JERZY GIZELLA
13 czerwca,
św. Antoniego -
imieniny profesora
W 1946 roku Antoni Kępiński zdaje kolejne egzaminy medyczne w Edynburgu i czeka na akcję kuzyna Tomka, który "coś kombinuje" - czyżby kryła się za tym próba wywiezienia matki, Wandy Kępińskiej, z Krakowa? Wiele na to wskazuje, choć listy są "zaszyfrowane", żadnych wprost instrukcji, tylko aluzje. Kępiński zdaje sobie sprawę, że w Anglii czy Szkocji będzie zawsze obywatelem drugiej kategorii i nie wiadomo, czy będzie mógł praktykować. Matka w tym czasie straciła pracę w krakowskiej bibliotece. Ponagla ją, żeby się wypowiedziała w sprawie "projektu" Tomka. Ale jest przygotowany "na dwie strony". Warunki bytowe emigrantów są ciężkie, "choć niektórzy się już urządzają, nawet rodziny z Polski posprowadzali". Kępiński śni o domowej kuchni, ma już dość akademickiego i szpitalnego wyżywienia. Wie, gdzie się wybiera - w liście do matki z 28 IX 1946 r. pisze: "Czytam teraz nowelki Czechowa, widać jaka przepaść jest między rosyjską a zachodnią mentalnością". Pisze o tej zachodniej zresztą wcześniej, zdradzając równocześnie wiedzę i zmysł obserwacji: "Rosjanie może mają duszę bogatszą i ciekawszą, ale są psychopatami. Zresztą zobaczę sam niedługo". Do zdania został mu tylko egzamin z chirurgii u prof. Jurasza. 24 listopada zawiadamia, że dzień wcześniej ukończył medycynę i teraz zaczną się kłopoty. Planuje powrót ze Szpitalem im. Paderewskiego do kraju, a jednocześnie ma nadzieję, że uda się matkę wyciągnąć jakimś fortelem na wolność. Graduacja - 13 grudnia 1946 r. (dzień imienin starszej siostry Łucji). 19 XII 1946 r. - tłumaczy z angielskiego na polski skrypt z interny. Przy okazji nauczył się pisać na maszynie. Wigilię spędza na nowej posadzie w dużym szpitalu. O wieściach z Polski na temat "wyborów": "Mogliby już ludzie dać spokój polityce, wojnom i innym cudom, a żyć spokojnie i myśleć o szczęściu swoich najbliższych". Pisał tak, żeby rozwiać wątpliwości cenzury? Robi się jednak coraz mniej przyjemnie w Anglii i coraz silniej powraca chęć wyjazdu. Tomek wrócił do Anglii sam. Fiasko. Nie udał się zakonspirowany głęboko plan. Nie wiadomo, dlaczego. Kępiński wysyła więc telegram do matki, że wraca przy pierwszej nadarzającej się okazji. 6 IV 1947 r.: "Dziś niedziela wielkanocna, po pogańsku strasznie ją spędziłem, bo nawet w kościele nie byłem. Jak wrócę do Krakowa - wśród starych kościołów, znów pobożnym się zrobię". 15 maja 1947 r. informuje o przygotowaniu do demobilizacji z RAF-u i oczekiwaniu na wyjazd. Jego oszczędności to 25 funtów na pocztowej książeczce oszczędnościowej...
Powrót
Wylądował w Polsce 27 lipca 1947 r. z walizką pełną podręczników medycznych i zapałem do pracy. Po powrocie do Krakowa mieszkał najpierw z matką, po ślubie u teściów (Kłodzińskich) z żoną Jadwigą. Mieszkanie matki przy ulicy Warszawskiej było "dogęszczone" przez kwaterunek. Początkowo matka wynajmowała pokój studentom. Po jej śmierci (1958 r.) i przeprowadzce syn przez lata toczył batalię o dodatkową powierzchnię, której mu podobno nigdy nie przyznano. To był zresztą główny powód uruchomienia prywatnej praktyki - raz, dwa razy w tygodniu, na dwie godziny. Pacjenci czekali w długiej kolejce na schodach. Dopiero pod koniec życia zdołał odgrodzić się od lokatorów i nawet wydzielić z okrojonego mieszkania malutką kuchenkę i łazienkę.
W tych trudnych latach Kępiński obchodził zapewne imieniny partiami - gości znaczniejszych rangą naukową podejmował w domu, z młodszymi chodził do lokali, a jak towarzystwo się rozochociło, to po domach bardziej uprzywilejowanych szczęśliwców. Kiedy już wiadomo było o ciężkiej chorobie (1970 r.) i konieczności stałej hospitalizacji, goście przychodzili z butelką i kwiatami do kliniki. Te wizyty były tak uciążliwe dla solenizanta, że na drzwiach pojawiło się dramatyczne ogłoszenie (być może pisał je sam dr Hanicki) formatu ćwiartki ze szkolnego zeszytu:
LUDZIE!!!
Zlitujcie się nad chorym
Nie odwiedzajcie go w stadach
Nie palcie tytoniu
W godzinach przedpołudniowych
i do godziny 16:00
odwiedzin nie ma
Pacjent i lekarze dyżurni
Pokój szpitalny (luksus na owe czasy) Kępińskiego w dniu imienin był cały w kwiatach, stale przychodziły listy od wdzięcznych pacjentów, zwłaszcza pacjentek, którym dostęp do profesora był teraz siłą ograniczany. Solenizant przez ponad półtora roku był pacjentem i ciągle, do samego końca, lekarzem w jednej osobie. Podobno lekarze są najgorszymi pacjentami, ale Kępiński był wzorowym. I ciągle pracował - czasem od trzeciej, czwartej, piątej rano stukał obolałymi palcami w klawiaturę maszyny. Dwa, trzy akapity, następnego dnia stronę, dwie, kończył jeden rozdział Psychopatii, zaczynał następny. Byle zdążyć z książką, na którą czytelnicy będą czekali w długich kolejkach przed księgarniami, często zupełnie nieświadomi niedawnej tragedii. Tradycyjnie, pod koniec maja i na początku czerwca nadchodziły do kliniki życzenia imieninowe - tych ostatnich, które już sobie zaznaczył w kalendarzyku na 1972 rok, nie doczekał. Potrzebował jeszcze pięciu dni, pięciu nocy...
Tylko Ingarden
W starym, zniszczonym notatniku (wyraźnie angielskiego jeszcze pochodzenia) zaczął pod koniec 1949 r. notować skrupulatnie nazwiska swoich pacjentów, z danymi osobistymi i wstępną diagnozą. Są tam przedstawiciele wszystkich stanów i profesji. Do końca 1950 r. zgromadził w nim ok. 350 nazwisk. Niektóre pojawiają się jeszcze w całej dekadzie, inne pod koniec lat 60. Tych najbardziej opornych leczył czasem kilka, kilkanaście i więcej lat. Przez to zawiązywały się niebywale poufne, bliskie więzi. Kiedy taki pacjent czy pacjentka dowiedzieli się o stanie zdrowia Kępińskiego - przychodzili do kliniki, kiedy nie byli wpuszczani - pisali listy, wiersze. Długo po śmierci męża otrzymywała je wdowa, razem z ofertami przyjaźni i pomocy.
Poza pacjentami tak naprawdę nikt wcześniej nie pisał o Kępińskim. Z jednym wyjątkiem: Roman Ingarden pisząc O poznawaniu cudzych stanów psychicznych w dziele pt. U podstaw teorii poznania (1971 r.) oparł się na Kępińskim. Dopiero po śmierci zaczęto rozpisywać się o nim i o jego twórczości.
Wieloletnie starania o wydanie Rytmu życia (pierwotnie pod innym tytułem) uwieńczyła najpierw pozytywna odpowiedź dyrektora Wydawnictwa Literackiego Andrzeja Kurza (jednym z recenzentów był znany pisarz Jerzy Broszkiewicz), a niedługo potem do kliniki nadszedł jeszcze jeden list, datowany 12 VI 1971 r. - na pewno jeden z najmilszych listów imieninowych:
Drogi Panie Docencie,
ruszyliśmy już na dobre z Pana książką. Cieszę się, że wszystko jakoś leci bez przeszkód. Tekst jest już prawie w całości przepisany, a ja zabrałem się do przystosowania przypisów i bibliografii do naszych wysokich wydawniczych wymagań. Bardzo bym chciał i sądzę, że mi się to uda z pomocą Bożą oraz Jasia Masłowskiego, aby ten tekst z początkiem lipca lub w połowie tegoż miesiąca znalazł się w drukarni. Spowoduje to rzecz jasna także skutki finansowe dla Pana Docenta - Wydawnictwo będzie zmuszone wypłacić kolejną zaliczkę.
Z okazji imienin przesyłam najlepsze życzenia od siebie,
żony oraz grona wielbicieli (i wielbicielek) z Wydawnictwa.
Łączę serdeczne pozdrowienia
Józef Pociecha
Przygotowanie do druku w tych czasach trwało bardzo długo, książka była włączona do "planu" na rok 1972. Kępiński nie doczekał już jej egzemplarzy sygnalnych - zostały wysłane do autora w dniu jego śmierci (8 VI 1972 r.).
Skorpion
Nie powinno się wierzyć, a nawet zaglądać do horoskopów. Z myśleniem racjonalnym nie mają przecież one żadnego związku. Ale kiedy się zna czyjąś datę urodzin (18 XI 1918 r.) czasem trudno powstrzymać się od pokusy. Bo może istnieją jednak inne, magiczne, pozaracjonalne wyjaśnienia faktów, których nie rozumiemy? Kępiński urodził się jako Skorpion. Nie wszystko z charakterystyki tego znaku pasuje do jego postaci i drogi życiowej. Ale pewne zbieżności są jednak zadziwiające. W jednym z popularnych tekstów można wyczytać m.in.: "Skorpiony to osoby odważne i skryte. Dzięki cierpliwości i wielkiej sile psychicznej z łatwością osiągają swoje cele. (...) Olbrzymie zasoby cierpliwości pozwalają Skorpionom czekać nawet latami na realizację pragnień. Marzenia ich nigdy nie są przeciętne. (...) Życie nie szczędzi im trudnych sytuacji i ciężkich przeżyć, nie mają więc Skorpiony złudzeń". Pewien specjalista od astrologii podkreślał magnetyczną i prześwietlającą delikwenta na wylot siłę wzroku - przed Skorpionem nic się nie ukryje, człowiek, na którego patrzy Skorpion, czuje się nagi i bezbronny. Muszą być kierownikami w zespole, a tym, którzy im podpadną, potrafią dać wycisk bliski okrucieństwu. "Dzięki takiemu wyciskowi nauczyłam się bardzo dużo, zrobił ze mnie dobrego lekarza" - podkreśla w rozmowie prof. Maria Orwid, wybitna specjalistka od zaburzeń nerwicowych dzieci i młodzieży. Nie daj Boże, kiedy docent Kępiński przyłapał asystenta drzemiącego na dyżurze. Dodatkowy referat na zebraniu był pewny, i to ze źródeł obcojęzycznych. Ale jak ktoś musiał załatwić swoje niecierpiące zwłoki sprawy - pojechać na ślub kuzynki czy komunię siostrzeńca - można było zawsze prosić go o zamianę dyżurami.
Profesor, zdaniem Marii Orwid, nie był Świętym Antonim, choć taki portret Kępińskiego (w sandałach na bosych stopach) uwiecznił w swoich wspomnieniach ks. Józef Tischner. Był natomiast człowiekiem niezwykłym i wyjątkowym lekarzem.
---------------------------
W Księgarni Nowego Dziennika są do nabycia
dwie książki Antoniego Kępińskiego:
Rytm życia, Wydawnictwo Literackie, Kraków 2001, s. 390
plus noty bibliograficzne, cena 20 dol.;
Autoportret człowieka, Wydawnictwo Literackie, Kraków
1998. s. 322, cena 12 dol.
W przypadku zamówienia z wysyłką do ceny prosimy doliczyć
6,50 dol.
|