PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 30 czerwca 2006


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Pisarz markowy

Straszna wiadomość spadła w czerwcu na Polaków, straszniejsza nawet niż klęska z Ekwadorem i przegrana z Niemcami, bardziej przygnębiająca niż milczenie 80-letniego Tadeusza Konwickiego, patrzącego ze swojego tapczanu na Pałac Kultury i Nauki, ale niepiszącego już od lat o swoich z tym widokiem związanych doznaniach; wiadomość niczym Mała Apokalipsa i Pamflet na siebie razem wzięte - by trzymać się tytułów autora Kompleksu polskiego. Wiadomość straszna, tym bardziej że u jej praźródła leży prywatna, mała Apokalipsa, leży kompleks jak najbardziej polski, a wszystko razem jest jednym wielkim pamfletem na siebie, pisanym, żeby było śmieszniej, przez felietonistę. Ta wiadomość to decyzja o odejściu z Polityki Jerzego Pilcha, ale odejściu nie takim sobie, powiedzmy, na emeryturę, rentę inwalidzką czy pisarską - co na jedno w Polsce wychodzi, bo jednako na obu rząd pisarza głodzi.

Wiadomość jest straszna poprzez historyczną i emocjonalną swą wymowę. Mówiąc językiem piłkarskim - Pilcha kupili Niemcy, a dokładnie Axel Springer w celu zasilenia składu drużyny Dziennika, i to kupili go w czerwcu, miesiącu naszych licznych narodowych tragedii. Bo to i czerwiec kielecki, i poznański, i radomsko-ursuski, a teraz jeszcze doszedł czerwiec mundialowy. Po Warszawie krążą legendy o srebrnikach płaconych przez niemiecki koncern dziennikarzom zwabionym do Dziennika. Moje prywatne zdanie na ten temat jest takie, że szanujący się pisarz nie sprzedaje się za żadne pieniądze, tym bardziej niemieckie, umiera z głodu, ale ze spokojem sumienia.

Kiedyś na tych łamach zżymałem się nad nielojalnością Jerzego Pilcha wobec Tygodnika Powszechnego, który był porzucił dla pieniędzy, zaoferowanych przez warszawski tygodnik. No i wyszło na moje - coś w tym Pilchowym Spisie cudzołożnic jest na rzeczy. Teraz cudzołożnik porzuca warszawski tygodnik dla większych pieniędzy oferowanych przez warszawski dziennik. Sam o tym pisze dość pokrętnie: "(...) żegnam się z czytelnikami Polityki, bo tak się - powiedzmy: lekturowo - złożyło". Złożyło się nie lekturowo, a złotówkowo, o czym mówi przypis do jego pożegnalnego felietonu (o wymownym tytule "Mrówki i rekiny"). Zawiedziona redakcja Polityki ubolewa: "Odszedł - mówiąc lekturowo - za chlebem (to główny dziś motyw każdej migracji), choć bardziej sprawiedliwie byłoby powiedzieć - cytując Różyckiego - że pociągnęły go ´ostrygi i daktyleß. Nie zatrzymujemy za wszelką cenę. Szczerze życzymy nowych wzmocnień ze strony Axel Springer Polska".

W tym ostatnim zdaniu wypsnęła się redakcji aluzyjka, cieniutka i przeźroczysta, ale jednak widoczna jak obłok alkoholu w mroźnym powietrzu - na temat Pilchowych występów pod mocnym aniołem, tolerowanych przez lojalny zespół. Bywały okresy jego dłuższych "nieobecności usprawiedliwionych" na łamach Polityki, a teraz przyszedł okres stałej nieobecności, której niczym usprawiedliwić się nie daje. Nawet ostrygi i daktyle, i wszelkiej krasy frykasy niczym są w zestawieniu z wiernością dla swoich czytelników i swojej redakcji, a tym samym i szacunkiem dla swojego pisania. Pilch ma w Polsce i poza nią czytelników, jest laureatem różnych nagród - choćby Nike, ufundowanej przez Agorę, a idzie do konkurencji dla pieniędzy. Kto jak nie pisarz winien pokazywać trochę klasy, że nie wszystko na tym nędznym świecie robi się dla pieniędzy? Pilch swym transferem głośno krzyczy, że poza nimi nic się już nie liczy. Młódzi, nie tylko dziennikarskiej, dowodzi, że każdy, nawet siedmioletni związek można zerwać jak kartkę z kalendarza i wyrzucić do kosza - dla większego grosza...

Wróćmy na chwilę do Konwickiego. W Dzienniku Krzysztofa Mętraka pod datą 19 czerwca 1976 r. taki oto wpis: "Irek Iredyński w więzieniu, pytany przez dwóch przysłanych z Warszawy oficerów o napad na bank: jest taki jeden w Warszawie, który wszystko wie. Nazywa się Tadeusz Konwicki i opisał to w książce Wniebowstąpienie. Kulwa, i po trzech dniach znalazłem się w izolatce". Tyle Mętrak.

Ten wpis można rozwinąć w kilka tez. Konwicki to pisarz czerwcowy (urodził się 22 czerwca), a Pilch to pisarz markowy, bo dał się kupić za marki (to nic, że zamienione na złotówki). Wydało mu się zapewne, że idąc do bogatszych dokonuje skoku na bank, przez co dostępuje wniebowstąpienia. Gdyby zapytał wszystkowiedzącego Konwickiego, ten by mu pewnie uświadomił, że za faul na czytelnikach może bardzo szybko, kulwa, znaleźć się w izolatce - czyli w czytelniczej izolacji ze swoimi Tezami o głupocie, piciu i umieraniu pod twardą poduszką. Czego mu nie życzę, choć Dziennika już nie kupię...

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail