Przegląd Polski 23 lutego 2007

Żabką przez Atlantyk

Podniecenie i upadek...

Marek Kusiba

"Postronny obserwator z jakiegoś zarośniętego lipami, zapadłego kąta, przybywając do Petersburga, w chwilach skupienia doznawał skomplikowanego uczucia podniecenia umysłu i upadku ducha" - oto pierwsze zdanie Drogi przez mękę Aleksieja Tołstoja.

Następne opisy Petersburga Anno Domini 1914 niepokojąco coś mi przypominają. Przybyłem z zarośniętego klonami, zapadłego kąta świata do Warszawy i od wielu dni doznaję podobnych a skomplikowanych uczuć. Włóczę się po zamglonych ulicach, wpatruję się w wezbrany i chmurny przestwór Wisły, zaglądam w twarze przechodniów, zatroskane i blade i myślę, że z Warszawą coś jest nie w porządku. Marzy o światowej sławie i władzy, ale na oblodzonych chodnikach jak przed wiekami łamią kończyny przechodnie. Ofiarą nieodśnieżonego trotuaru padł nawet premier Jarosław Kaczyński, udający się na mszę świętą. Paraduje teraz z gipsem na ręce i boczy się na prezydentkę stolicy. Jak u Tołstoja, słabe kobiety obejmują władzę, w gorących łóżkach rozstrzygają się losy narodu, przychodzą silne chłopaki z rękami czarnymi od ziemi, śmiało sięgają po coraz nowe zaszczyty, dzieląc władzę, łoża i iście bizantyjski przepych.

Tymczasem przed przystankiem przy placu de Gaulle'a, ze sztuczną palmą pośrodku, siedzi na zimnym chodniku żebrak. Kierowca autobusu, któremu chcę zapłacić za bilet, wysiada z pojazdu pełnego pasażerów i ciągnie mnie za sobą. "Daj pan jemu te trzy złote - wskazuje na żebraka i sam wrzuca mu do czapki pięciozłotówkę. - Znam go od małego - wyjaśnia - zrobili mu operację na głowę, ale coś mu tam poprzestawiali". Głowa kraju też teraz przechodzi operację, przestawiają w niej ile mogą, ale postępuje jedynie separacja społeczeństwa od władzy. Polacy, przyzwyczajeni od wieków do wyroków i kaprysów władzy, biorą inicjatywę w swoje ręce, a jak nie mogą przeskoczyć barier bezrobocia i biurokracji, biorą w swe ręce walizki i wyjeżdżają.

Na nowo poznaję kraj, jakiego nie pokazują media wypełnione relacjami o skandalach i lustracjach, podczas gdy większość społeczeństwa żyje zupełnie osobnym życiem. Pisze się tylko o tych, którzy odnieśli sukces, albo o głośnych dramatach, morderstwach lub aferach. Ale to są dwa bieguny, a cały środek, czyli życie zwyczajnych ludzi, na rubieżach kraju, na zabitej dechami prowincji albo na rubieżach stolicy nikogo już nie obchodzi. A to właśnie ci ludzie, ta pogardzana przez warszawkę Polska B wybrała obecny rząd. Ci zwykli są często niezwykli, ich proste i trudne życie jest często cichym bohaterstwem. Codziennym, niemedialnym trudem, znojem i szczęściem. Rodzina wychowująca osiemnastkę nie swoich latorośli. Szpital w Łodzi, instalujący przed wejściem budkę z łóżeczkiem dla niemowlaka, dla kandydatów na podrzutki. Po włożeniu tam dziecka w szpitalu zapala się światełko, można powiedzieć zielone światełko życia...

A Warszawa, jak niegdyś Petersburg, żyje życiem pełnym przesytu. Pijane i bezsenne noce, szmer złotówek, Cyganki przyczajone za Novotelem na prostodusznych a naiwnych turystów z zagranicy, by wyciągać od nich pieniądze "idące do Boga". Jak u Tołstoja są to czasy, kiedy miłość, dobre i zdrowe uczucia uważane są za płaskość i przeżytek; mało kto kocha, ale wszyscy pożądają. Dziewczęta ukrywają swą niewinność, żony - wierność. Dekadencja uważana jest za objaw dobrego smaku, neurastenia - za oznakę wyrafinowania. Nauczają tego modni pisarze, powstający z niebytu w ciągu jednego sezonu. Ludzie wymyślają sobie wady i perwersje, byleby nie zasłużyć na opinię mdłych.

Taki był Petersburg w 1914 r. i taka jest Warszawa na początku roku 2007. Z niczego wyrastają milionowe fortuny, z kryształu i cementu rosną jak na drożdżach banki, drogie restauracje, gdzie ludzie, jak u Tołstoja, "oszałamiają się muzyką, półnagimi kobietami, szampanem". Śpiesznie otwierane są sex-shopy, domy schadzek, hale targowe i bogate shopping malle. Inżynierowie pracują nad projektem nowych budowli, na Pałacu Kultury wyświetlane są laserowe reklamy, ale w mieście panuje epidemia samobójstw. Przybywa kolorowych magazynów, w których coraz mniej słów. Wszyscy oglądają telewizję, w której coraz więcej słowotoku, a coraz mniej sensu. Na Powązkach przybywa sławnych nazwisk, a wśród elit przybywa coraz więcej nazwisk nikomu nic niemówiących. Za to właściciele ich twarzy mówią coraz więcej i głupiej. W programie "Warto rozmawiać" esbek Eugeniusz G. reklamuje czwarte wydanie swej książki o zamachu na Jana Pawła II, odwracającej uwagę od udziału w zamachu Sowietów i Bułgarów.

I niczym u Tołstoja trwa codzienna droga przez mękę większości polskiego społeczeństwa. Polska jest lustrzanym odbiciem sytuacji w świecie: 80 procent ludności żyje w niedostatku lub zwykłej biedzie, a 20 procent cieszy się życiem mniej lub bardziej godziwym. Jako postronny obserwator z zapadłego kąta świata doznaję więc w Polsce skomplikowanego uczucia podniecenia ducha i upadku umysłu, czego dowodem jest oczywiście ten tekst.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail