[an error occurred while processing this directive]
 
[an error occurred while processing this directive]

PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 30 czerwca 2006


W rocznicę śmierci
Tymoteusza Karpowicza

O wybitnym poecie i dramatopisarzu z Kazimierzem Braunem rozmawia Joanna Roszak

Reżyserował Pan sztukę Tymoteusza Karpowicza "Kiedy przychodzi anioł" (w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu, premiera odbyła się 30 grudnia 1978 r.), a wcześniej patronował realizacji sztuki "Jego mała dziewczynka" (1977 r.). Myślę, że chciał Pan zachować w teatrze pamięć o Karpowiczu. Niestety, nikt tych prac nie kontynuował. To było już po wyjeździe Karpowicza z Polski (1974 r.). Czy interesował się przygotowaniem spektaklu, jego odbiorem? Chyba bardzo mu zależało na tym, by nie zniknąć z kraju, by nie doszło to tego, żeby prawdą okazały się słowa Krystyny Miłobędzkej: "Karpowicza po prostu nie ma" i Krzysztofa Karaska: "Nieobecności fizycznej towarzyszyła nieobecność wydawnicza".

Jednym z najważniejszych punktów programu mojej pracy w Teatrze Współczesnym we Wrocławiu w latach 1975-1984 było jak najsilniejsze związanie tej sceny z wrocławskim środowiskiem literackim, artystycznym, naukowym, szkolnym, w ogóle z miejscową glebą. Wynikało z tego m.in. wystawianie sztuk czy adaptacji prozy autorów wrocławskich, a także zapraszanie do współpracy wrocławskich reżyserów, scenografów, kompozytorów. Wystawialiśmy więc dramaty Różewicza, adaptacje Worcella, Kubikowskiego, Orskiego, Saniewskiego. Ale był także wybitny dramatopisarz wrocławski, Tymoteusz Karpowicz, którego nie zastałem w mieście. Wcześniej nie miałem nigdy okazji go poznać. Ale znałem wszystkie jego sztuki. I jego też chciałem wystawiać - i jako wrocławianina, i jako "wielkiego nieobecnego". Przebywał bowiem za granicą i szybko o nim w kraju zapomniano. Niemal od razu natrafiłem na dwie przeszkody. Po pierwsze, okazało się, że Karpowicz jest bardzo niechętnie widziany przez "instancje", które zatwierdzały repertuary teatrów. Była i druga przeszkoda. Odczułem - niejasno, w półsłówkach i napomknieniach - że jakoś nie było w środowisku kulturalnym Wrocławia atmosfery, aby Karpowicza przypomnieć. Otaczała go mgła. Właściwie nigdy nie udało mi się przez nią przedrzeć. Mgła... jak nad stojącą wodą... a nawet pojawiały się w niej jakieś mielizny... Mówię o tym niejasno - ale też sprawa ta pozostała dla mnie niejasna, aż do dziś.

Sztucznie narzucone "zapomnienie" Tymoteusza Karpowicza zostało jednak przełamane. Zaczęliśmy skromnie, Jego małą dziewczynką, a potem wystawiliśmy nowy, nieznany w kraju dramat Kiedy przychodzi anioł. Recepcja obu tych przedstawień była, powiedziałbym, głucha. Jednak Tymoteusz "zaistniał" na forum publicznym, bo Kiedy przychodzi anioł pokazaliśmy na Festiwalu Sztuk Współczesnych we Wrocławiu w 1979 r. Tymoteusz bardzo się radował z tych premier. Przekonałem się o tym w rok później, gdy poznaliśmy się osobiście. Zanotowałem w moim amerykańskim dzienniku: "Tymoteusz czekał na mnie na dworcu kolejki Oak Park na przedmieściu Chicago. W ten wiosenny dzień 1980 roku zobaczyliśmy się po raz pierwszy. [...] Powitał mnie z natychmiastową serdecznością, braterską przyjaźnią, radosną otwartością, wielkoduszną szczerością, staropolską gościnnością".

W ankiecie "Teatru" (1962, nr 3, s. 19) Karpowicz mówił: "Nie znalazłem jeszcze trwałego, przyjaznego oparcia w jakimś teatrze. Zwłaszcza w mieście, w którym mieszkam. Tymczasem takie związki są dla dramaturga konieczne".

Tymoteusz wypowiedział te słowa w 1962 roku? Czy tak? Na pewno nie powiedziałby ich dziesięć lat później, bo wrocławski Teatr Współczesny wystawił po kolei jego pięć sztuk: Wszędzie są studnie (1960), Dziwny pasażer (1964), Zielone rękawice (1967), Przerwa w podróży (1968), Charon od świtu do świtu (1972). Złożyły się one na jeden z najciekawszych wątków polskiego życia teatralnego tamtych lat. Wszystkie wyreżyserował umiejętnie Andrzej Witkowski, w tamtych latach dyrektor Teatru Współczesnego. Więc Tymoteusz miał wtedy tam bezpieczną przystań, miał reżysera, który go dobrze rozumiał i często wprowadzał na scenę. Wystawiając po pięcioletniej przerwie jego sztuki, nawiązałem tylko do tej tradycji. Gdyby był we Wrocławiu, mógłbym łatwiej uzyskiwać od niego nowe dramaty. Tu trzeba wyjaśnić, że - podobne jak z poezją, podobnie jak z wywiadami - Tymoteusz bardzo niechętnie dawał do czytania swoje nowe utwory, niechętnie publikował. Był perfekcjonistą. Stale jeszcze dopracowywał, jeszcze poprawiał swoje teksty.

O Tymoteuszu Karpowiczu nauczyłam się myśleć jak o Kolumbie języka (to przecież także Kolumb w sensie generacyjnym...). Czy także w dramatach jest, według Pana, odkrywcą nowych lądów?

Świadomie przenosił do dramatu swoje poetyckie odkrycia. Dialogi w jego sztukach są ścisłe i precyzyjne, a zarazem metaforyczne. Łączą realistyczną obserwację życia i słownictwa określonych postaci z logiką snu, lirykę i tajemnicę - ze sformalizowaną i surową strukturą.

Karpowicz napisał o poezji Leśmiana, że to poezja niemożliwa. Mnie się zdaje, że także w jego poezji i dramatach jest coś niemożliwego... Czy łatwo zaistnieć na scenie dramatowi niemożliwemu, czyli takiemu wbrew (właśnie: wbrew) modzie, blichtrowi, łatwiźnie?

Bolesław Leśmian był jednym z mistrzów Karpowicza. Myślę, że się nie pomylę, stawiając hipotezę, że było tych mistrzów trzech: Cyprian Kamil Norwid, Leśmian i Julian Przyboś. Można nawet ściślej powiedzieć, że od Norwida Karpowicz się uczył i rywalizował z nim, starał się, idąc jego szlakiem, dojść dalej. Przybosia cenił. Leśmiana kochał. Znał go na wylot. Napisał o nim doktorat. Zorganizował konferencję naukową jemu poświęconą w Chicago w 1987 r. Zresztą były trzy konferencje zaprojektowane, zorganizowane i - w dużej mierze - zafundowane przez Karpowicza (a jego środki były mniej niż skromne), poświęcone właśnie tym trzem najbliższym: Norwidowi (1983), Leśmianowi (1987) i Przybosiowi (1992).

Powiedział Pan kiedyś: "Teatr ma i potencję, i obowiązek, by przekraczać poziom codzienny, doraźny; ukazywać szerszą perspektywę: poetycką, uniwersalną, duchową, niebieską". Mam wrażenie, że Karpowicz słowa Norwida "Teatr, ile wiemy, jest atrium spraw niebieskich", zinterpretowałby podobnie. Rozmawiali Panowie o tej powinności teatru?

Jest coś takiego jak Norwidowe promieniowanie w poezji Karpowicza. Zarazem Karpowicz świadomie, tak jak Norwid, starał się słowem docierać do rzeczywistości wyższej, "niebieskiej", niewyrażalnej słowem, a jednak jakoś słowem otwieranej. I starał się iść jeszcze dalej niż Norwid w "dawaniu rzeczy odpowiedniego słowa". Łączył słowa w prawie antysemantyczne wiązki, rozciągał do granic napięcia metafory, zderzał obrazy z ogromną gwałtownością i często wręcz okrucieństwem.

Szczególnie interesowała Tymoteusza problematyka wolności w ujęciu Norwida. Dotykamy tutaj niezwykłego napięcia intelektualnego, istniejącego stale między nim a Norwidem. Norwid swoje pojmowanie wolności opierał na głębokiej wierze. Czerpał je m.in. ze św. Jakuba, który napisał: "Mówcie i czyńcie tak, jak ludzie, którzy będą sądzeni na podstawie Prawa wolności" (Jk 2:12). Św. Jakub pisze dalej w tym samym liście, że ów sąd na podstawie Prawa wolności będzie "nieubłagany dla tego, który nie czynił miłosierdzia: miłosierdzie odnosi triumf nad sądem". Te słowa wydają się rdzeniem Norwidowskiej filozofii człowieka - istoty wolnej w swoich wyborach i wolnością tą uzdolnionej do czynienia miłosierdzia, do czynienia dobra, uzdolnionej, a więcej zobowiązanej, do twórczości. To właśnie zobowiązanie do twórczości sam Karpowicz pojmował z absolutną powagą - jako powołanie, wręcz nakaz. To prowadziło go do bezwzględnego imperatywu uprawiania poezji jako czystej twórczości nieobciążonej żadnymi serwitutami kulturowymi, do kategorycznego perfekcjonizmu, do radykalnego nowatorstwa. Norwidowskie "Teatr, ile wiemy, jest atrium spraw niebieskich" dla Karpowicza znaczyło uprawianie twórczości jako prowadzenia czytelnika (widza - w dramatach) ku niebu, ku rejonom ponadcodziennym, ponadmaterialnym, ponadjęzykowym.

W wykładzie "Skrzydlaty Alef" Karpowicz wprost powiedział, że los go nie oszczędzał. Czy często dawał wyraz swojemu rozczarowaniu?

Nie. Tymoteusz miał świadomość, że jest nowatorem, że wyprzedza współczesnych, że często nie jest rozumiany, doceniany.

Na pewno bardzo zwyczajnie bolało go to. Ale nigdy się nie skarżył. Był stale nastawiony na przyszłość, na to, co ma jeszcze do zrobienia, do napisania, do poprawienia w tym, co już napisał. Zapamiętałem go jako człowieka dobrego, życzliwego, skromnego, a także człowieka wewnętrznej pasji i żaru, a zarazem pełnego humoru. Była w nim niecierpliwość i aktywność. Zmieniło to się wszystko dopiero w ostatnich miesiącach jego życia, doprawdy smutnych, samotnych, tragicznych. Trudno jeszcze o tym mówić...


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail