Przegląd Polski 2 marca 2007

Kartki ze skażonej strefy

EWA BERBERYUSZ

Pytanie sondażowe, które przeczytałam niedawno w prasie, brzmiało: "Z którego okresu Polski jesteś dumny?". Wynik mnie zadziwił. Otóż w badaniach II Rzeczypospolita, czyli dwudziestolecie międzywojenne, uzyskała pierwsze miejsce (do wyboru były cztery Rzeczypospolite). Dalej: nie spodziewałam się, że aż do dziś najpopularniejszym człowiekiem okaże się Józef Piłsudski (48%; przed Wałęsą, 42%). Jeszcze mniej spodziewałam się, że Bolesław Bierut dostanie w rankingu aż 40% poparcia (za co, na Boga?!). Za to podniosły mi nastrój rankingi tzw. IV Rzeczypospolitej. "Na dzień dzisiejszy" (określenie, którego używają już niemal wszyscy, ale ja powiem "na dziś"), otóż na dziś w sondażu prezydent Lech Kaczyński dostał zaledwie 22%, a przeciw jego bratu Jarosławowi Kaczyńskiemu było 69%.

PRL ceni najstarsze pokolenie (zupełnie sprzecznie z moimi odczuciami, chociaż jestem stara). Na wsi duma z PRL-u przeważa znacznie nad stosunkiem do tego okresu mieszkańców miast. Staję w osłupieniu, bo przecież rolnikom groziła wtedy kolektywizacja! Chłopi o tym zapomnieli. Pamiętają dobre, ich zdaniem, czasy kontraktacji. Choć nie było nawozów ani snopowiązałek, państwo wykupywało wszystko, co zakontraktowane. Nie potrzeba było myśleć i wprowadzać innowacji. Zabity zmysł pomysłowości trudno się dziś na wsi odradza.

Profesor Paweł Śpiewak, socjolog, mówi: "Jestem przywiązany do wizji dwóch Polsk. Jedna otwarta, energiczna, kształcąca się, druga - z poczuciem klęski, niedostosowania się, nieufna. Politycznym reprezentantem tej pierwszej Polski jest głównie Platforma Obywatelska, a drugiej - głównie Prawo i Sprawiedliwość... Wygra ten, kto będzie wiarygodnie mówił nowoczesnym językiem: otwartości, ochrony praw człowieka, funkcjonowania w Unii Europejskiej". A która z dwóch głównych partii w Polsce tym językiem mówi? Nie da się ukryć - Platforma.

***

Dolina Rospudy stała się obecnie (nie: "na dzień dzisiejszy"!) pierwszym ogólnopolskim tematem w kraju. Młodzi ekolodzy porobili sobie "gniazda" na czubkach drzew chroniąc je od wycięcia i od tygodni koczują na mrozie.

Dolina rzeczki Rospudy w rejonie jezior augustowskich jest rzeczywiście wyjątkowa. Ze względu na torfowiska rosną tam niespotykane gdzie indziej drzewa, krzewy i kwiaty; żyją niespotykane zwierzęta, ptaki i owady. Przeprowadzenie tamtędy obwodnicy wokół Augustowa - skądinąd koniecznej ze względu na nieustanny przepływ wielkich ciężarówek zmierzających na Litwę przez główną ulicę miasta; mieszkańców trują spaliny, dzieci giną pod kołami. A jednak obwodnica w tym miejscu byłaby przyrodniczą klęską. Zniszczeniem jeszcze jednego unikatowego środowiska na świecie. Więc dynamiczni ekolodzy stawili czynny opór. Zadziwia mnie ich fachowe przygotowanie. W pokazywanych w telewizji na żywo rozmowach z ministrem środowiska, nawiasem mówiąc, profesorem biologii, specem od owadów właśnie, reprezentant obrońców, oszroniony jak polarnik, z czerwoną od mrozu twarzą, ziejący parą z ust w mikrofon używa argumentów nie uczuciowych, ale merytorycznych. Gdy minister mówi, że zmiana trasy obwodnicy wymagałaby wywłaszczenia trzech wsi, ekolog prostuje, że trzech gospodarstw. I są to dane sprawdzone. Podaje też sumy w euro (ogromne!), jakich Polska nie dostałaby od Unii Europejskiej, gdyby w tym obszarze naruszyła środowisko, o procedurach karnych nie wspominając. No i jeszcze topniejąca dramatycznie dobra opinia o Polsce. Coraz gorsza, na szczęście wciąż jeszcze mamy w Niemczech przychylność kanclerz Angeli Merkel (niespotykaną od czasów Willy'ego Brandta), co powiększa nasze szanse w Unii.

Nie znam doliny Rospudy. Gdy wojna się skończyła, naród, głównie młodzi oczywiście, w tym ja - ruszył na Mazury. Teren absolutnie dziewiczy. Żadnego śmietniska, jak dzisiaj. Rydze kosiło się kosami pozostawionymi w niemal jeszcze ciepłych domach Mazurów. Było tam tak, jak w Na tropach Smętka Melchiora Wańkowicza. Z tą różnicą, iż wtedy ludność mazurską (opowiedziała się za Polską) gnębili Niemcy, a za komuny - polscy komuniści.

Dzisiejsi młodzi dziennikarze, opowiadając się za Rospudą, powołują się na jej piękno doświadczane podczas własnych wypraw kajakowych. Tam jeszcze nic nie jest naruszone, podczas gdy Mazury stały się, powtarzam, śmietniskiem.

Ostatnio do obozowiska obrońców Rospudy dołączyło małżeństwo Gwiazdów. Pamiętam Andrzeja Gwiazdę z czasów porozumień gdańskich. W sali stoczni nie Wałęsa, lecz on był głównym dyskutantem z wysłanym przez Gierka do rozmów wicepremierem Jagielskim. Wałęsa słuchał, zbierał wszystko do kupy i wychodził na zewnątrz, referując przez tubę przebieg pertraktacji zebranym robotnikom.

Po latach nieobecności na politycznej scenie sędziwy dziś Andrzej Gwiazda, z oszronioną białą brodą, wstawia się za Rospudą z mroźnego lasu równie sensownie jak wówczas.

***

"Doktor Śmierć!", "Lekarz, który zabijał" - oto tytuły gazet. Na ekranach telewizorów wachlarze banknotów i butelki koniaków, rzekomo łapówki od pacjentów. Oskarżonym jest Mirosław G. - do niedawna zwany wirtuozem kardiochirurgii (przeszczepiał z powodzeniem serca). Nim pojawiły się budzące grozą nagłówki, telewidzowie byli świadkami aresztowania: policjanci w kominiarkach, jak brygada antyterrorystyczna, na oczach pacjentów i personelu szpitalnego, w świetle kamer, zakuwali w kajdanki i wyprowadzali oskarżonego. Następnie główny prokurator kraju Zbigniew Ziobro ogłosił wszem i wobec: "Ten pan nie będzie więcej zabijał". Niezależnie od sympatii politycznych nie ma w Polsce człowieka, który by nie przyznał, iż ogłoszenie wyroku przez ministra sprawiedliwości przed procesem i wyrokiem sądu jest bezprawne.

Pomińmy sprawę łapówek. Temat rzeka. Mimo wysokich oficjalnych stawek "kopertówy" biorą pod stołem równie dobrze adwokaci. W stosunku do lekarzy rzecz się komplikuje wobec rozpaczliwie niskich płac. Wysoko specjalizowani chirurdzy muszą brać po trzy posady, żeby zarobić na życie. Kosztem nie tylko odpoczynku, ale nawet snu. Trzeba też rozróżnić między wymuszeniem, czyli domaganiem się ekstra zapłaty przed operacją, a dowodami wdzięczności wręczanymi dobrowolnie przez pacjentów po zabiegu. Najczęściej w postaci koniaku.

Nie korupcja w przypadku doktora G. jest istotna, ale pomówienie o świadome zabójstwo poprzez samowolne odłączenie aparatury podtrzymującej pacjentowi życie. "Czysty nonsens" - stwierdza minister zdrowia, prof. Zbigniew Religa. Dodam, będący w zadawnionym zawodowym sporze z oskarżonym. Jest zasadą, że takie odłączenie jest dokonywane przez trzech lekarzy różnych specjalności wtedy, gdy stwierdzą śmierć kliniczną. Oskarżony zasady tej nie złamał. Popełnił błąd, kwalifikując nierokującego pacjenta do przeszczepu. To wszystko. Z małą korektą. Znakomity chirurg znany był z tego, że podejmował się operacji w przypadkach, które inni uznawali za beznadziejne. Często z dobrym skutkiem.

Inna rzecz, że powszechnie było wiadomo, iż doktor Mirosław G. był człowiekiem aroganckim i agresywnym wobec personelu. Wiele pielęgniarek przez jego zachowanie wymówiło pracę. Ale jest różnica między nieznośnym charakterem a dokonanym mordem. Dlatego oświadczenie ministra sprawiedliwości, powtórzę: "Ten człowiek nie będzie więcej zabijał", jest karygodne. Prawnicy są zdania, że - jeśli nie odwoła tych słów - naruszy konstytucję, łamiąc obowiązującą w cywilizowanych krajach zasadę domniemania niewinności.

***

Tygodnik Polityka obchodził 50-lecie. Powstały na gruzach Po prostu nie najlepiej rokował. A jednak mimo ówczesnego przykręcania śruby przez Gomułkę od razu wzbudził zainteresowanie społeczne. I tak jest do dziś. Wśród tygodników tej formuły jest najbardziej poczytnym, nigdy nie zniża się do poziomu brukowca. Trzyma poziom i fason. Od początku skupiał bardzo dobrych dziennikarzy. Polityka przeżyła w ciągu swojego istnienia kilka momentów przełomowych. Pierwszym był niewątpliwie Marzec '68. Nie poddała się nagonce antysemickiej. Drugim - moment wkroczenia wojsk do Czechosłowacji. Cały zespół uważał to za przestępstwo, ale usta - czytaj pióra - miał zamknięte. Mimo presji Biura Politycznego KC PZPR, żeby poprzeć tę haniebną zbrojną interwencję, drukował jedynie przemówienia wierchuszki politycznej, nie kalając się własnymi tekstami. Trzecim momentem przełomowym było dobrowolne odejście z pisma połowy zespołu z chwilą wprowadzenia stanu wojennego. Nigdy nie wrócili. Ale z biegiem lat, stopniowo, do pisma zaczęły dopływać nowe siły. Nawet spośród tych, którzy wracali z politycznej emigracji. Należał do nich obecny naczelny redaktor Jerzy Baczyński.

O tym wszystkim mówiono podczas dyskusji, w której oprócz kolejnych naczelnych i przedstawicielki najmłodszych sił redakcyjnych, osoby asertywnej (za moich czasów powiedziałoby się: pewnej siebie) i bystrej, wzięli udział autorzy dwóch książek o Polityce, Michał Radgowski (odszedł w stanie wojennym) oraz młodszy, obecnie piszący w tygodniku historyk prof. Wiesław Władyka. Ten ostatni wspomniał, iż przebrnął przez wszystkie numery Polityki. "Ale ciężko było" - westchnął. Atrakcyjność dawnych tekstów zmiotły nie tylko czasy, ale i forma.

Dyskutanci mówili merytorycznie, krótko i ciekawie. Podobnie jak pisują na łamach. Po czym nastąpił elegancki koktajl z winem z "wyższej półki" i tartinkami z kawiorem. Muszę przyznać, iż niespodzianie było mi bardzo, bardzo miło.

Warszawa, 26 lutego 2007

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail