Przegląd Polski 9 lutego 2007
- Edward Kłosiński z drugiej strony kamery - Grzegorz Skurski
- Kocie weselisko - Nina Taylor-Terlecka
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Kocie weselisko
czyli przypis do kotologii stosowanej oraz glossa do eseistyki Józefa Wittlina

Opowieść o tym, jak Poeta zapragnął wyswatać Kocicę, wybrał się z nią w podróż, o przygodach, jakie go spotkały po drodze, o strapieniach jakie miał i co z tego wynikło lub nie wynikło.
Kotomanom, Wittlinomanom
oraz Wszelkiego Rodzaju Miłośnikom Poezji
poświęcam
W eseju pt. Poe w Bronx (Kultura, nr 7/69 - 8/79, Paryż 1953) Józef Wittlin opisuje powrót z wakacji. Jadąc autobusem przez willowe przedmieścia Baltimore podziwiał majestatyczne parki i cmentarze. I uświadomił sobie nagle, że na jednej z okolicznych nekropolii leży autor Czarnego kota. Ta świadomość nie dawała mu spokoju. Czuł się wprost trąconym skrzydłem anioła Israfela, "którego serdeczne żyły są strunami lutni, a z wszystkich stworów Boskich najsłodszy ma głos".
Było duszno. Poecie towarzyszyły w podróży żona Halina, a także kotka Sadie, która - że nie wolno było wozić zwierząt - "jechała nielegalnie pod moim siedzeniem, zamknięta na wszystkie spusty w swej wędrownej walizie z okratowanym okienkiem. Tłukła się w tej więziennej karetce dla psów i kotów, jak ów żywcem pogrzebany człowiek z noweli Poego Pre-mature Burial. Darła się straszliwie, ale na szczęście hałas silnika i pęd autobusu głuszyły jej wrzask".
Dalej pisze, że kotka odzyskała równowagę psychiczną dopiero w pociągu do Nowego Jorku. Coś jednak kryje się za tymi paru zdaniami. Lecz nawet subtelny egzegeta Wittlinowskiego wiersza czy wytrawny edytor jego twórczości nie wytropi, jakie istne katusze przeżywał wówczas poeta. I cała sprawa pozostałaby w katakumbach niewiedzy, gdyby nie epistolografia, czyli listy Wittlina do Alicji de Barczy, ocalałe z powodzi w Oshkosh i przekazane potem na ręce Tymona Terleckiego. Wynika z nich, że w swoim eseju Wittlin przemilczał znacznie więcej, niż ujawniał.
Kotomania Wittlina nawet dla niezorientowanego czytelnika nie stanowiła nigdy tajemnicy. Sadie Carnot, bohaterka niniejszego artykułu, widnieje na okładce pierwszej autoryzowanej edycji krajowej Orfeusza w piekle XX wieku. W hierarchii rodzinnych uczuć to ona stała najwyżej. Uchodziła za prawdziwą muzę poety, grała pierwsze skrzypce. Urodziła się tego samego dnia co książę Karol, czyli 14 listopada 1948 r. i otrzymała imię zamordowanego prezydenta Francji przez pomyłkę, gdyż zaprzysięgły kotoman Wittlin nie od razu rozpoznał płeć małego czworonoga. Po kądzieli wywodziła się z długiej kociej dynastii. Po mieczu - jak to nieraz bywa w kocich sferach - liczne luki w drzewie genealogicznym wskazywały na bliżej nieznane ojcostwo.
W swojej kwerendzie rzetelny badacz nie omieszka sięgnąć po nieogłoszone dotychczas wspomnienia Elżbiety Lipton-Wittlin, której pragnę podziękować za łaskawe udostępnienie mi manuskryptu. Jak staropolski heraldyk, córka poety odsłania uwikłania rodowe, ukazuje koligacje herbowe całego kociego klanu. Niestety, nie była w stanie wniknąć w arkana kocich związków, sezonowych miłostek, mezaliansów, paranteli i powinowactw, polegających na skrytych schadzkach w ciemnych zaułkach i zakamarkach.
Musimy więc zadowolić się tym, że Sadie była wnuczką Anielci, a córką Petroneli, miłośniczki muzyki Brahmsa. Podobizna jej kociej mamy ozdabia wybór wierszy poety wydany przez Wydawnictwo Literackie - odwrotną stronę zdjęcia Wittlin podpisał: "Józef i Petronela alias Tristan und Isölde". Ponieważ babcia Anielcia prowadziła dość rozwiązły tryb życia, Sadie miała przyrodniego wuja, na którego wołano Kalausek-Żółty Brzuszek, choć powszechnie przezywano go Besrotek. Spośród licznych wujów babecznych i ciotek stryjecznych wypada wymienić trójkę rudzielców-Moskali (są to Kapitan Rykoff, Vasylko i Vasylina), czarno-białą parę "hiszpańską" Ramona i Ramonę oraz dwóch popielatych: Doriana Gray i Floriana Gray. Bliższego stopnia pokrewieństwa już nie da się wyjaśnić.
Gdy Sadie miała niemal trzy lata, Wittlin poważnie gryzł się jej kocim celibatem. Zapragnął dla niej kotnej pełni i zaczął się rozglądać za odpowiednim zalotnikiem. 5 czerwca 1951 r. pisał do zamieszkałej od niedawna w Maryland Alicji de Barczy: "nasza Sadi będzie musiała wyjść w tym roku za mąż - bo moje sumienie jej dziewictwa dłużej nie zniesie. Jak tam świat zwierzęcy u Was?... Wiesz że w nocy - gdy Sadi mnie budzi - (skacze na moje nogi) wzruszam się samym faktem jej istnienia. I pomyśleć - że zwierzęta muszą ginąć z ludźmi za ludzkie zbrodnie i kretynizmy".
Godny konkurent do kociej łapki znalazł się od razu w postaci młodego kocura. Alicja de Barcza odpisała bowiem pocztą powrotną: "Mąż dla Sadi, Mordzik Rajchman już tu urzęduje. Panicz ma 1 rok, duży, czarny, z białą twarzą i takąż piersią, w białych również skarpetkach. Tyle, że czarną szpicbródkę po Henryku odziedziczył. Na razie, czekając na Sadi, o której został już przeze mnie powiadomiony, łowi myszy". (Pan młody był więc prezentem od zaprzyjaźnionych Zofii i Henryku Rajchmanów, o których Jan Lechoń pisze w Dziennikach z wielkim sercem).
W 10 dni później Wittlin pisze: "Dzięki za kartkę i obietnicę wesela Sadi. Dzięki za wszelkie obietnice". Mimo zapału wciąż ociągał się z przyjazdem, a to chorując, to popisując, czy też ofiarnie dopisując apologię Witolda Gombrowicza. Tymczasem pan młody tęsknie wzdychał do swej wybranki. Pisze Barczowa: "Mordzik b. zły na Was, bo już sobie zęby, pazury oraz inne części ciała na Sadi ostrzył, a tak z ostrzeniem musi się wstrzymać", później zaś: "Kot Mordzik już się oblizuje, niecnota".
Wittlin-dziewosłąb pojawił się u Barczów w Maryland dopiero w połowie sierpnia. Koteńkę na wydaniu wiózł w koszyku. Przez parę tygodni przyjaciele mogli nagadać się co niemiara i za wszystkie czasy. Jak wyglądał pobyt od strony swatania, nie dowiemy się, rzecz jasna, od arcydyskretnego poety. Za to nazajutrz po wyjeździe Wittlinów sama Alicja opisała starania matrymonialne w liście do Jana Lechonia.
"Tu straszne rzeczy się działy między Mordzikiem i Sadie. Sadie nie dawała, Mordzik w powietrze się spuszczał z dubeltówki, Sadie srała, gdzie popadło; dom cuchnął, jak wędrowna menażeria; Wittlin miauczał, by zachęcić swego kota, a mnie Mordzik do krwi pogryzł i mimo wszystko na niczym się skończyło. Ach, biedny ten Wittlin z tym kotem; wyjechał z nim w kobiałce, jak niepyszny, a Halusia powiedziała, że Sadie to jest ta przysłowiowa koza, którą rabin doradził".
Przykrojony cenzurą wewnętrzną czy inną, napisany dwa lata później esej Wittlina daje tylko słabe wyobrażenie o perypetiach w jego drodze powrotnej do Nowego Jorku. Za to bez hamulców wyżalił się w liście do Alicji:
"Gdy otworzyły się drzwi autobusu - od razu zaczęła się przeprawa z groźnie na mnie spoglądającym szoferem: nie chciał Sadi wpuścić. Gubiłem pieniądze (!tyle ich miałem!) - pasażerowie podnosili mi dolarówki - Kicia płakała - szofer powołał się na law: chciałem mu dać łapówkę w sumie 30 centów - nie przyjął... Nie wiedzieliśmy, że w Hagerstown trzeba się przesiąść na drugi autobus. Tam rzeczywiście czekała nas przeprawa No 2. Okazało się, że szofer tam jeszcze groźniejszy - powiedział, że jak wpuści nas z kotem - my zapłacimy karę, a jego wyleją z posady... co kochający Cię kolega wycierpiał - to wycierpiał. Tylko dwaj siwi - uroczy murzyni w autobusie zrozumieli całą sytuację i - oby Bóg dał im już zdrowie i zupełne równouprawnienie - przez całą drogę do Baltimore okazywali szczerą sympatię nam i Sadi... Nasza Sadi... początkowo po otworzeniu walizki - chciała uciec. Myślała, że czyha na nią jakiś nowy Mordzik".
List Wittlina do Alicji skrzyżował się z listem Alicji do Lechonia, który parę dni później przypadkowo spotkał Wittlinów na manhattańskim bruku, na wysokości 57 Ulicy. Łatwo się domyślić, jak poeta - bezpardonowy złośliwiec - zreferował list z Maryland wciąż obolałemu Wittlinowi: "Wspominał mi - donosi Wittlin w kolejnym liście do Alicji - że jakoby koty zasmrodziły dom. Muszę jednak wziąć w obronę Sadi, która jako płeć żeńska jest mniej smrodliwa od kocura". A że sympatia dla żywego stworzenia bierze górę nad poczuciem osobistej przegranej, podpytuje: "Co robi Mordzik? Sadi bardzo dużo mleka pije, więc kto wie, czy mimo wszystko małżeństwo nie zostało zawarte" (list z 9 IX 1951 r.).
W kilka dni po wyjeździe Wittlinów Mordzik dalej smrodził po kątach, miauczał, piszczał i gryzł, podgryzał papugę Nicole. Kocur jak kocur, chodził własnymi drogami, z czasem zresztą znika z listownego horyzontu.
Jak niesie fama, Sadie z Wittlinów Carnot przeniosła się do kociej wieczności jako sędziwa 16-letnia dziewica, a miejsce jej pochówku pokrywa mrok tajemnicy.
Triumf kociej cnoty sprawił, że nie doczekano się późnej kociej wnuczki, na Sadie Carnot bowiem skończyła się nobliwa dynastia Wittlinowskich Felidae (Felis domestica). Nawet w obecnej dobie kwitnącej interdyscyplinarności rzadko kiedy uwzględnia się zdobycze kotologii stosowanej, która pozwoliłaby dalsze echa tej przedślubnej czy niedoślubnej sagi odczytać dwojako, trojako i wszelako.
Cała ta démarche związana z przynagleniem zawarcia związku małżeńskiego była, jak można sądzić, nieroztropna i pochopna. Ale - pewnikiem jest - bez tych perypetii ciała i ducha nie byłoby eseju o Edgarze Allanie Poe. Kotka Sadie Carnot była przyczyną tej podróży, była przy poczęciu i porodzie, spowodowawszy u poety stan nadwerężonej nerwowości. Kotka-anachoretka, kotka-westalka przyczyniła się do tego olśnienia: muza czworonoga, wąsata i futrzana, sprawdziła się jako akuszerka literacka, jej białe małżeństwo otrzymało swoje trwałe miejsce w epistolografii.

