WASYL MACHNO
Komentarz do wiersza
"Nowojorska kartka dla Bohdana Zadury"
Wstęp
Siedzimy
z Bohdanem Zadurą i Andrzejem Sosnowskim i sączymy niezbyt
dobre ukraińskie piwo, ale innego w tym barze nie sprzedają.
Siedzimy przy głównej ulicy Krzemieńca, do której przytuliła się ta kawiarnia, nazwy której już nie pamiętam, pod wystawionymi parasolami, my, uczestnicy ukraińsko-polskich czytań poświęconych kolejnej rocznicy Juliusza Słowackiego. Zacny człowiek, ten Słowacki, który urodził się w Polsce, a czcimy go w Ukrainie; generalnie rzecz biorąc, polscy poeci nie przyjaźnili się z geografią (Mickiewicz, Iwaszkiewicz etc.).
W tym roku, 2000, uroczystości zapowiadają się chyba zbyt reprezentacyjnie: ministrowie kultury, ambasadorzy, miejscowy beau monde, kilka autokarów z Polski, msza w polskim kościele, odwiedziny grobu rodziny Słowackich, spotkanie ukraińsko-polskie w krzemienieckim college'u (dawne liceum), czytanie na podwórzu jeszcze nieodrestaurowanego domu Słowackiego, a także na górze Bony.
Skończyło się na tym, że ministrowie nie przyjechali, przysławszy swoich zastępców, wizyta na cmentarzu, na którym spoczywają prochy matki poety, zmieniła się w kawalkadę reprezentacyjnych aut wiozącą wiceministrów, ambasadorów, głowy rejonowej administracji i głowy rejonowej rady, a że naturalnie zwykli ludzie też ruszyli w ślad za nimi, boczna, cicha krzemieniecka uliczka zmieniła się w słup pyłu, co porządnie zdziwiło miejscowych obywateli, mających szczęście tu mieszkać.
Jednak przeczytaliśmy wiersze, Słowacki, mam nadzieję, był zadowolony i nawet nie obraził się na ministrów.
Krzemieniec 2000
Krzemieniec przecina główna ulica, która ciągnie się przez całe miasto, pozostawiając po obu bokach wzgórza. Z jednej strony wielki kompleks dawnego liceum, w brudnożółtym kolorze, zaniedbany i przypominający pomarszczone starcze ciało, z drugiej - góra Bony z pozostałościami po dawnej fortecy, z której można oglądać miasto i okolice. Historia porusza się spękanymi arteriami kilkusetletniego tynku na murach liceum i jako wieczny dozorca i strażnik - góra Bony.
Przeważa tutaj tradycja prawosławia, nie, nie tylko przeważa, ale określa bardzo wiele w tej części Tarnopolszczyzny, a Ławra Poczajowska, co siadła jak paw na wzgórzach miasteczka, położonego 40 kilometrów od Krzemieńca, to chyba największy energosystem prawosławnej wiary. Polacy także mocno się tu zakorzenili przez katolicyzm i sieć odbudowanych kościołów, przez etnicznych Polaków, którzy po części pozostali w Krzemieńcu, i oczywiście przez największą kulturalną cytadelę - gmach Juliusza Słowackiego i wszystko, co z nim związane, a związane jest wiele.
We wrześniowym Krzemieńcu wszystko wokół przypominało święto, może targ, bo grupy świętujących Słowackiego ludzi tworzyły jeden organizm święta, które, jak wiadomo, zawsze jest z tobą...
I tylko po przeciwległej stronie ulicy, w dosłownym i przenośnym znaczeniu, było spokojnie, prawosławne cerkwie z charakterystycznym cebulami kopuł niewzruszenie zajmowały tę drugą stronę, będąc w opozycji do wszystkiego, co się odbywało, choć nie mogły tego nie zauważyć. Ale to katolicy, niechaj sobie świętują...
Nowy Jork: podróże bez mapy
Bohdan Zadura jest jednym z tłumaczy Johna Ashbery'ego na język polski.
Polacy przewieźli szkołę nowojorską do Polski bez kontrabandy i w cywilizowany sposób. W radzieckiej Ukrainie, niestety, literatura amerykańska kończyła się w najlepszym wypadku na Hemingwayu, a i to być może tylko dzięki szczęśliwemu zbiegowi okoliczności, że stary Hem przez jakiś czas mieszkał na Kubie i przyjaźnił się z Fidelem, a jeśli Fidel to przyjaciel, również i Hema zaliczono do przyjaciół Związku Radzieckiego, po nim zaś pilni cenzorzy już nie aprobowali żadnych społecznych i seksualnych "rewolucjonistów", tym bardziej "zboczeńców"...
Stojąc na Brooklyńskim moście naprawdę pomyślałem o Zadurze, przede mną otwierał się szeroki pejzaż East River: płynęły rzeczne statki, ceglanego koloru prom, łączący Manhattan ze Staten Island, jakieś niewielkie jachty, które dopłynęły tu nie wiadomo po co.
W wierszu chciałem, żeby Brooklyński most był nie tylko mostem łączącym Brooklyn z Manhattanem a metaforą, która połączyłaby Amerykę i Europę. Właśnie dlatego w wierszu ten most sięga Puław. W swoim wierszu-odpowiedzi Bohdan sprowadził go do niezbudowanego puławskiego mostu. A mój Brooklyński zawisł... pomiędzy moim wierszem i Bohdana.
Te nasze wiersze najpierw pojawiły się w nowojorskim Przeglądzie Polskim Julity Karkowskiej, potem w Twórczości i wreszcie po ukraińsku w Komentarzach.
O Garcii Lorce i Ashberym wspomniałem nieprzypadkowo, ponieważ pierwszy, niebędący Amerykaninem, wniósł do światowej poezji własny poetycki krajobraz Nowego Jorku; drugi stał się może najważniejszą treścią nowojorskiego pejzażu w światowej poezji po drugiej wojnie światowej. Surrealistyczny koktajl Lorki i postmodernistyczny radykalizm Ashbery'ego najpiękniej pasują do miasta na wyspach.
Buczacz ze Szmulem Agnonem i bez
Buczacz pojawił się jakoś spontanicznie, zresztą którekolwiek galicyjskie miasto wziąć pod uwagę, to temat żydowski, po prostu, będzie obecny. Buczacz to nie mniej pagórkowate miasto niż Krzemieniec, co prawda długa główna jego ulica różni się tym, że wije się jak wąż. Od niej odchodzą niezliczone mniejsze, też równie kręte.
W początku lat 80. przejeżdżając przez Buczacz kursowym autobusem zobaczyłem niezwykły i niepopularyzowany w czasach sowieckich obrazek: tego dnia główna ulica była zamknięta, prowadzono prace remontowe, więc autobusy kierowali na objazd. Kiedy UAZ czy ZIŁ boczną, niewyasfaltowaną drogą wspiął się na górę, przed wszystkimi pasażerami otworzył się niezwykły widok: zarośnięte pole było pokryte kamiennymi płytami; jedne, opierając się jeszcze ziemskiej grawitacji, usiłowały utrzymać pion, inne już leżały w gęstej trawie. Ktoś powiedział na głos: żydowski cmentarz - i zamilkł, jakby wyjawił nam wszystkim jakąś niezwykłą tajemnicę.
Żydzi byli zakazanym tematem, no może nie zakazanym, ale takim, którego nie warto poruszać, bo dajmy na to: dlaczego ten zapuszczony cmentarz jest w takim stanie? Ci, którzy na wieki pozostali w ukraińskiej ziemi pionowo stojącymi płytami, jak wyciągniętymi w górę rękami, o coś prosili, ich krewni, którym nie udało się przeżyć wojny, być może nie mają nawet takich płyt, inni, którym udało się jakoś przetrwać, mieszkają w Izraelu, w Ameryce albo i w Europie, ale odwiedzać umarłych krewnych nie mogą, bo najbardziej humanitarna władza Kraju Rad ich nie wpuści nawet na salwę armatnią, bo co wówczas napisze wroga prasa, kiedy przed nimi otworzy się taki widok?
Buczacz to żydowskie miasto, u Szmula Agnona jest żydowskie. W swej powieści Agnon opisuje dziwny Buczacz, dziwnie go opisuje, jakby w jego mieście odgrodzonym od świata istniały wyłącznie żydowskie nazwy, rabini, aleja do Palestyny, ma się wrażenie, jakby ta ziemia i miasto jednocześnie były agnońskie i nie całkiem, żydowskie i nie tylko. Na awersie 50 szekli przedstawiony jest portret Szmula Agnona - największego izraelskiego pisarza XX wieku, a na rewersie - łamana linia miejskiego pejzażu wskazuje na Buczacz - żydowskie miasteczko.
Pamiętam, zadzwonił wtedy Jurek Andruchowycz z Frankowska i poprosił, żebym oprowadził po Tarnopolu córkę Agnona, Emmę Jaron z mężem, prócz nich, wyjaśnił, jeszcze dwie osoby z francuskiej telewizji i dodał, że goście gorliwie przestrzegają soboty i takich tam.
W moim notesie zachował się jerozolimski adres państwa Jaronów, który wpisał własnoręcznie pan Chaim... Następnego roku w Jerozolimie!
W Tarnopolu przeszliśmy się ulicą Perlja i odwiedziliśmy żydowski cmentarz, uporządkowany przez miejscowy Memoriał, dokładniej resztki cmentarza, na który ocalałe płyty zwożono z okolic, bo oryginalne dawno już nie istniały.
Emma Jaron, wówczas 75-letnia, a jej mąż Chaim 80-letni - niespiesznie chodzili od płyty do płyty. Czytali hebrajskie imiona na tych płytach. Koło jednej ona odwróciła głowę, szukając męża i głośno o czymś mu powiedziała, potem kilka razy przesunęła palcem z prawa w lewo, z prawa w lewo. Z rozmowy dowiedziałem się, że on pochodzi z Łodzi i mówi po polsku, wyjaśnia mi, że Emma odnalazła jakiegoś krewnego, a między sobą dalej rozmawiają w jidysz.
Buczacz, jechać na targ do Buczacza - naprawdę Buczacz był ze mną od dzieciństwa, dużo później poczuję potrzebę rozszyfrowania tego słowa, to znaczy nie semantycznego wyjaśnienia, a wyjaśnienia na wewnętrzny użytek. Istnieje oczywiście kilka tłumaczeń pochodzenia nazwy tego miasta, jedno z nich jest takie - słowo bucz to słowo tureckie i oznacza jamę. Buczacz leży w głębokiej dolinie nad Strypą, struktura jego pejzażu to nakładanie się na siebie wzgórz i pagórków, żydowskość, przynajmniej dla mnie, przetrwała tu w postaci niskich sklepów, drzwi tych sklepów i zamków, jakich nie wymienili ani radzieccy, ani już ukraińscy właściciele tych sklepików, bo były wykonane na tyle solidnie, że oparły się czasowi.
Jechać na bazar do Buczacza - ta fraza rozbrzmiewała w domu mojego dziadka kilka razy w roku, przynajmniej dwa - przed Bożym Narodzeniem i świętami Wielkanocy - to jasne. Wstawało się rano, jeszcze przed świtem, bo trzeba było przyjechać wcześnie, wtedy można było znaleźć lepszy towar, zorientować się w cenach i obejść cały bazar, jechało się do Dżuryna, przeważnie okazyjną ciężarówką, kołchozowym GAZ-em lub ZIŁ-em, a w Dżurynie czekało na kursowy autobus Czortków - Buczacz albo znowu na okazyjną ciężarówkę.
"Miasto mędrców i kupców" w latach 60. i 70. nie było już ani miastem kupców, ani tym bardziej mędrców, jedni i drudzy znikli jak woda w piasku.
Bazar w radzieckim Buczaczu oczywiście nie dorównywał temu, o którym opowiadał dziadek (choć rodzina dziadka jeździła do Tłustego). Ubóstwo radzieckich produktów kompensowane było domowymi wyrobami, jakie przywozili Huculi, a także rzeczami z paczek, jakie przysyłali komuś krewni z Ameryki czy Kanady, albo towarem z radzieckiego systemu handlu, który stamtąd natychmiast rzecz jasna znikał, przechodząc w ręce spekulantów, jednak był ważny dla chłopów przyjeżdżających w targowe dni, były tu bowiem rzeczy, od jakich zależało ich wiejskie życie: rozsady pomidorów, sadzonki, młode drzewka (przeważnie jabłonie i grusze); krzewy porzeczek, agrestu, malin; w Buczaczu był słynny targ loch i prosiąt. Już po południu, kiedy chłopi powracali z Buczacza z workami, torbami, siatkami - autobusami lub ciężarówkami wyposażonymi w ławki - wszędzie smacznie pachniało i wesoło huczało... Rozmowy toczyły się wokół tego, że w tym roku znowu wszystko podrożało, wybór mniejszy, kto komu i za co przepłacił, kto kogo oszukał. Pieniędzy na jedzenie się nie traciło, więc już w drodze powrotnej chłopi zaczynali śniadanio-obiad tym, co zabrali jeszcze z domu.
Na tych, którzy wracali z targowego Buczacza, czekało się z osobliwym drżeniem i niecierpliwością.
Warszawa - Wrocław 2006
Jeszcze w Nowym Jorku zaplanowałem, że z Warszawy do Wrocławia pojadę pociągiem. Przenocowawszy w warszawskim mieszkaniu Bohdana Zadury, następnego dnia razem z nim, Andrzejem Sosnowskim, Tadeuszem Pióro i Marcinem Sendeckim w przedziale dla palących omal nie oczadziałem przed końcem naszej podróży, bo rzuciłem palenie, a chłopcy smolili na wyprzódki, popijając wino, które miał ze sobą Tadeusz, pisujący, jak się okazało, do wysokonakładowej prasy o drogich restauracjach (potrawy, wina, obsługa), a więc i wino, dobre wino, nie stanowi dla niego problemu.
Za oknem migotały polskie równinne krajobrazy, których nie widziałem już ze sześć lat. Pachniało koleją, specyficznym zapachem kolei. Chłopcy prowadzili swą nieskończoną rozmowę, a ja chciwie wpatrywałem się w Polskę.
Poprzedniego dnia przeszliśmy się z Bohdanem po Warszawie do Krakowskiego Przedmieścia. Swoją wędrówkę zaczęliśmy od palmy, wielka egzotyczna palma, pewnie plastykowa, "rośnie" pośrodku warszawskiej ulicy, tak samo dorzeczna jak Pałac Kultury i Nauki, podarowany przez Józefa Stalina polskiemu narodowi w dowód wdzięczności. Wdzięczności? Chyba dla przypomnienia o osiągnięciach komunizmu, jednak w polskim wariancie. Warszawa jest bardzo dynamiczna: jeżdżą samochody i autobusy - od najnowocześniejszych do zapomnianych już przeze mnie węgierskich ikarusów. Reklamowe billboardy z reklamą wszystkiego. Gdzieś na Krakowskim Przedmieściu trafiliśmy do Bohdanowej knajpy (tak ją dla siebie nazwałem, bo prawdziwej nazwy nie zapamiętałem).
Bohdan nieodmiennie pali carmeny, dziś tę markę kupili Amerykanie, Philip Morris, i zawalili swoją podróbką całą Polskę, tak twierdzi Bohdan, bo smak tych najprawdziwszych odszedł w przeszłość wraz z PRL. Carmen to firmowy znak Zadury, spowici niebieskim carmenowym dymem, w knajpie Cafe Galeria w centrum Warszawy pijemy piwo. Tym razem dobre piwo.
I jeśli oni mają w dupie moje wiersze, a nie jest na odwrót, to wszystko jest porządku - napisał Zadura, czując być może, jak słabnie ludzka siła poezji, akt pomiędzy tekstem i czytelnikiem/słuchaczem coraz bardziej się przekształca: albo w impotencję, albo w jednopłciowe stosunki, bo przestrzeń, w jakiej jeszcze tworzą poeci po obu stronach oceanu, zasypana jest śmieciami: reklamami, formularzami, pokazami mody, piłką nożną, ceną transferów graczy, legalną narkomanią i prostytucją, fundacją Sorosa, stypendiami Fulbrighta, trzęsieniami ziemi, 11 września, 1 maja, 8 marca, 20 i 22 kwietnia, politycznymi skandalami, korupcją i machinacjami, internetem, Eltonem Johnem, Madonną - tym wszystkim, w czym tkwi współczesny homo sapiens i czego za żadną cenę nie chce się wyrzec. Bo i po co? A miejsce poezji to nie miejsce między Eltonem Johnem (który niedawno właśnie tak szczęśliwie wyszedł za mąż, pozdrowienia, John!) i wiadomościami CNN, jej miejsce jest w jakiejś innej niszy, jej czytelnicy to sekciarze, sekciarze nigdy nie są w większości, więc może tej większości nie potrzebują.
Marta Podgórnik powiedziała mi we Wrocławiu: wiesz, wybierając między pięknem i prawdą, wybraliśmy prawdę. Brawo, Marto! Tylko że ja już nie mogę odróżnić ani prawdy, ani piękna, bo wszystko jest zrujnowane: i tak jak po Oświęcimiu poezja jest niemożliwa, a po Czernobylu niemożliwy jest patos, to co jest możliwe po nas i naszych wierszach? Cywilizacyjne koło się zamknęło czy zamyka?
Bohdan zawsze robi chwilę pauzy, zanim odpowie na pytanie. W jednym z wierszy żartował na temat "spóźnionego rodzinnego refleksu". Być może to refleks języka poezji, który już dzisiaj nie stawia pytań, dlatego i nie odpowiedzi są potrzebne, a tylko stwierdzenia i potwierdzenie prawdy. Więc co: kwiatuszki i tani patriotyzm (kwiatuszki zwiędły jak pomidory pokropione przez czernobylski deszczyk) czy kompleks Romea i Julii (Julia już się zdążyła oddać pierwszemu lepszemu za rogiem), czy filozofować, zamykając swoje wywody w wieży z kości słoniowej (pociemniał wiek srebrny i rozorano szlacheckie gniazda, a srebrnymi sztućcami dzieci kucharek i tak nie nauczyły się posługiwać, o czym kazać pisać współczesnemu poecie, któremu ledwo stuknęło dwadzieścia lat i nie jest tymi głupotami, Bohdanie, obciążony, ale obciążony jest innymi...
posiedzimy w Greenwich Village
i jeden drugiemu poczytamy wiersze
bo ich chwila (i nasza także) jest jak chwila nocnych motyli
i od tego - że komuś przyświecisz - nie staje się lżej
Bohdan przypala kolejnego carmena zapalniczką, którą kupiłem okazyjnie w nowojorskim Chinatown i mu podarowałem, zaciąga się dymem, jeszcze chwilę trzyma źdźbło ognia przy swojej twarzy i gasi to źdźbło, odpuściwszy palec z "guziczka".
Nie czytamy wierszy.
Milczymy.
Przełożył B.Z.
|