PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 9 czerwca 2006


Nie godzę się z tezą,
że świat jest bezradn

Z Leopoldem Ungerem rozmawia Agata Kłopotowska

Leopold Unger (ur. w 1922 r. we Lwowie)

W czasie II wojny światowej przebywał w Rumunii. W Polsce pracował jako dziennikarz w Życiu Warszawy. Od 1969 na emigracji w Belgii, gdzie publikuje w dzienniku Le Soir. Był stałym współpracownikiem paryskiej Kultury, Radia Wolna Europa oraz sekcji polskiej radia BBC. Od 1990 roku jest publicystą Gazety Wyborczej.
Dwukrotnie wyróżniony Nagrodą im. Juliusza Mieroszewskiego. Jest autorem, m.in.: Le Grand Retour (współautor Christian Jelen, 1977), Orzeł i reszta (1986), Z Brukseli (1991), Intruz (2002) oraz Wypędzanie szatana (2005).

 

Pana najnowsza książka "Wypędzanie szatana" (Lublin, 2005) powstała po części, jak to Pan wyznał, "z pychy, z narcyzmu, z megalomanii, z przeświadczenia, że trzeba po sobie coś zostawić"...

Uczciwie powiedziane.

Ale nie jest chyba przypadkiem, że ukazanie się wyboru Pana tekstów pisanych w okresie przeszło 30 lat do paryskiej "Kultury" zbiega się z obchodami Roku Jerzego Giedroycia?

Naturalnie. Pomysł książki jest dawny, ale proces jej tworzenia i wydania został przyśpieszony przez okoliczności rocznicowe. Książka ta miała jak dotąd właściwie tylko jedną poważną recenzję w Tygodniku Powszechnym. Jest to tym dziwniejsze, że jest to rzecz dziennikarska - zbiór płodów pracy jednego z kolegów dziennikarzy. Podobnie było z Intruzem, moją autobiografią. Intruz rozszedł się co prawda jak na polskie standardy zupełnie dobrze, ale moje rozczarowanie wynika z zupełnego braku zainteresowania szkół dziennikarskich, a przecież obie te książki mają wartość z punktu widzenia historii polskiej prasy.

Jeśli chodzi o Kulturę, to sytuacja jest ewidentna: dzisiejsze pokolenie pojęcia nie ma, co to było za pismo, kto to był Giedroyc, nie mówiąc już o jego współpracownikach. Żałuję, że tak się dzieje, ale jak mawiali starożytni Rzymianie, książki mają swoje losy. Moje także je mają.

Postać Jerzego Giedroycia - pomnikowa dla kultury polskiej - jest też chyba bardzo ważna dla Pana osobiście. Napisał Pan, że współpraca z "Kulturą" była "najważniejszą przygodą życia".

Dla mnie Giedroyc to nie jest żaden pomnik, tylko człowiek o pewnych szczególnych cechach charakteru, obdarzony niewątpliwym talentem redaktorskim. Ceniłem w nim jego prawość, jego filozofię życia. On miał jasno określone priorytety, które sprowadzały się do szeregu spraw, z wyjątkiem jednej rzeczy, a mianowicie jego własnego interesu. To był człowiek, który mógłby być dzisiaj wzorem postawy, której w Polsce tak bardzo brak. Co różni męża stanu od zwykłego polityka? Polityk myśli o swoim interesie na jutro, a mąż stanu myśli o przyszłych pokoleniach.

Czy się Panowie bardzo różnili, spierali?

Odpowiedź nie jest prosta. Oczywiście różniliśmy się, ale choć Giedroyc jak każdy redaktor interesował się problematyką międzynarodową, a więc tą, którą ja analizowałem jako "Brukselczyk", to nie był to dla niego priorytet. Fundamentem Kultury i w ogóle Maisons-Laffitte, czyli działalności tego grona zgromadzonego wokół Redaktora, były zawsze sprawy polskie, o których ja wypowiadałem się bardzo rzadko, przynajmniej przez cały okres zimnej wojny. Po prostu za mało wiedziałem, aby się za te zagadnienia brać. Potem, po 1989 r. było troszkę inaczej, bo zacząłem do Polski jeździć i przyglądać się sytuacji z bliska, ale też to nie była moja specjalność. A w dziedzinie polityki światowej Giedroyc zostawiał mi ogromne pole do popisu.

I nigdy nie odrzucił żadnego Pana tekstu?

Nigdy. Obracaliśmy się na różnych orbitach i dlatego bardzo rzadko mogło rzeczywiście dojść do takiego spięcia, żeby między nami zaiskrzyło. Nigdy w moje teksty nie ingerował. Sądzę zresztą, że on w ogóle albo drukował, albo nie drukował, ale bardzo rzadko cenzurował. Natomiast często był innego zdania. Na tym zresztą polega jakość wielkiego redaktora, że drukuje teksty autorów, którzy mają coś ciekawego do powiedzenia, ale z którymi niekoniecznie się zgadza. Do większych sporów - to wiem na pewno, bo byłem ich świadkiem - dochodziło między Giedroyciem a Juliuszem Mieroszewskim w sprawach polskich. To widać zresztą wyraźnie w ich korespondencji. W wielu rozmaitych punktach historycznych panowie ci znacznie się różnili oceną sytuacji. Wypracowywali wtedy kompromis, który był drukowany jako głos Kultury.

A zna Pan kulisy konfliktu Redaktora z Gustawem Herlingiem-Grudzińskim?

Giedroyc mówi o tym dosyć szeroko w swojej autobiografii i właściwie trzeba stamtąd czerpać wiedzę. Ja nie znam prawdy. Giedroyc był bardzo skryty, zwłaszcza w takich sprawach. Nie przywiązywałbym jednak do tego konfliktu wielkiej wagi. Takich "rozwodów" w historii literatury było wiele. Jest rzeczą zupełnie naturalną, że między ludźmi tej klasy dochodzi do ostrych sporów. Nie ma co ukrywać, że to byli ludzie o dosyć wrażliwej ambicji własnej, podobnie jak Jan Nowak-Jeziorański. Emigracja zrodziła wybitne jednostki. A jak człowiek jest wybitny, to musi być w nim trochę pychy, nawet jeżeli tego nie okazuje. Bo Giedroyc, na przykład, nigdy się nie afiszował, choć nazywano go "Księciem". To byli ludzie, którzy czuli się odpowiedzialni za Polskę. Ja nie miałem poczucia misji ani powołania. Wykonywałem swoją robotę dziennikarską. A ci panowie wszystko robili z myślą, jak Polskę ratować, jaka ta Polska ma być.

Biografię ma Pan ciekawą, burzliwą - biografię wygnańca i tułacza ze środkowej Europy. Który z okresów życia darzy Pan największym sentymentem? Który z tych okresów pod względem zawodowym przyniósł Panu najwięcej zadowolenia?

Jeśli chodzi o sentymenty, odpowiadam bez namysłu: to jest moje dzieciństwo, moja młodość. Lwów i rodzina...

W czasie wojny z całej rodziny
tylko Pan ocalał...

Starszy brat Leon przeszedł gułag. Zginął pod Bolonią w styczniu 1945 r. jako żołnierz II Korpusu Wojska Polskiego. Rodzice i bliscy trafili do getta. Ślad po nich zaginął.

W "Intruzie" napisał Pan, że kiedy "Lonek ginął pod Bolonią, nasi rodzice i jego żona już dawno nie żyli. Ich grobów nie ma. Ostał się tylko grób Lonka"...

W pewnym stopniu, bo te rzeczy trzeba oddzielić, po całkowitej utracie rodziny, po zamordowaniu mojej młodości, zakładając własną rodzinę, bardzo udaną, "odkułem się". Jestem dzisiaj starszym panem i właściwie moją największą radością są nie moje sukcesy zawodowe, ale mój klan Ungerów.

Co do sukcesu zawodowego, bardzo ciężko byłoby wskazać jakiś jeden najważniejszy okres. Z jednej strony, satysfakcję z dobrze wykonanej roboty dało mi na pewno pisanie dla Kultury. Jeżeli chodzi o sukces mierzony zasięgiem, to nic się nie da porównać z wielkością odbioru Radia Wolna Europa. Miałem wówczas miliony słuchaczy. Z drugiej strony, fakt, że po wyrzuceniu mnie z Polski, kiedy na początku 1969 r. znalazłem się w Brukseli, niemal od razu, mimo tych wszystkich trudności, o których pisałem, dostałem się do bardzo dużej gazety zachodniej, na pewno jest czymś niezwykłym. No i pozycja, jaką zdobyłem w Le Soir jako specjalista od tematyki zimnowojennej, to bardzo w mojej karierze istotne. Wreszcie International Herald Tribune, dzięki któremu docierałem do decydentów świata. Nie da się wyróżnić jednego okresu. Jedno z drugim jest powiązane. Gdybym nie miał szkoły Kultury czy Radia Wolna Europa, gdybym nie miał zaplecza, to przygoda z Le Soir mogłaby się nie udać. Moja przewaga polegała na tym, że miałem źródła i że rozumiałem te źródła lepiej niż moi konkurenci, niż inne zachodnie gazety. W ten właśnie sposób dostałem się do International Herald Tribune. Redakcja ta dostrzegła, że jest autor, jakiego przy ogromnej gamie swoich autorów nie miała. Na tej samej zresztą zasadzie stamtąd wyleciałem, kiedy jako autor przestałem im odpowiadać.

Pański głos stał się niewygodny...

Tak, dla ówczesnego redaktora naczelnego, który był typowym produktem lewicy amerykańskiej. Uznawał konieczność współpracy ze Związkiem Sowieckim, jako trwałym elementem porządku świata. A mnie uważał za "zimnowojennego kolumnistę".

Wracając do mego życia zawodowego, nie tworzyłbym tu osobnych kategorii. Los mnie trochę czołgał, ale dzięki temu zdobywałem doświadczenie i miałem sporo zawodowych przygód. I nadal jestem zawodowo czynny. Piszę dla Le Soir i Gazety Wyborczej raz na tydzień. A do tego ciągle pisuję też ą la carte - jak się coś ważnego dzieje.

Należy Pan do nielicznych publicystów upominających się o Czeczenię, która powinna być wyrzutem sumienia dla całego świata. Niemal na naszych oczach dokonuje się tam ludobójstwo.

Uważam, że to jest przede wszystkim hańba Rosji i niestety, trzeba powiedzieć, Rosjan, bo nie ma wśród nich masowego odruchu sprzeciwu wobec mordów w Czeczenii, a to przecież robią ich dzieci.

Budzi więc Pan świadomość wśród czytelników, ale na Putina Pan nie wpływa.

Owszem, jak się niedawno okazało, wpływam: w najgorszym sensie, bo mnie Putin wyrzucił z Rosji. Ambasada rosyjska w Brukseli rozesłała do wszystkich redakcji w Belgii komunikat, że "Pol Mathil (alias Leopold Unger) ma zakaz wstępu na terytorium Federacji Rosyjskiej". Napisałem w Gazecie Wyborczej, że jest to beznadziejna próba zakneblowania niewygodnego dziennikarza, znak nędznej zemsty i jednocześnie wielkiej słabości supermocarstwa.

Jest Pan chyba człowiekiem upor-czywej, ciężkiej pracy.

Dużej pracy - tak, ale nigdy ciężkiej i uporczywej.

Bo Pan lubi to, co robi? Polityka to Pana pasja?

Tak, zawsze mnie interesowała. A z dziennikarstwem politycznym jest jak z muzyką. Dobry muzyk dochodzi do pewnego momentu, w którym technikę ma tak opanowaną, że problemem jest tylko interpretacja. Dziennikarstwo jest na pograniczu sztuki. Nie mówię tu o prezenterach telewizyjnych, ale o analitykach, komentatorach, publicystach gazetowych. Dla nich kwestia napisania artykułu to nie jest problem, ale co w tym artykule ma być. Jak zagrać ten temat, to jest pytanie dla prawdziwego publicysty.

Poproszę zatem Brukselczyka
o ocenę stanu dzisiejszej Europy.

Europa jest kolosalnym sukcesem gospodarczym. W bardzo wielu kwestiach jest też sukcesem politycznym. Na przykład stworzenie strefy euro, a więc doprowadzenie takich państw, jak Francja czy Niemcy, do rezygnacji z symbolu ich tożsamości i suwerenności, jakim był dla nich frank francuski czy marka niemiecka - to jest wielki przełom. Dalej, układ z Schengen, to, że jeździmy po Europie bez granic, to, że dzisiejsza młodzież korzystać może z rozmaitych stypendiów - to jest wspaniała szansa dla tego pokolenia. Oczywiście są także w Europie poważne problemy. Liberalizm, który sobie nie radzi, niewidzialna ręka rynku nie potrafiła załatwić paru rzeczy, takich np. jak bezrobocie, które w Polsce sięga 20%. Unia Europejska nie ma ciągle wspólnej polityki zagranicznej i obronnej. To jest przejaw kryzysu, ale nie Europy, lecz paru polityków.

Czytając "Wypędzanie szatana" zwróciłam uwagę na tekst z 1991 r. pt. "Brunatne ekrany", w którym pisze Pan o wyborczych sukcesach skrajnych partii prawicowych we Francji i w Belgii. Wymienia Pan problemy, z którymi boryka się Europa, m.in. problem imigrantów, którzy się nie integrują i spotykają z niechęcią ze strony rodzimych Europejczyków. Przyznaje Pan w tym kontekście, że Le Pen stawia dobre pytania, ale udziela na nie fatalnych i niebezpiecznych odpowiedzi. Stwierdza Pan też, że "nic nie wskazuje, aby miałoby być lepiej...". I rzeczywiście, minęło 15 lat, konflikty się zaostrzyły. Międzynarodowy terroryzm się nasilił. Czy Europa poradzi sobie z tymi zagrożeniami?

Na pewno sobie poradzi. Pytanie tylko, za jaką cenę. Do zamachów terrorystycznych w Madrycie i Londynie nie doszło dlatego, że nie udała się integracja imigrantów. Jednakże istnieje niewątpliwie - ja tej tezy bronię przeciwko ogromnej rzeszy moich konkurentów - wojna cywilizacji. I są cywilizacje lepsze i gorsze, wbrew temu, co mówią mędrcy. Ja wolę cywilizację naszą od cywilizacji, która dyskryminuje kobiety czy w ogóle usuwa je z życia publicznego. Wolę cywilizację zgody, wolną od fanatyzmu oraz kultu śmierci i męczenników. Uważam, że cywilizacja Europy, mimo wszystkich swoich wad, jest lepsza i bardziej ludzka, i bardziej obiecująca aniżeli ustroje feudalnych szyitów, którzy trzymają ludzi w okropnej nędzy. Poza tym cały świat powinien się zmobilizować, aby uniemożliwić Korei Północnej sięgnięcie po broń nuklearną, która znalazłaby się w ten sposób w rękach fanatyków...

O tym zagrożeniu mówił niedawno André Glucksman, który ostrzega, że wiek XXI będzie gorszy niż wiek XX. Z kolei współczesna Kasandra, Oriana Fallaci straszy, że stoimy na skraju katastrofy, że nadchodzi koniec cywilizacji europejskiej.

Ona jest histeryczką, ale ja nie podzielam tego na nią ujadania. Można oczywiście nie zgadzać się z wnioskami Fallaci, ale ona sygnalizuje niebezpieczeństwo. Po 11 września 2001 r. nie było możliwości przesadzenia. Stało się coś, co uzasadniało podniesienie alarmu. Wszystkie alarmy są dobre, jeżeli rzeczywiście w jakiś sposób budzą ludzi.

Czy Europie grozi za kilkadziesiąt lat muzułmańska teokracja?

Oczywiście, że nie! Ale niewątpliwie grozi nam zaostrzenie konfliktu cywilizacyjno-kulturowego i temu trzeba koniecznie zapobiec. Nie godzę się z tezą, że świat jest bezradny. To jest katastrofizm. Nie uważam, aby ten nasz obecny demokratyczny świat nie był zdolny zapobiec konkretnemu niebezpieczeństwu. Środki są, potrzeba tylko paru myślących ludzi.

(wywiad nieautoryzowany)

-------------------------

Leopold Unger, Wypędzanie szatana, Wyd. Uniwersytetu Marii Curie-Skłodowskiej, Lublin 2005, s. 440, cena 38 dol. plus 6,50 dol. porto w przypadku zamówienia z wysyłką. Książka do nabycia w Księgarni Nowego Dziennika: www.ksiazkionline.com, tel. 212-594-2386, email: ksiazki@dziennik.com.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail