Przegląd Polski 19 stycznia 2007

Krzysztof Komeda i echa jego muzyki

MARIUSZ KALINOWSKI

Świętej pamięci Stanisław Lem podkreślał często rolę, jaką w ekspansji zjawisk kulturowych odgrywa przypadek. Miał, oczywiście, świętą rację. Żadne dzieło, choćby nie wiedzieć jak genialne, nie jest z góry skazane na sukces. Sam geniusz twórczy nie wystarczy, trzeba mieć jeszcze mocne megafony albo po prostu trochę szczęścia - jak w hazardzie. Pewne zjawiska w kulturze wygasają, inne zaś, te fortunne, mogą się krzewić przez szereg pokoleń. To zawsze jest fascynujące, bo o sukcesie lub porażce, a więc przetrwaniu lub zagładzie, rozstrzyga zwykle jakiś traf, często trywialny, którego roli nie sposób docenić inaczej niż retrospektywnie. Weźmy na przykład muzykę Krzysztofa Komedy - bo w związku z nim o tym wspominam. Nie chodzi o to, by jej groziło zapomnienie. Komeda trwale wpisał się w historię, ma się dobrze. Chcę tu pokazać tylko jedną z nitek wyznaczających przebieg "dziedziczenia", pewną pokrętną ścieżkę, którą ta muzyka przekracza granice pokoleń.

Najpierw opowiem trochę o Komedzie, głównie ze względu na najmłodszych, którym nazwisko to, być może, niewiele mówi.

Kim był Komeda?

Niektórzy mówią o nim "Chopin świata jazzu". Wytyczył w muzyce własny kierunek. Atakowano go czasami za "źle pojęte tendencje zbliżenia do muzyki poważnej", a z drugiej strony za "zdradę jazzowej awangardy". Nikt jednak nie odmawia mu wielkości. Drobny, ryżawy blondyn w okularach, utykał nieco po chorobie Heine-Medina. Ten skromny i prywatnie nieśmiały, cichy człowiek był ojcem polskiego i jednym z wielkich twórców europejskiego jazzu.

Nazywał się naprawdę Krzysztof Trzciński. Urodził się w 1931 roku, w czasie wojny mieszkał w Częstochowie. Tu anegdota: na podwórku dzieci bawią się w partyzantkę; Krzyś jest dowódcą oddziału, na jakiejś szopie wypisuje kredą - KOMĘDA. Ktoś zauważył błąd i... całe wojsko w śmiech! Stąd wzięło się to podwórkowe, nieco wstydliwe przezwisko; stąd potem - na przekór prześmiewcom - właśnie Krzysztof Komeda.

Po wojnie studiował w Poznaniu na Akademii Medycznej. Za granie jazzu, muzyki "niesłusznej" ideologicznie, był szykanowany, studia jednak skończył.

W 1955 r. stworzył pierwszy własny zespół, Sekstet Komedy, grający nowoczesny jazz, o którym wtedy mówiło się "trudny". Rok później, na pierwszym Festiwalu Muzyki Jazzowej w Sopocie, zespół odnosi szalony sukces. Fruwają setki marynarek! Prasa nazwała to "trzęsieniem ziemi". To był polski Woodstock - na dwa miesiące przed pamiętnym Październikiem przez siedem dni wielotysięczne tłumy koczowały na plażach Sopotu. Leopold Tyrmand stwierdził kiedyś, że popaździernikowa "odwilż" prawdopodobnie bardziej była skutkiem owej "jazzowej rewolucji" niż krwawych wydarzeń poznańskich. Gwiazdą tej "rewolucji" był Komeda.

Wtedy już ostatecznie zrezygnował z wyuczonego zawodu. Ładnie określił to Dave Brubeck: "stanął wobec wyboru, czy jako lekarz leczyć innych, czy jako jazzman leczyć własną duszę". Wraz z żoną Zofią przenosi się do Warszawy. Przyjaźni się z barwnymi postaciami tamtych czasów (razem z Bogumiłem Kobielą jest na przykład świadkiem na ślubie Wojciecha Frykowskiego i Agnieszki Osieckiej), dużo pracuje, ale z trudem wiążą koniec z końcem.

W roku 1957 spotyka Romana Polańskiego i pisze mu muzykę do etiudy Dwaj ludzie z szafą. Odtąd datuje się ich przyjaźń i wieloletnia współpraca. W następnej dekadzie Komeda pisze muzykę do ponad 60 filmów, a także dla teatrów i baletu. Koncertuje z wybitnymi muzykami - Tomaszem Stańką, Michałem Urbaniakiem, Zbigniewem Namysłowskim (wiele lat później Urbaniak zagra z Milesem Davisem; o Stańce dzisiaj mówi się na świecie "polski Miles Davis").

W styczniu 1968 r., na zaproszenie Polańskiego, Komeda wyjeżdża do Stanów Zjednoczonych. Mieszka w Hollywood, pracuje dla wytwórni Paramount, odnosi kilka spektakularnych sukcesów. Jego melancholijna kołysanka do filmu Rosemary's Baby z dnia na dzień staje się światowym przebojem. W USA poznaje Marka Hłaskę, z którym się bardzo zaprzyjaźnia (niektórzy wiążą tragiczną śmierć Hłaski z wcześniejszą śmiercią Komedy), spotyka znowu Frykowskiego (który niedługo potem zginie, zamordowany razem z żoną Polańskiego, Sharon Tate, przez bandę Charlesa Mansona), pisze muzykę do kolejnych filmów. Pod koniec roku ulega wypadkowi - ma wylew krwi do mózgu. Kilka miesięcy później, w stanie śpiączki, przywieziony przez żonę do kraju, umiera w kwietniu 1969 r.

Astigmatic

Od wielu lat mieszkam w Szwecji. Uświadomiłem sobie kiedyś, że bodaj pierwsze szwedzkie słowo, jakie poznałem jeszcze w Polsce, nie wiedząc, jak się je wymawia, to Kattorna (kocice). Tak się nazywał utwór, jeden z trzech, z płyty Komedy Astigmatic (1965), skomponowany do szwedzkiego filmu. Tylko miaukliwe ostinato w tym kawałku pozwalało domyślać się sensu tytułu. To była dla mnie ważna płyta. Nie tylko dla mnie: w roku 2005 wygrała plebiscyt na najlepszy polski album jazzowy. Manfred Eicher, twórca słynnego ECM-u, nazwał ją kiedyś kamieniem milowym; brytyjskie pismo Jazzwise umieszcza Astigmatic na liście stu płyt jazzowych, które "wstrząsnęły światem".

Inny utwór z tego krążka też był dziwnie zatytułowany - Svantetic - na cześć Svante Foerstera, poety, dziennikarza i melomana, który z początkiem lat 60. ściągnął Komedę na tournée po Szwecji. Sztokholm był wówczas miejscem spotkań światowej i europejskiej awangardy. To tam Komeda poznał - dziś już legendarnych - saksofonistę Bernta Rosengrena i perkusistę Rune Carlssona, tam też nawiązał kontakt z Duńczykami, z którymi grywał potem w kopenhaskim klubie Montmartre. To Rune Carlssona słyszymy na Astigmatic. Natomiast Rosengren, specjalnie ściągnięty do Polski - w owych czasach był to ewenement - nagrał z Komedą świetną muzykę do Noża w wodzie Polańskiego.

Kokomemedada

Kiedy przed laty trochę po omacku nawiązywałem pierwsze kontakty ze Szwedami, szukałem z nimi wspólnych pasji czy choćby wspólnych "punktów odniesienia", zauważyłem, że są wśród nich tacy, którym się coś zapala w oku, gdy słyszą nazwisko Komedy. Byli to ludzie, których młodość przypadała na wczesne lata 60., z tych, co czytali wtedy Kerouaca On the Road, słuchali muzyki Davisa i oglądali filmy francuskiej nowej fali; zwykle słyszeli coś o filmowej szkole polskiej, wiedzieli, kto to jest Polański i kto Wajda; spotkałem nawet paru takich, którym mówiły coś nazwiska Skolimowski i Cybulski... (Kjell Abrahamson, dziś korespondent szwedzkiego radia w Warszawie, wspomina w swojej książce Polska - diament w popiele o rozczarowaniu, jakiego swego czasu doznał, odkrywając, że w Polsce nikt nie nosi ciemnych okularów, takich jak te, którymi fascynował go Zbyszek Cybulski).

Większość z tych ludzi była albo ze Sztokholmu, co jest dość oczywiste, bo "wiadoma rzecz, stolica", albo z Norlandii na północy Szwecji, co wcale nie jest oczywiste, bo to tutejsza Syberia, gdzie diabeł mówi dobranoc. Jednak okoliczność ta sprawiła, że nie za bardzo się zdziwiłem, gdy po raz pierwszy usłyszałem o szwedzkiej grupie KOMEDA z Umea. Umea to nieduże miasto, ośrodek uniwersytecki leżący na północy Szwecji, na wysokości Archangielska, co prawda jeszcze przed kołem polarnym, ale już w kraju zórz polarnych i niebezpiecznych dla psychiki białych nocy. Nazwę grupa zawdzięcza, oczywiście, Krzysztofowi. To jakby szwedzkie echo - albo "druga fala" - tamtej jazzowej, pokoleniowej legendy.

Ci młodzi ludzie (trzej chłopcy i dziewczyna) grają oryginalny pop, nawiązujący klimatem do lat 60. i jazzowego stylu cool. Gatunek, jaki uprawiają, jest określany jako indie pop (od słowa independent), czasem zaś - bardziej precyzyjnie - avant pop (od słowa awangarda). W pewnym sensie idą w ślady Komedy: komponują muzykę do filmu i teatru, chcieliby dla baletu. Robią karierę także poza Szwecją, m.in. w Stanach Zjednoczonych i w Kanadzie, w MTV, mają oddaną, choć nieco "niszową" publiczność. Od roku 1993, kiedy zespół powstał, wydali kilka niezłych płyt, m.in. The Genius of KOMEDA. Tytuł ostatniej - Kokomemedada (2004) - to oczywiście rozjąkane, w manierze dada, nazwisko idola.

Hasło "Komeda" daje w internecie około pół miliona trafień - większość z nich to nasz muzyk albo szwedzka grupa. Na jakimś anglojęzycznym forum dla melomanów znajduję wątek pt. KOMEDA - the composer or the band i taki oto, dość zabawny, dialog: pisze z Toronto wielbiciel grupy KOMEDA:

"Nic nie słyszałem o Komedzie - kompozytorze, ale jestem ciekaw. Wzmianka o muzyce do filmu Rosemary's Baby tym bardziej mnie zaciekawia. Od czego mam zacząć słuchać, czy są może inne nagrania - dobre na początek?".

Odpowiada mu ktoś z Adelajdy:

"Komeda (kompozytor) to był wybitny jazzman europejski. Mam tylko jeden jego album, Astigmatic, ale to bardzo piękna muzyka - koniecznie muszę zdobyć więcej. Gra tam też Stańko i widać wyraźnie, ile zawdzięcza Komedzie. Natomiast nic nie słyszałem o żadnej grupie Komeda - kto to jest?".

Powróćmy tu do demonicznej roli przypadku: otóż ktoś kiedyś, w latach 60., gdzieś w Umea, gdzie diabeł mówi dobranoc, spędzał bezsenne białe noce, słuchając jazzu albo przesiadując w kinie. Dziś jego dzieci, zarażone tamtą fascynacją (może nawet poczęte przy muzyce Davisa albo Komedy), składają ukłon jego idolowi z młodych lat. Nie są już modern, jak Komeda, tylko post-post-modern i pokrewieństwo jest bardzo odległe, ale to dzięki nim i dzięki temu przypadkowi, jakiś meloman z Toronto może dowiedzieć się od internauty z Adelajdy (tej w Australii?) o Astigmatic Krzysztofa Komedy - jednej z płyt, które "wstrząsnęły światem". Ta poplątana nitka biegnie dalej.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail