Przegląd Polski 9 lutego 2007
- Edward Kłosiński z drugiej strony kamery - Grzegorz Skurski
- Kocie weselisko - Nina Taylor-Terlecka
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Adrenalina
z dostojeństwem
Maria Dąbrowska narzekała kiedyś, że "niemożność porozumienia się z drugim człowiekiem jest jedną z największych mąk życia na ziemi". Pomyślałem, że życie musiałoby być piękne, gdybyśmy mogli żyć w stacji kosmicznej. Ludzie skazani na wspólną wędrówkę przez lata (świetlne) mieliby na pewno łatwiej z porozumiewaniem się, a i wyjść z domu po zapałki nie bardzo by mogli...
Zwłaszcza od chwili ogłoszenia przez Amerykanów, że na zegarze zagłady zostało nam niecałe pięć minut, zacząłem przeliczać minuty na lata oraz szukać sposobu porozumienia, czytaj: ocalenia. Wyszło mi, że mamy niecałe dwanaście wiosen i zim, zanim nie ogarnie naszej planety mieszanka wybuchowa ocieplenia klimatu i efektów detonowania atomówek, zamrażających wszelkie klimaty. Przeprowadziłem sondę. Zapytałem pilota Stanisława Błasiaka, latającego od czterech dekad, ile łącznie czasu spędził poza matką Ziemią, w trzecim wymiarze. Przeliczył wylatane godziny: około dwóch lat. Wystarczyłoby na przebycie drogi na Marsa! Zacząłem mu się uważniej przyglądać. To człowiek łagodny, uczynny, zawsze uśmiechnięty i życzliwy ludziom. Podobne cechy dostrzegłem u pilota Kazimierza Szrajera; łącznie przesiedział nad Ziemią, w celi ciasnej kabiny, trzy lata. Identyczne przymioty charakteru znajdowałem u mojego śp. Ojca, pilota-instruktora, który spędził w lazurowej przestrzeni ponad dwa i pół roku, czy jego przyjaciela, pilota-oblatywacza Józefa Meneta, zwanego "Robaczkiem" - gdyż z takim ciepłym słówkiem zwracał się zawsze do uczniów, przyjaciół i nielicznych nieprzyjaciół. Równie ciepłym, życzliwym i dowcipnym człowiekiem był pilot doświadczalny i as myśliwski Janusz Żurakowski. 9 lutego przypada trzecia rocznica jego śmierci - we własnym łóżku, w sędziwym wieku lat 89. Popularny w Kanadzie "Żura" spędził łącznie w powietrzu blisko trzy lata, będąc zawsze wierny zasadzie, że są dobrzy lotnicy i... starzy lotnicy.
Mógłbym też przytoczyć argumenty zaczerpnięte z filozofii Emmanuela Levinasa, jako reakcję na atrofię stosunków międzyludzkich. Levinasa cytował często Ryszard Kapuściński w swej niewielkiej, ale ważnej książce Ten Inny. "Zobojętnieniu na Innego, które stwarza atmosferę mogącą w szczególnych okolicznościach doprowadzić do Oświęcimia, Levinas przeciwstawia swoją filozofię. Zatrzymaj się - zda się mówić do spieszącego w rozpędzonym tłumie człowieka. Zatrzymaj się. Oto obok ciebie jest inny człowiek. Spotkaj się z nim. Spotkanie takie jest największym przeżyciem. Najważniejszym doświadczeniem. Spójrz na twarz tego Innego, którą on ci oferuje. Poprzez tę twarz przekazuje ci siebie, więcej - przybliża cię do Boga".
W literaturze, nawet u Antoine'a de Saint-Exupery'ego, trudno jednak znaleźć odpowiedź na pytanie: co powoduje, że ludzie pracujący w znacznej odległości od powierzchni Ziemi są bardziej łagodni i zgodni niż pozostali? Adrenalina, jaka towarzyszy każdemu uniesieniu się? Saburo Sakai, japoński as myśliwski, autor 64 zwycięstw w powietrznych pojedynkach, miał oryginalne credo: "Każdy lot ma swoje dostojeństwo". A więc adrenalina, połączona z dostojeństwem, coś jak ślub brany w kościele pod niebieskim sklepieniem. Ludzie uprawiający zawód pilota, podobnie jak ludzie uprawiający zawody miłosne, żyją w uniesieniu, nie zdając sobie nawet z tego sprawy. Wtedy nie ma miejsca na przyziemność, małość i głupotę, bo taki lot może skończyć się znacznie gorzej niż rozstanie z kolejną ukochaną. Zwłaszcza gdy odpowiada się za życie setek pasażerów wielkiego boeinga.
Nasuwa się porównanie: piloci-politycy. Ludzie zasiadający za sterami państw winni zachowywać się z takim samym dostojeństwem, z taką samą uważnością, działać w takim samym, nieomal miłosnym uniesieniu, jak doświadczeni lotnicy. Na ogół jest odwrotnie, choć niektórzy z nich mają za sobą kursy pilotażu i klecą wiersze, oraz, jak twierdzą, kochają narody, którymi rządzą - wyrządzając im swą miłością oczywistą krzywdę. Kiedyś wodzowie wiedli swe armie na pola bitew, własnym mieczem, a nierzadko krwią dawali przykład, jak zwyciężać i umierać mamy. Odkąd zostali dystrybutorami wysyłającymi zza biurka nieznane im tysiące na śmierć w nieznanych im krajach, przyspieszył czas na zegarze zagłady.
Napisałem powyższe i wstałem od biurka, by zaczerpnąć powietrza. Tym samym przestałem wysyłać te tysiące znaków na pewną śmierć (w oczach czytelników). Za oknem pozornie nic się nie działo, choć działo się tak wiele. Prószył śnieg, na zamarzniętej tafli jeziorka dreptały mewy. Jakiś piesek prowadził kogoś na spacer. Na tle szarego nieba jakiś boeing bezszelestnie przesuwał setki ludzi ku lotnisku. Naprzeciwko mnie szedł młody człowiek w mundurze, dźwigając na ramieniu podłużny, wojskowy worek. Mijając się wypowiedzieliśmy chórem to samo powitanie: Good morning!
Spojrzałem na uśmiechniętą twarz rezerwisty. To wystarczyło do porozumienia. Maria Dąbrowska nie miała racji. Miał ją, jak zwykle, Ryszard Kapuściński...

