Przegląd Polski 2 lutego 2007
- Na wzór Herodota - Mariusz Urbanek
- Kartki ze skażonej strefy - Ewa Berberyusz
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Na wzór Herodota

"Ze sposobu, w jaki pisał, robił wrażenie człowieka życzliwego ludziom i ciekawego świata, kogoś, kto miał zawsze wiele pytań i gotów był wędrować tysiące kilometrów, żeby znaleźć na któreś z nich odpowiedź" - napisał Ryszard Kapuściński w Podróżach z Herodotem o wielkim Greku, którego uważał za swego mistrza. "(...) musiał być człowiekiem pogodnym, rozluźnionym, życzliwym, bo tylko przed takimi ludzie obcy odsłaniają swoje tajemnice" - dodał w innym miejscu.
Tak samo mówią o Ryszardzie Kapuścińskim ci, którzy go znali.
Miał dwie najważniejsze cechy reportera. Potrafił słuchać tak, że ludzie chcieli mu opowiadać. O sobie, o życiu, o spełnionych nadziejach i poniesionych porażkach. Ale ważniejsze było to, że Kapuściński chciał słuchać. W czasach, kiedy ludzie pragną przede wszystkim mówić, jakby bojąc się, że przebiegając przez życie nie zdążą opowiedzieć innym o sobie. Kiedy coraz bardziej brakuje ludzi, którzy zamiast sami mówić, słuchają innych.
Opowiedzieć ludziom o świecie
Kapuściński i Herodot postawili sobie podobne zadanie, najtrudniejsze, jakie może stanąć przed pisarzem, dziennikarzem i podróżnikiem. Opowiedzieć innym ludziom o świecie tak, by stał się dla nich bardziej zrozumiały.
Herodot był pierwszym, który uświadomił sobie wielość świata, pisał Kapuściński. To on powiedział Grekom, że nie są na świecie sami i, co może jeszcze ważniejsze, że inne ludy mają własną historię, własnych bogów, własne dążenia i pragnienia. Czasem trudne do pojęcia, niemożliwe do zaakceptowania, ale zawsze warte poznania. Ten sam temat przewija się przez wszystkie książki Kapuścińskiego: jak oswoić nieznane, żeby pozwoliło się poznać, jak rozmawiać, żeby nie obrazić rozmówcy europejską butą, jak pisać, żeby przekazać obiektywną prawdę, a nie tylko subiektywny obraz.
Przez 40 lat Kapuściński wędrował ścieżkami Herodota. Jeździł do Indii, Chin, Azji Mniejszej, do Afryki, opisując świat, który Grek odkrywał dwa i pół tysiąca lat wcześniej. I stając przed tymi samymi wyzwaniami, przed którymi stawał tamten. Bo żeby świat opisać, trzeba go najpierw zrozumieć, żeby zrozumieć - poznać, żeby go poznać... - no właśnie, jak poznać zamkniętą przed obcym cywilizację, nie znając ludzi ani języka, nie rozumiejąc ich kultury? Dzieje Herodota były jak wyzwanie. Skoro jemu się udało, więc może i podróżującemu 25 wieków później Kapuścińskiemu także się uda?
... trwało długo,
zanim nauczyłem się pytać
Ryszard Kapuściński był przede wszystkim reporterem. Reporterem, czyli człowiekiem przynoszącym wiadomości. Reporterem, czyli człowiekiem opisującym świat w takim kształcie, w jakim on istnieje. Ale nie był nigdy reporterem rewolwerowym, który za cenę zdeptania ludzkiej godności musi dostarczyć krew na pierwszą stronę swojej gazety. Bardziej niż akt zabijania interesowały go namiętności, które każą ludziom zabijać innych, słowa, które nagle przybierają kształt karabinów, myśli, które zamieniają się w rewolucje. Ważniejsze od odpowiedzi na pytanie: jak? - było poszukiwanie odpowiedzi na pytanie: dlaczego? Sens reporterskiego pisarstwa Ryszarda Kapuścińskiego zaczynał się tam, gdzie u innych dawno już się skończył.
O tak
trwało długo
zanim nauczyłem się myśleć o człowieku
jako o człowieku
i mówiąc o człowieku albo rozmyślając o nim
przestałem zadawać pytania
czy jest biały czy czarny
anarchista czy monarchista
czciciel mody czy stęchliznyswój czy obcy
a zacząłem pytać
co w nim jest z człowieka
w jego odrębności
w jego wyłączności
chciałem się zbliżyć
przede wszystkim zbliżyć się do niego w sobie
wewnątrz siebie samego
pisał w wierszu Zapis pewnej idei. Reporter, który pisze wiersze, to zjawisko niecodzienne, poezję trudno pogodzić z twardym stąpaniem po ziemi. Ale Kapuściński nie był nigdy niewolniczo przywiązany do formy tego, co pisał. Forma miała służyć temu, co chciał przekazać.
Sto stron,
które należało napisać...
Pisał zawsze za krótko. Za krótkie były reportaże w Buszu po polsku, za krótka Wojna futbolowa i Chrystus z karabinem na ramieniu, za krótki Cesarz i Szachinszach. Nawet dwie wielkie panoramy: Imperium i Heban też były za krótkie. Nie dlatego, że po lekturze jego książek pozostawał niedosyt. Tam bowiem, gdzie inni pisali opasłe tomiska, Kapuściński pisał sto stron i to było właśnie te sto stron, które należało na ten temat napisać. Ale pozostawał żal, że to już koniec, gdy chętnie czytałoby się dalej.
O języku Ryszarda Kapuścińskiego pisano na uniwersytetach rozprawy. O niezwykłej formie Cesarza, po którym rozpoczęto debatę - ważną dla literaturoznawców, ale zupełnie obojętną dla czytelników jego książek - czy to jeszcze "tylko" reportaż, czy "już" literatura? Tymczasem jego książki, oprócz jasnego, dźwięczącego od znaczeń języka, przypominającego język biblijnych przypowieści, mają walor, którego nie ma literatura.
Tym walorem jest ich sprawdzalność, dotykalność opisywanych wydarzeń, kryjące się za niemal każdym opisem przeżycie reportera, który ręczy swoim nazwiskiem, a czasem głową, że opisując strach, sam ten strach przeżył. Kiedy Kapuściński mówił o człowieku, że zachował się jak tchórz albo bohater, postąpił jak mędrzec albo skompromitował się głupotą, można wierzyć, że tak właśnie było.
Rewolucja przy okazji
Powiadał, że pisze książki przy okazji. Wędrując przez całe lata po świecie jako korespondent Polskiej Agencji Prasowej, od rewolucji do rewolucji, od jednego zamachu stanu do drugiego, musiał całą zdobytą wiedzę zawrzeć w 80 słowach agencyjnej depeszy. Dopiero gdy wracał, mógł zasiąść do pisania reportaży.
Ktoś nierzetelny podyktowałby te 80 słów nie wychodząc z hotelu, ze szklaneczką whisky w dłoni. Nikt nie kazał mu przecież tłuc się z partyzantami po bezdrożach Afryki czy Ameryki Południowej, pchać się na pierwszą linię frontu albo w sam środek buszu, by złapać jakieś świństwo, unieruchamiające na szpitalnym łóżku przez parę miesięcy. Przecież tego i tak nie można było opisać w depeszy po pół dolara za słowo.
Ale nie wyobrażał sobie, że można inaczej. I "przy okazji" napisał Cesarza, przy okazji Jeszcze dzień życia, przy okazji wystawił świadectwo swojemu czasowi. Czasowi, kiedy upadały jedne ustroje i powstawały nowe, znikały jedne państwa, by mogły narodzić się inne, na miejsce starych porządków powstawały nowe nieporządki albo odwrotnie. Świadectwo surowe, pozbawione złudzeń, ale rzetelne i sprawiedliwe.
Spojrzenie człowieka,
który otarł się o śmierć
To spojrzenie jest w jego książkach. Pisał potem, że za każde takie spotkanie z ostatecznością trzeba zapłacić. Kontakt ze śmiercią zostawia psychiczną skazę, zgorzel, której nie można usunąć.
Zastanawiałem się, jak nazwać spojrzenie człowieka, który otarł się o śmierć. Jest w nim chłód kogoś, kogo emocje wypaliły się razem z przeżytym strachem. Ale zarazem jest mądrość człowieka, którego od śmierci dzieliło jedno pociągnięcie spustu karabinu. Po takim doświadczeniu - wyobrażam sobie - wszystko na świecie nabiera właściwej miary.
Ten chłód nie jest jednak chłodem obojętności. To jest mądry spokój uczonego, który posiadł ogromną wiedzę, więc teraz interesuje go już tylko to, czego nie wie. Nie popada, co zdarza się jeszcze jego asystentom, w euforię odkrywania tych samych prawd. Nawet jeśli zadaje te same co kiedyś pytania.
"... dlaczego Grecja (to jest - Europa) prowadzi wojnę z Persją (to jest z Azją), dlaczego te dwa światy - Zachód (Europa) i Wschód (Azja) - walczą ze sobą, i to walczą na śmierć i życie? Zawsze tak było? Zawsze tak będzie?" - pytał Kapuściński w Podróżach z Herodotem. Dlaczego wojny wybuchają ciągle o to samo? Co każe ludziom wciąż ze sobą walczyć, choć miliony ofiar wcześniejszych wojen powinny ich przecież nauczyć, że nawet najwięksi zwycięzcy w końcu przegrywają?
Pytania, które nie przestają nurtować ludzkości od czasów wielkiego Greka.
Mówić prawdę czy upiększać?
Kiedy czytelnicy chcieli książek grubszych, Kapuściński dawał im kolejne tomy Lapidariów, zapisków odartych niemal całkowicie z reporterskiego sztafażu, ułożonych z okruchów myśli, strzępów wydarzeń, cytatów. Uznał, że inny opis świata przestał być możliwy. Nie da się wygrać wyścigu z telewizją, radiem, internetem, które opowiedzą wszystko głupiej, ale szybciej. Odbiorca współczesnych mediów, oszołomiony migającymi obrazkami, ilustrującymi zmieniające się co kilka sekund newsy, nawet opowieść o końcu świata będzie musiał otrzymać zamkniętą w trzyminutowej pigułce, bo dłuższa go znuży albo jej nie zrozumie. Nie będzie nawet czasu na wytłumaczenie, dlaczego świat właśnie się kończy.
"Obraz współczesnego świata ma naturę kolażu: różne racjonalne elementy składają się na irracjonalną całość - pisał Kapuściński. - Kolaż - jest to być może jedyna forma opisania i przedstawienia współczesnego świata w całej jego zaskakującej, gwałtownej i piętrzącej się różnorodności".
W Lapidarium V Kapuściński opisał swoje spotkanie ze studentami we wrześniu 2000 roku. Po wykładzie na temat współczesnego świata podeszło do niego dwoje młodych ludzi, pytając, dlaczego był tak bardzo pesymistyczny. Nie chcieli uwierzyć, że to, co mówił, było w porównaniu z rzeczywistością planety Ziemia huraoptymistyczne. "Stoję przed wyborem: mówić prawdę czy upiększać" - zanotował pisarz.
Świat bez Kapuścińskiego
Zostawił nas z tym problemem samych. Już po jego śmierci postawiono pytanie, jaki będzie świat bez Kapuścińskiego? Pozbawiony jego refleksji, spokojnej oceny zachodzących zjawisk, mądrości zdobytej podczas kilkudziesięciu lat wędrówek po wszystkich kontynentach? I czy naprawdę ze światem jest już tak źle, że Pan Bóg potrzebował Ryszarda Kapuścińskiego, aby zrozumieć, dokąd zmierzają ludzie?

