Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Szałas Twaina
Zawsze twierdziłem, że podróże bardziej odkształcają, niż kształcą. Dowodem na to choćby krajowe prace z emigracją w tle. Nie wszyscy oczywiście, ale liczni badacze nadal przywożą do Ameryki gotowy, ukształtowany dawno obraz Emigreny (to osobna planeta, występuje też pod nazwą Emigrozy) i zamiast spędzać czas na odkręcaniu legend i mitów, najczęściej dopasowują nieswoją rzeczywistość do swojej mądrości. A gdy zgrabny mit uwiera jak ciasny but, zmienia się stare mity na nowe. Bardzo szybko jednak wyłażą z nich gwoździe, odpadają podeszwy i delikwent maszeruje Greenpointem czy 5th Avenue bosy, goły i wesoły (czyli pod wpływem). Wtedy nie pozostaje mu nic innego, jak szybko napisać książkę albo dwie, dokładając szczuropolakom w ich rachitycznym dolorado.
Pióropolacy, zasiedziali na wyspie Emigrozie, są bardziej powściągliwi, czytaj: leniwi. Czasem skrobną to i owo dla krajowych wydawnictw, skąd otrzymują bardzo uprzejme maile z odmową, poklepujące autora po plecach za niezłą polszczyznę, wszelako wytykające piszącemu totalny brak orientacji w problemie emigracji. Krajowi po prostu wiedzą lepiej, jak wygląda nasze życie i pisanie (czyli: samobiczowanie, łez za krajem wylewanie, nieustające w snach na ojczyzny łono powracanie w charakterze syna marnotrawnego, który spał na amerykańskiej otomanie, podczas gdy myśmy walczyliśmy śpiąc na styropianie, etc.).
Tę sytuację można porównać do zapasów z "nowym stworzeniem", jakie wtargnęło w życie Marka Twaina w Pamiętnikach Adama i Ewy: "Wybudowałem sobie szałas dla ochrony przed deszczem, lecz nie mogłem cieszyć się nim w spokoju. Nowe stworzenie już tam wtargnęło, a gdy próbowałem je wypchnąć, zaczęło wylewać wodę z otworów, którymi patrzy (...)". Nasze nowe stworzenie to "nowe podejście" do emigracji. Różnica tylko taka, że to zwierzę nie wylewa wody z otworów na oczy, a wylewa dziecko z kąpielą. Do Polski wróciła moda na literaturę emigracyjną (co jest zawsze oznaką kryzysu w literaturze krajowej), a razem z nią stara moda na pakowanie wszystkich emigrantów do wspólnego worka z etykietą "Polonia". Polska nie byłaby sobą, gdyby zezwoliła zagranicznej gawiedzi literackiej siedzieć w szałasie Twaina i cieszyć się wolnością w spokoju.
To ładnie z ich strony, że w końcu zaczęli nas zauważać, ale jest jedno "ale": mają tam szufladki z wytartymi bokami, do których będą nas wciskać i dopychać kolanem. A jak się który nie zmieści w kategorii takiej czy owakiej, wypada jak drużyna Janasa z mundialu. Polscy piłkarze przynajmniej zapracowali na swój los, ale pisarze? Grają najczęściej do pustej bramki, walizki zastępują słupki, a w roli arbitra występuje obcy bank, żądający spłaty kredytów. Gdy mówię bank, myślę Gombrowicz i Banco Polaco. Właśnie przeczytałem w Plusie Minusie omówienie książki Laury Pariani Gombrowicz i Buenos Aires. Historia pewnego przekładu, a w nim zdanie: "To historia o jakimś polskim pisarzu, który akurat w chwili, kiedy wybucha II wojna, wysiada ze statku ´Chrobryß gdzieś w dalekiej Argentynie i postanawia, za sprawą trochę dla siebie niezrozumiałego odruchu, tam zostać".
W tej paraboli i parafrazie jednocześnie wszystko się zgadza, poza tym, że nic się nie zgadza. "Chrobry" zawinął do Buenos Aires na całe dziesięć dni przed wybuchem wojny, a Gombrowicz nie wybrał się nim w powrotną drogę do Anglii - ze strachu przed wojną. "Nie płynę do Europy, bo tam zabijają, a ja muszę żyć, by pisać" - to mniej więcej powiedział Wacławowi Iwaniukowi, wracającemu z Argentyny tymże "Chrobrym", by walczyć z Niemcami. Powtarzam tylko to, co usłyszałem od Iwaniuka, nie chcę cytować odnośnych fragmentów z Gombrowicza. Andrzej Masse, autor omówienia książki Pariani, zwrócił jedynie uwagę na dość frywolny sposób, w jaki nadal pisze się o decydujących momentach w życiu polskich pisarzy. A decyzja o pozostaniu oznaczała większe ryzyko niż decyzja powrotu - ryzykowało się całe swoje pisarstwo, a stracone dzieło to więcej niż stracone życie.
Skoro o tym mowa: w tekście o Janie Lechoniu (Polityka 23/06) Anna Nasiłowska dwukrotnie powtarza starą legendę o skoku Lechonia z hotelowego okna, zupełnie pomijając rzetelne ustalenia Beaty Dorosz o wersji hotelowego tarasu, udokumentowane w książce Lechoń nowojorski z 1999 r. (nabyłem ją drogą kupna już po ustaleniu na własną rękę miejsca tego skoku). Zapyta ktoś - co za różnica, skąd skoczył? Zasadnicza. Z tarasu bardzo łatwo kogoś zrzucić, a jest teoria, że Lechoniowi ktoś "pomógł". W tym przypadku bardziej mi chodzi o rzetelność i szacunek dla pracy znawców przedmiotu, w tym wypadku Beaty Dorosz. Powtarzanie starych mitów, niebranie pod uwagę nowych ustaleń świadczy także o pewnej nonszalancji, z jaką nadal traktuje się w Polsce wyspę Emigrenę.
Cóż począć - "badacze pisma naszego" (termin Klemensa Krzyżagórskiego) mają nad nami przewagę, bo są pióropolakami, którzy wiedzą o wyspie Emigrenie to, czego jej mieszkańcy wiedzieć nie mogą, bo przecież Emigroza to wyspa bezludna na oceanie łez wylanych za krajem...
| |