpoczywać w działaniu bez pośpiechu.
Tu także Bóg wieńczy swych siłaczy za ich wielki wysiłek nagrodą tak wyczekiwaną: spokojem niedostępnym w świecie i radością w Duchu Świętym".
Tak rozpoczyna swój list św. Bruno, pisząc do przyjaciela Raoula le Verda, biskupa w Rheims. Pisał z samego koniuszka "włoskiego buta", z krańca Europy. Miał już za sobą długie i owocne życie: dwie dekady nauczania w katedrze w Rheims; życie w klasztorze założonym przez siebie w Grande Chartreuse, w dolinie Izery przecinającej Alpy na południu Francji; parę lat w Rzymie jako papieski doradca, na specjalne życzenie Urbana II. Właśnie na swą prośbę św. Bruno otrzymał pozwolenie powrotu do zakonnego życia pod warunkiem, że nie wyjedzie zbyt daleko od Rzymu. I stąd te góry i doliny Kalabrii. Zachwyt surowym krajobrazem, który w jego opisie wydaje się rajem. Stąd także nowy klasztor, czy też raczej maleńkie skupisko pustelników żyjących w skupieniu modlitwy i intensywnej pracy, w prawie absolutnym milczeniu.
Ten list sprzed tysiąca lat, jeden z zaledwie kilku dokumentów świętego Bruna, jakie się zachowały, przywołuje najtrafniej atmosferę panującą w osobliwym zakonie kartuzów. Osobliwym, bo jest to zakon o wyjątkowo wymagającej regule, która łączy samotną ascezę i wysiłek pustelnika ze wspólnotą modlitwy i sakramentu.
Lecz skąd św. Bruno, o którym, przyznam, nic dotąd nie wiedziałam? Skąd cisza kartuzów w pośpiesznej krzątaninie nowojorskich rytmów?
Wszystko to z powodu zadziwiającego filmu dokumentalnego Philipa Gröninga Ku wielkiej ciszy. Zdumienie jest tu wielostronne: to, że udało się niemieckiemu filmowcowi zdobyć dostęp do klasztoru Grande Chartreuse we Francji. Że zamieszkał tam na parę miesięcy, żyjąc i pracując na równi z zakonnikami. Że z ponad 120 godzin taśm nakręconych w czasie tego pobytu zrobił film piękny w swej prostocie, minimalny w artystycznym komentarzu i bogato sugestywny.
I jeszcze zdumienie, że ten prawie trzygodzinny, wymagający film zdobył uwagę niespodziewanie szerokiego grona widzów. Najpierw usłyszałam o nim od przyjaciela dzwoniącego z Warszawy, że koniecznie, jeśli tylko będę mogła, trzeba zobaczyć... Potem od znajomej z Paryża, nie tylko niewierzącej, lecz religii szczególnie nieprzychylnej... A kiedy wybrałam się do Film Forum, gdzie film jest wyświetlany od 28 lutego, za pierwszym razem nie udało mi się kupić biletu, bo wieczorny seans był wyprzedany, zupełnie jakby szedł jakiś nowy szlagier z popularnym gwiazdorem.
Zdumiewa także skupienie, jakie otacza cię w sali kina. Chyba nigdy nie przyświadczyłam takiemu wyciszeniu wśród zgromadzonej publiczności: ani kaszlu, ani chrupania orzeszków czy dmuchanej kukurydzy, ani szeptu komentarzy.
A na ekranie, długie ujęcia: plecy pochylone w skupieniu modlitwy. Sylwetki mnichów - w białych habitach, z głowami pokrytymi kapturami - zmierzających krużgankiem pod gotyckimi łukami w stronę kaplicy. Migotliwe światełko lampki w czasie nocnego oficjum. Miseczka na drewnianym parapecie okna. W miseczce dwie pomarańcze, jabłko - jak specjalne dary.
Rytm powtarzających się prostych czynności: ogrodnik pieczołowicie okopuje kiełkujące roślinki. Krawiec z pomarszczoną wiekiem twarzą, z siwą brodą, starannie przyszywa guziki. Ręka powoli, prawie jak pieszczota, wyrównuje metr białej tkaniny, wymierzając dokładną miarę do przycięcia. Ręka prowadzi piłę przecinającą kłodę. Następną, i następną. Posiłek, w samotności. Znowu modlitwa. Ten sam gest pochylenia głowy. To samo skupienie w każdej wykonywanej czynności. Skupienie ciszy.
Rytm pracy i modlitwy, przerywany niedzielnym wspólnym wyjściem na zewnątrz: krótkie momenty rozmowy i beztroskiego, prawie dziecinnie radosnego odpoczynku. Rytm powtórzeń: to samo, tak samo, ciągle. Czas, którego się uczysz, który zaczynasz postrzegać i doświadczać inaczej.
Zaczynasz słyszeć muzykę poszczególnych dźwięków. Cichutka perkusja deszczu. Monotonny śpiew piły. Nawoływanie rozhuśtanego dzwonu. Szept ręki wyrównującej tkaninę na stole. Stuknięcie łyżki o brzeg miski. Porozumienie poza sferą języka. I ach, ten śpiew ptaka! I śpiew zmieniających się sezonów: śnieżny krajobraz przemienia się w kaskady zieleni, w symfonię kolorów jesieni...
Pierwsza biel na ekranie - głęboka mgła otulająca wszystko, gęsto padający śnieg - razi w oczy. Nic prócz tej bieli nie widzisz. Nic prócz tej bieli nie ma. Kiedy jednak pod koniec filmu znowu powraca śnieżyca, wiesz, że za zasłoną bieli kryje się cały świat. Góry. Spadziste dachy kaplicy. Ogród. Wspólnota osób, połączonych porozumieniem świadomego wyboru trudnej wędrówki. Nie znasz ich imion. Nie znasz ich głosu. Znasz ich twarze: bardzo stare i bardzo młode. Bardzo wyraziste. Patrzą ci prosto w oczy. (Into Great Silence, Film Forum, 209 W. Houston St., (212) 727-8110.)
***
Wydawałoby się, że wizyta nowego zespołu Williama Forsythe'a w Brooklyn Academy of Music powinna dostarczyć wrażeń z przeciwnego bieguna doświadczeń. Ten Amerykanin z pochodzenia, zamieszkały od wielu lat we Frankfurcie, jest przecież jednym z najbardziej znanych współczesnych choreografów, słynny ze swych skomplikowanych, zawsze ciekawie nowatorskich układów, z tendencją do "uteatralniania" tańca. Ja szczególnie cenię sobie Forsythe'a za umiejętność łączenia obywatelskiego zaangażowania z poszukiwaniami estetycznymi. Jest to piękno odmienne - nie symetryczne, nie łagodnie zadowalające, nie spokojne, lecz podziwu godne.
To hałas różnorodnej muzyki. Bogactwo tekstów włączanych swobodnie w szybko zmieniające się obrazy na scenie, jak w kolażu Rauschenberga. Porywający ruch tancerzy. Podejmowanie ryzyka nowego języka gestów. Pasje zaangażowania w bieżące sprawy społeczne i polityczne.
W nowym utworze rozpoznajemy wszystkie te elementy. Tytuł jest wieloznaczny, trudny do przetłumaczenia. W dosłownym tłumaczeniu brzmiałby Trzy atmosferyczne szkice, sugerując tak badania nad zakłóceniami w atmosferze, jak wariacje nastroju. W uderzający sposób, ten poruszający tryptyk jest jakby wielkomiejskim i świeckim, współczesnym odpowiednikiem poszukiwań, którym przyświadczamy w klasztorze ciszy.
Środki tych poszukiwań są bardzo odmienne. Cel bardziej tymczasowy, skupiony na "dziś" raczej niż na odległym "jutro". Lecz artystą kieruje podobna pasja i zaangażowanie. Podobna dyscyplina, jakiej wymaga wykonanie podjętego zadania. Gotowość poświęcenia i podporządkowania się wymogom swej sztuki. Nawet podobna jest samotność jednostki, oddzielnej i poszczególnej, a jednak zbratanej w większej wspólnocie celu.
Taneczny utwór sugeruje medytację na temat cierpienia i zobojętnienia wobec cierpienia, na temat niszczycielskiej siły wojny. Całość rozpoczyna niby jednoznaczne zdanie, z którym zwraca się do nas matka: "Mój syn został aresztowany". Część pierwsza rozsypuje się w serię obrazów, które jakby przywołują ten moment w czasie - w różnych wersjach i układach. Po chwili nie wiemy już, czy jej syn uciekał, czy kogoś gonił. Nie wiemy, czy był zaaresztowany, ranny, czy zabity. Nie wiemy też z pewnością, który z upadających i wstających ludzi jest jej synem. I nie wiemy, czy przyświadczamy odtwarzaniu faktów, czy obsesji pamięci przerażonej stratą, nierozumiejącej, co się dzieje lub też niechcącej tego zaakceptować.
Część druga przenosi nas w stronę próby przetłumaczenia tego strachu i konfuzji na rozsądny przekaz: matka stara się opowiedzieć o tym, co się stało drugiemu człowiekowi. Ten tłumaczy jej słowa na arabski. Tłumaczy starannie, jakby chcąc jej pomóc, jakby troszcząc się o precyzję prawdy. Lecz w tym samym czasie wypacza jej opis, podając w wątpliwość jej relację, ignorując jej ból. Język staje się bezużyteczny.
Część trzecia jest jakby komentarzem, już z wielkiego dystansu. Osobista strata znika z centrum uwagi. W ogóle znika konkretna osoba. Rzecz - coś gdzieś się wydarzyło, jakieś następne bombardowanie, następny samobójczy zamach, następny ból, przerażenie, próba ucieczki czy ratowania - przemienia się w "problem". W kwestię do wyjaśnienia. Sprawozdawca, może to być "Condoleezza" lub "Rumsfeld", może to być ktokolwiek w mundurze przemawiający z ekranu telewizora, tłumaczy coś gładko, wyjaśnia. Wszystko łączy się ze wszystkim, wszystko jest w porządku, cacy, pod kontrolą.
Nie warto patrzeć, że ciemne chmury kotłują się na niebie. Nie warto myśleć, że ktoś gdzieś właśnie w tym momencie krzyczy w bólu: moje dziecko! (Three Atmospheric Studies, the Forsythe Company, 29 lutego, BAM).

