Przegląd Polski 5 stycznia 2007

Koleje pracowitego życia

Z profesorem Jerzym Krzyżanowskim rozmawia Czesław Karkowski (cz. I)

"Dzięki ojcu narciarstwo stało się moim najulubieńszym sportem"

Jak czytam w notce biograficznej, pochodzi Pan z Lublina.

Urodziłem się w Lublinie w grudniu 1922 r., tydzień przed zabójstwem pierwszego prezydenta Polski Gabriela Narutowicza. Kiedy mój ojciec, w tym czasie profesor literatury polskiej w jednym z miejscowych gimnazjów, zaniósł mnie do chrztu do lubelskiej katedry, zakrystian, chcąc mu się przypodobać i oczywiście otrzymać odpowiedni datek, życzył, aby syn został prezydentem Rzeczypospolitej. Na co mój ojciec, zawsze trzymający się z dala od polityki, żachnął się i powiedział. "O nie, wszystko, tylko nie to...".

I rzeczywiście, niechęć do polityki towarzyszyła nam obu przez całe życie.

Skąd wziął się Lublin w historii rodziny?

Był miastem rodzinnym mojej matki, która przed I wojną światową wyszła za mąż za inżyniera Bolesława Roszkowskiego i razem z nim wyjechała do Rosji. Zamieszkali w mieście, które nazywało się wtedy Jekaterinosław, dziś Dniepropietrowsk, a w zamierzchłych sienkiewiczowskich czasach był to po prostu słynny Kudak, twierdza, w której tak dzielnie bronił się podczas powstania Chmielnickiego pułkownik Grodzicki.

Tam urodziła im się córka, ale Roszkowski rozchorował się i wkrótce zmarł. Był to okres wojny światowej, w Rosji wybuchła rewolucja i moja matka z malutką córeczką postanowiła ewakuować się na Wschód do rodziny swego męża, która mieszkała w Harbinie, w ówczesnej Mandżurii. Po wielu trudach w końcu do tego Harbina dojechała. I tam zamieszkała u krewnych. We wschodniej Rosji i Mandżurii trwały już najrozmaitsze zamieszki rewolucyjne, a z ogromnej liczby Polaków, którzy się tam wówczas znajdowali, zaczęto tworzyć słynną Piątą Dywizję Syberyjską.

Oficerem w tej dywizji był mój przyszły ojciec, Julian Krzyżanowski, urodzony w okolicach Lwowa. Studiował na Uniwersytecie Jagiellońskim, a w 1914 r. pojechał jako korepetytor na Ukrainę i tam zastał go wybuch wojny, która miała stać się światową.

Ponieważ był poddanym austriackim, podlegał restrykcjom wojennym, a nie chcąc dostać się do jakiegoś obozu internowanych, dobrowolnie wyjechał na wschód i znalazł pracę w jakimś malutkim miasteczku na Syberii. Tam doczekał wybuchu rewolucji i następnie tworzenia się Piątej Dywizji, do której wstąpił.

Ponieważ nie był najlepszego zdrowia, przydzielono go do tzw. intendentury (kwatermistrzostwa) z zadaniem ściągania do Nowosybirska, który był główną kwaterą dywizji, zapasów dla zaopatrzenia wojska. W związku z tą funkcją wraz z dwoma kolegami jeździł pociągami od Nowosybirska aż po Władywostok, wszędzie skupując to, co można było dostać. W czasie jednej z tych podróży wstąpił również do Harbina, gdzie krewni mojej matki prowadzili dużą cukrownię. Tam młodzi ludzie spotkali się. W 1920 r. dywizja toczyła bardzo ciężkie walki i została w końcu rozbita, mój ojciec jakimś cudem uniknął śmierci albo niewoli, trafił ponownie do Harbina. Zabrał młodą wdowę z jej małą córeczką i wyruszył w drogę.

Pobrali się w pociągu jadącym w stronę Władywostoku i stamtąd na statku "Jarosław" z resztkami dywizji drogą prowadzącą niemal dookoła świata, bo przez Japonię, Ocean Indyjski, Morze Śródziemne, dotarli do Bałtyku. Dopiero w połowie 1920 roku wrócili do Polski. Historia zupełnie jak polska wersja Doktora Żywago.

Mój ojciec okres wojny polsko-bolszewickiej w 1920 r. spędził w biurze wojskowym, szybko się zdemobilizował i postanowił pojechać do rodzinnego miasta swej młodej żony, do Lublina, gdzie jako polonista szybko dostał pracę w miejscowym gimnazjum męskim.

Wkrótce przeniósł się do innego gimnazjum, którego został dyrektorem. Uczył tam przez parę lat literatury polskiej, następnie został mianowany profesorem Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, gdzie wykładał przez rok, po czym otrzymał bardzo interesującą ofertę prowadzenia wykładów z literatury polskiej w Londynie, w School of Slavonic Studies.

W 1926 r., kiedy miałem niecałe cztery lata, ojciec wyjechał do Londynu. Przebywał tam do 1930 r. W tym okresie stosunkowo rzadko przyjeżdżał do Polski, tylko na wakacje, ale zaopatrywał mnie w książki, we wspaniałe angielskie zabawki, a przede wszystkim w pocztówki z widokami Londynu. Te pocztówki kolekcjonowałem bardzo starannie i wkrótce miałem ich całe ogromne pudło, tak że nigdy nie będąc w tym mieście znałem je niemal na pamięć. Kiedy po latach pojechałem do Londynu z moimi synami, poruszałem się po nim równie swobodnie jak po Lublinie czy po Warszawie.

Ale czteroletnia rozłąka zaważyła fatalnie na małżeństwie moich rodziców. Zdecydowali się na rozwód, tym bardziej że po tych czterech latach ojciec dostał kolejną ofertę wykładów, tym razem w łotewskiej Rydze i do 1934 r. był tam profesorem literatury polskiej. Kiedy otworzyła się możliwość otrzymania etatu na Uniwersytecie Warszawskim, przyjął to stanowisko po prof. Ujejskim i od 1934 r. był profesorem tej uczelni. Ja pozostałem w Lublinie z matką.

Jakie było to miasto - ni duże, ni małe, ni zachodnie, ni wschodnie?

W Lublinie poszedłem do gimnazjum. Z ojcem utrzymywałem częsty kontakt; jeździłem do niego na wszystkie wakacje i przerwy w nauce, a ponieważ mój ojciec był ogromnym miłośnikiem Zakopanego i gór, najczęściej spędzaliśmy te wakacje właśnie w Zakopanem, gdzie nauczyłem się jeździć na nartach. Narciarstwo stało się mym najulubieńszym sportem.

Uczyłem się w gimnazjum tzw. starego typu, które w 1930 r. było jeszcze ośmioklasowe, potem w gimnazjum nowego typu, czteroklasowego, a potem dopiero w liceum.

Nosiło ono nazwę Szkoły Lubelskiej. Założyło ją stowarzyszenie miejscowych ziemian, bardzo obficie ją dotowali i posyłali tam swoich synów. Szkoła miała więc charakter nieco ekskluzywny, mimo iż starała się utrzymać tradycje demokratyczne. Nie brakowało w naszej szkole chłopców pochodzenia żydowskiego, nie brakowało ewangelików, prawosławnych. Dość typowa mieszanka dla tego miasta, które mimo iż wówczas leżało w środkowej Polsce, miało jednak troszkę wschodnią atmosferę.

W tym okresie Lublin miał jedną z największych społeczności żydowskich ze wszystkich miast wojewódzkich. Żydzi mieszkali w dobrowolnym getcie, które było oczywiście otwarte. Dzielnica ta stanowiła zupełnie inny świat, gdzie słyszało się jidysz częściej niż polski, gdzie napisy na sklepach były dwujęzyczne, a Żydzi ubierali się w chałaty i na głowach nosili jarmułki. Ale nie interesowałem się tymi sprawami zbytnio.

A co Pana wówczas naprawdę interesowało?

Od początku, od pierwszej klasy byłem zafascynowany harcerstwem. Dyrektor naszej szkoły, dr Zygmunt Kukulski, był weteranem legionów, inwalidą. W bitwie pod Rokitną stracił nogę. Może dlatego kładł ogromny nacisk na sprawność fizyczną uczniów. Harcerstwo uważał za jedną z najlepszych metod szkolenia młodzieży. Od początku należałem do tzw. gromady zuchów, potem poszedłem do prawdziwego harcerstwa, w którym stopniowo awansowałem, tak że tuż przed wojną dostałem najwyższy stopień, jaki można było w moim wieku otrzymać, mianowicie stopień harcerza orlego. W dodatku zostałem chorążym naszej drużyny. Do najcenniejszych pamiątek w moich zbiorach należy jedno z nielicznych zachowanych zdjęć z tego okresu, mianowicie defilada 3 Maja w 1939 r., kiedy ze sztandarem maszeruję przed trybuną, a z trybuny defiladę odbiera dowódca okręgu korpusu, gen. Mieczysław Smorawiński, którego rok później Rosjanie zamordowali w Katyniu.

To zainteresowanie harcerstwem przekładało się z kolei na zainteresowania sportowe. Gdy było można, jeździłem na nartach, latem - na obozy harcerskie, byłem niezłym rowerzystą, uprawiałem wiele innych sportów, prowadziłem życie bardzo aktywne, ale i dość typowe dla chłopca w tym wieku.

Natomiast poza szkołą i harcerstwem miałem inne jeszcze zainteresowanie, odziedziczone po ojcu, wyniesione z atmosfery domu, mianowicie zainteresowanie, więcej nawet - zamiłowanie do literatury. Od dziecka przyzwyczajony byłem do tego, że moja matka grała na pianinie, a grała zupełnie nieźle, albo śpiewała piosenki, często z repertuaru wojskowego czy patriotycznego. Czytała mi też książki. Kiedy stosunkowo wcześnie nauczyłem się czytać, zacząłem dosłownie pochłaniać książki i moje zainteresowanie literaturą rosło coraz bardziej.

Do pewnego stopnia zainteresowanie to było wywołane pobytem mego ojca w Anglii i jego przyjaźnią z najznakomitszym w tym okresie polskim anglistą, prof. Romanem Dyboskim, po którym zresztą otrzymałem drugie imię.

Dyboski przed pierwszą wojną światową wykładał na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mój ojciec był jego studentem. Potem spotkali się w Rosji, we wspomnianej V Dywizji Syberyjskiej i podczas gdy memu ojcu udało się szczęśliwie uniknąć niewoli i wrócić, Dyboski został internowany przez Rosjan. Swą doskonałą książkę o tym okresie zatytułował Siedem lat w Rosji i na Syberii; mam ją zarówno po polsku, jak i w przekładzie na angielski.

Dyboski bardzo dbał o moje lektury i przy każdej okazji przysyłał mi książki, właśnie przekłady z literatury angielskiej. Literatura ta była w Polsce bardzo popularna i łatwo dostępna. Przekłady były doskonałe, a jednym z najlepszych tłumaczy był kolega mojego ojca zarówno z Syberii, jak i potem z uniwersytetu, prof. Józef Birkenmajer, który zresztą zasłużył się niemało dla polonistyki w Stanach Zjednoczonych, gdyż przez parę lat wykładał w Madison na University of Wisconsin. Był on pierwszym polonistą pracującym w Stanach Zjednoczonych, a mając rozległe zainteresowania szperał m.in. w polskich gazetach, gdzie wynalazł sporo drobiazgów Sienkiewiczowskich, w kraju nieznanych. Niestety, przedwczesna śmierć w obronie Warszawy w 1939 r. przeszkodziła w zebraniu jego dorobku.

Profesor Birkenmajer był doskonałym tłumaczem i wielbicielem Kiplinga. Pamiętam, że jedną z pierwszych moich lektur była Księga dżungli i niektóre fragmenty potrafię recytować z pamięci nawet dzisiaj.

Zaś najulubieńszą książką otrzymaną od Dyboskiego były Przygody młodego żeglarza napisane przez angielskiego marynistę, kapitana Fredericka Marryata. Była to historia z okresu wojen napoleońskich, dziejąca się na Morzu Śródziemnym w rejonach, które potem zainspirowały Conrada. Przygody czytałem wielokrotnie i znowu całe fragmenty tej pasjonującej powieści długo pamiętałem.

Czy Conrada także Pan czytał?

Mój ojciec interesował się Conradem. Jego powieści właśnie zaczęto tłumaczyć i wydawać. Inicjatorem serii przekładów był Stefan Żeromski, a mój ojciec, także wielbiciel twórczości Conrada, przywiózł z Anglii pełny, pięknie wydany zbiór jego pism, tzw. medallion edition. Nie znałem wówczas angielskiego, mogłem tylko oglądać fotografie statków, na których Conrad pływał, natomiast matka czytała mi Murzyna z załogi Narcyza. To była jedna z pierwszych lektur, którą dokładnie zapamiętałem. Najbardziej utkwiło mi w pamięci słynne powiedzenie kucharza z załogi Narcyza. W najtrudniejszych warunkach w czasie burzy, która niemal zupełnie zniszczyła statek, oświadczył swoim kolegom marynarzom: "Dopóki statek nie na dnie, będę wam kucharzył". Stało się to dla mnie i przede wszystkim - myślę - dla mojego ojca, swoistą dewizą życiową. W okresie okupacji, kiedy był jednym z czołowych organizatorów życia uniwersyteckiego w Warszawie, niejednokrotni powtarzał właśnie to powiedzenie Conrada. I kucharzył bardzo dzielnie.

A literackie środowisko Lublina?

Przed wojną nie tylko byłem za młody, żeby bliżej interesować się lubelskim środowiskiem literackim, ale odstręczała mnie od tej grupy ich awangardowo-lewicowa postawa (np. skandalizującego komunisty Józefa Łobodowskiego). Zarówno dom, jak i szkoła kształtowały moje gusty nieco inaczej.

Natomiast mój ojciec przyjaźnił się najserdeczniej z ks. Ludwikiem Zaleskim, z którym współpracował w Lubelskim Towarzystwie Naukowym, gdzie stykał się z Józefem Czechowiczem i nawet napisał o nim niewielki przyczynek w 1927 r., a potem wspomniał w swojej książce W kręgu wielkich realistów, wydanej w 1962 r.

Ale nie samymi książkami Pan przecież żył. Było miasto, środowisko, harcerze, szkoła, koledzy...

Tak, w okresie gimnazjalnym nawiązałem wiele przyjaźni, które miały przetrwać długie lata i które okazały się niesłychanie ważne potem, właśnie w okresie okupacji, kiedy ze związków koleżeńskich tworzyły się ugrupowania konspiracyjne, najrozmaitsze powiązania szkolno-harcersko-przyjacielskie. Nawet do dzisiaj z niektórymi z moich ówczesnych przyjaciół utrzymuję żywe kontakty. Jeden z nich, specjalista od budowy samochodów, był konstruktorem pierwszego pojazdu dla papieża; inny był znanym śpiewakiem, a potem reżyserem oper w Wielkopolsce; jeszcze inny stał się znanym oftalmologiem. Szkoła dała nam wszystkim dobre podstawy.

Harcerstwo wiązało nas bardzo blisko, zwłaszcza obozy, kiedy mieszkało się razem, chodziło na te same wycieczki. Jeden z tych wyjazdów utkwił mi szczególnie w pamięci. Był bodaj rok 1934, miałem wtedy 12 lat. Pojechaliśmy na Wołyń. Rozbiliśmy obóz w jakiejś malutkiej miejscowości, ale wędrowaliśmy. Przeszliśmy na piechotę po wszystkich historycznych miejscach; byliśmy w Zbarażu, w Wiśniowcu, w Poczajowie. Oglądaliśmy te wszystkie miejsca, które znaliśmy tak dobrze z Trylogii.

Po latach, już w Stanach Zjednoczonych, wykładając literaturę polską zająłem się bliżej Sienkiewiczem i wówczas znajomość miejsc, w których toczyła się akcja Trylogii, okazała się niesłychanie owocna. Kiedy nieodżałowany Wiesław Kuniczak przełożył Trylogię na angielski i prosił mnie najpierw o napisanie wstępu do Ogniem i mieczem, a potem o opracowanie broszury, którą nazwaliśmy Przewodnikiem po "Trylogii" (The Trilogy Companion), sporządziłem mapę tamtych terenów, ażeby amerykańskiemu czytelnikowi ułatwić "poruszanie się po tekście", żeby mógł zobaczyć, gdzie się to wszystko rozgrywało. W czasie opracowywania tej mapy obrazy Zbaraża czy Wiśniowca odżyły w mojej pamięci.

Na Wołyniu poszliśmy z wycieczką również do Krzemieńca. Zwiedzałem dworek matki Słowackiego, byłem na górze Bony, widziałem to wspaniałe miasteczko, zwiedzałem Liceum Krzemienieckie. Akcję jednej z moich powieści, wydanej przed dziesięciu laty w Londynie Myślę, że wrócę kiedyś, umieściłem właśnie w Krzemieńcu, ponieważ doskonale pamiętałem, jak to wszystko wyglądało.

Ciąg dalszy za tydzień

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail