JERZY R. KRZYŻANOWSKI
Kronikarz
znamienity
Sześć
czy siedem lat temu zwrócił się do mnie dr Józef Garliński,
prezes Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie, z prośbą o przejęcie
redakcji Pamiętnika Literackiego, oficjalnego organu
Związku. Propozycję przyjąłem i zarzuciłem sieć najszerzej,
jak umiałem, pragnąc zaprezentować wszechświatowy zasięg naszej
organizacji. Nie udało mi się niestety dotrzeć do Chińczyków,
których teksty kiedyś drukowałem w Pamiętniku, ale
pozostałe cztery kontynenty dostarczyły dostateczną liczbę
wysokiej klasy prac, wystarczającą na stworzenie istotnie
reprezentacyjnego tomu. Znalazł się wśród nich artykuł z Brazylii,
napisany przez członka i laureata nagrody Związku Krzysztofa
Głuchowskiego (na zdjęciu), zatytułowany "Nasz przyjaciel
komputer" (Pamiętnik Literacki, t. XXVI, 2001, s. 103-115).
Dzisiaj, mając przed sobą świeżo wydaną książkę Stryj Lech
Głuchowski, opublikowaną przez Oficynę Komputerową
Krzysztofa Głuchowskiego w Rio de Janeiro, sądzę, że warto
do tego artykułu wrócić.
"Oczywiście komputer to nie tylko wymyślna maszyna do pisania - powiada Głuchowski - ale wśród wielu innych rzeczy daje on nam możliwość składania własnych książek. W wypadku pisarza polskiego żyjącego w odosobnieniu na drugim końcu świata komputer jest rzeczą wyjątkowo cenną" (s. 111). Wylicza następnie ogłaszane przez swoją Oficynę Komputerową od 1995 r. książki, niektóre w bibliofilskich, liczących po 20 numerowanych egzemplarzy wydaniach i inne, przygotowane na komputerze w Rio de Janeiro do "prawdziwego" druku, co w sumie zamyka się imponującą liczbą "ponad 12 000 stron przepuszczonych przez drukarkę komputerową plus ponad 420 ręcznie oprawionych egzemplarzy", jak wspomniał w ostatnio pisanym do mnie liście. A w przywołanym artykule trafnie podsumowuje znaczenie "naszego przyjaciela", pisząc: "Stąd może najbardziej dramatyczny moment w naszych przeżyciach z komputerem to chwila, gdy po raz pierwszy połączyliśmy się z Internetem, tą wspaniałą, wielką siecią obiegającą kulę ziemską. Przed nami na ekranie pojawiło się okno na świat. Dla nas, piszących po polsku z dala od kraju, jest ono specjalnym błogosławieństwem. Nagle nie jesteśmy już od niego tak daleko, a i cała nasza diaspora emigracyjna bardzo się do nas przybliża. Nie jesteśmy już tacy samotni" (s. 112).
Początki działalności tego niezwykłego przedsięwzięcia, jakim jest jednoosobowa Oficyna Komputerowa, były nader skromne. Urodzony w 1926 r. Krzysztof Głuchowski jako chłopiec znalazł się w szeregach warszawskiej konspiracji Armii Krajowej, wziął czynny i chlubny udział w powstaniu, potem poprzez służbę w II Korpusie trafił do Anglii, gdzie ukończył studia techniczne, nie tracąc z oczu ideałów młodości, mógłby bowiem powtórzyć za innym uczestnikiem powstania, Januszem K. Zawodnym: "Te lata mojego życia 1940-1949 dały mi dwa cele: widzieć Polskę bez terroru i uczyć się. Wiedziałem bowiem, że jako mechanik na wygnaniu nie znajdę sprawiedliwości dla Kraju" (Motyl na śniegu, 2004, s. 18). Podobnie jak wielu żołnierzy AK tego pokolenia, Głuchowski nie zadowolił się tytułem inżyniera i pracą zawodową, ale stał się jednym z czołowych twórców najbardziej bodaj trwałego osiągnięcia wojennej emigracji, mianowicie Polskiego Ośrodka Społeczno-Kulturalnego (POSK), który do dzisiaj służy w Londynie tysiącom najnowszych emigrantów w XXI wieku. Po przeniesieniu się na stałe do Brazylii postanowił poświęcić się dziennikarstwu i - korzystając z imponującego archiwum rodzinnego - pisaniu sagi zasłużonej rodziny Głuchowskich. I tu szukać należy pomysłu wykorzystania komputera do twórczej pracy pisarskiej.
Praca ta nie od razu miała charakter kronikarski, bowiem jeszcze w czasie, gdy mieszkał w Londynie, Głuchowski odnalazł roczniki wydawanego przez Dickensa tygodnika All the Year Round, w których wyszukał nieznane dotychczas polonika, a mianowicie serię artykułów niezidentyfikowanego dotychczas angielskiego autora na temat powstania styczniowego. Jedenaście artykułów Dickensa wraz z dwoma napisanymi przez innego autora i trzema pióra Rafała Tugendholda Głuchowski przełożył na polski i wydał w bibliofilskim nakładzie w swojej Oficynie w latach 1995-2002, egzemplarze przesyłając m.in. do Biblioteki Polskiej w Londynie, Biblioteki Narodowej, Biblioteki Jagiellońskiej, Biblioteki Ossolineum i Archiwum Emigracji przy Uniwersytecie Mikołaja Kopernika w Toruniu. Jedną z inspiratorek tego przedsięwzięcia była Maria Danilewicz Zielińska, długoletnia kierowniczka Biblioteki Polskiej w Londynie, na której ręce Głuchowski zawsze posyłał pierwszy egzemplarz, co odbiorczyni - znakomita znawczyni pięknych książek - z wdzięcznością kwitowała pisząc m.in.: "Czuję się dumną posiadaczką egzemplarza Nr 1 bibliofilskiego wydania Wstążki Zofii, życzę drugiego nakładu i dalszych tytułów. Takie niskonakładowe perełki robią na odbiorcach większe wrażenie od masowych, źle rozprowadzonych książek. Znakomity pomysł i bardzo staranne, wzorowe wykonanie. Wyobrażam sobie, że pochłonęło masę czasu i energii - ale warto!" (list z 15 stycznia 1996 r.). A w pięć lat później dodawała: "To już dokumenty zasługujące na utrwalenie wraz z wieloma wcześniejszymi w formie książkowej" (list z 9 grudnia 2001 r.). Po wydaniu kilku następnych pozycji podobnie wysoko ocenił te publikacje Jerzy Giedroyc. Nadmienić trzeba, że Głuchowski jest autorem bogato ilustrowanej i nadzwyczaj starannie wydanej w 2005 roku przez Oficynę Wydawniczą PHU - Lars-Antyki we Włocławku książki Czarodziej polskiego słowa. Maria Danilewicz Zielińska (1907-2003), zawierającej wspomnienia autora o jego wieloletniej mentorce.
Były to jednak dopiero początki właściwych zainteresowań autora. Cztery lata po ogłoszeniu pierwszych czterech tytułów z All the Year Round przystąpił Głuchowski do publikacji fragmentów historii znacznie mu bliższej, bo osobistej, a mianowicie wspomnień z młodzieńczej służby w AK. Ukazały się zatem, znowu w wydaniu bibliofilskim, tym razem ilustrowanym, dwie pozycje: W kompanii kadeckiej Armii Krajowej (1999) i Akcja Wilanów (1999), mające wprawdzie autobiograficzny charakter, ale nie ograniczone tylko do przeżyć autora, sięgały bowiem znacznie szerzej - od wprowadzenia postaci jego matki aż po najszerzej ukazane tło wilanowskiego świata lat okupacji, włącznie z rodziną Branickich, kolegami, społeczeństwem. Mimo miniaturowego formatu (liczyły po 18 i 20 stronic każda) stanowiły solidny początek tego, co z czasem urosnąć miało do rozmiarów wiernej kroniki rodzinnej.
Na razie jednak kontynuował tłumaczenia z tygodnika Dickensa, które z czasem udało się rozszerzyć o solidne studium epoki i wydać pod jedną okładką jako dwujęzyczną, liczącą ponad 500 stron druku książkę Dickens and Poland / Dickens i Polska (2003). Złożona komputerowo w Rio de Janeiro, wydana została przez Akademię Polonijną w Częstochowie i stanowi ważny przyczynek historycznoliteracki do dziejów stosunków polsko-angielskich.
Lata 2001-2002 stanowią wyraźną granicę między dotychczasową działalnością Oficyny Komputerowej a dalszym jej rozwojem. W roku 2001 obok czterech pozycji z serii dickensowskiej ukazuje się bibliofilska publikacja Dziadek Ziółkowski, rozpoczynająca cykl sagi rodzinnej, mającej w ciągu następnych lat pięciu zaowocować szeregiem publikacji z tej serii, wydanych zarówno jako książeczki bibliofilskiego formatu, jak i obszerne, chciałoby się powiedzieć, pełnoksiążkowe pozycje. I podczas gdy wśród pierwszych znalazły się Wspomnienia dziadka (2005) i wydana ostatnio Stryj Lech Głuchowski (2006), Polska Fundacja Kulturalna w Londynie opublikowała dwie obszerne (liczące ponad 300 stronic każda) pozycje: W polskim Londynie 1947-1970 (1999) i Śladami pradziadów (2001). Obie te książki, podobnie jak Dickensa, omawiałem w Przeglądzie Polskim wkrótce po ich kolejnych wydaniach, sądzę jednak, że dzisiaj, w tym pewnego rodzaju podsumowaniu osiągnięć autora i jego niezwykłego wydawnictwa, warto do nich raz jeszcze wrócić. Na razie dodać jeszcze warto, że w Oficynie Komputerowej złożył Głuchowski teksty trzech książek w języku portugalskim, napisanych przez jego żonę, Brazylijkę.
Przyzwyczajonym do istniejących w kraju, zwłaszcza w czasach PRL, wieloosobowych zespołów redakcyjnych (redaktor naczelny, redaktor prowadzący, redaktor techniczny, ilustrator, korektor, inspektor produkcji, kierownik drukarni, zecer, metrampaż, drukarz, kierownik handlowy, księgarz i ilu by ich tam jeszcze nie było...) trudno uwierzyć, że jeden człowiek, działający w całkowitym niemal oderwaniu od centrów polskiego życia, samotny, wpatrzony w ekran "przyjaciela komputera" potrafił osiągnąć tak wiele. Jest to zasługą nie tylko pracowitości i wytrwałości, ale także umiejętności zorganizowania sobie warsztatu pracy, nieodzownego zwłaszcza w pisarstwie typu historycznego. Miał bowiem Głuchowski wyjątkowe w naszym pokoleniu szczęście ocalenia archiwów rodzinnych, które w większości przypadków członkom wojennej generacji, zwłaszcza warszawiakom, przepadły bez śladu. Dzięki wyczuleniu na historię (nie tylko rodzinną) Głuchowscy wykazali niezwykłą wprost dbałość o zachowanie dokumentów, listów, fotografii i innych pamiątek rodzinnych, a fakt ukrywania ich m.in. poza Warszawą dopomógł w przetrwaniu tych jakże dziś rzadkich śladów przeszłości. Krzysztof Głuchowski stał się godnym dziedzicem tego spadku, a talent i umiejętność przetworzenia dokumentacji w publikacje pozwoliła mu na napisanie książek o trwałej wartości historycznej.
Jako przykład staranności połączonej z przysłowiowym łutem szczęścia przytoczyć warto dzieje ostatniej publikacji Oficyny Komputerowej, a mianowicie opowieść o stryju autora, Lechu Głuchowskim. We Wprowadzeniu czytamy: "Książka ta składa się z dwu części. Pierwszą stanowią listy mojego ojca z Niemiec, gdzie przebywał w obozie byłych jeńców wojennych niedaleko Lubeki. Jeszcze będąc w 2gim Korpusie we Włoszech, poprosiłem go, aby opisał mi życie stryja Lecha. Uczynił to w listach, które otrzymałem, gdy już byłem w Anglii. Opowiadanie pisał z pamięci. (...) Drugą częścią są moje własne wspomnienia o stryju. Miałem siedemnaście lat, gdy stryj Lech poległ, toteż są one pisane tak, jak widziałem stryja jako dziecko i siedemnastoletni chłopiec. Obie części uzupełniłem fotografiami z moich zbiorów" (s. 5).
Można tylko podziwiać i zazdrościć zarówno dbałości ojca autora o utrwalenie na piśmie historii rodziny, jak fotograficznej niemal pamięci młodego wówczas Krzysztofa czy wreszcie szczęśliwego ocalenia z warszawskiej pożogi bezcennych fotografii majora Lecha Głuchowskiego, poległego na Mokotowie w połowie września 1944 r.
Tę dbałość o historię zasłużonej rodziny Głuchowskich zademonstrował autor w wydanej uprzednio książce Śladami pradziadów, w której starannie przedstawił swą powstańczą epopeję, rzutując ją na tło historyczne sięgające epoki napoleońskiej i powstania listopadowego, za udział w którym jego antenaci otrzymali najwyższe polskie odznaczenia wojskowe - Krzyże Orderu Virtuti Militari. Nic też dziwnego, że to właśnie "śladami pradziadów" podążył młody Krzysztof w okresie okupacji i podobnie jak oni nie tylko szczytnie się odznaczył, ale pozostał na emigracji, dając tym samym jedno jeszcze świadectwo powtarzalności polskich losów.
Świadectwo to utrwalone zostało drukiem w jego książce W polskim Londynie 1947-1970, będącej dokumentem całego pokolenia żołnierzy AK, których powstańcze losy zaprowadziły za granicę. Znalazłszy się w otoczeniu harcerzy-rówieśników, mających potem tak chlubnie się zapisać w historii Polski jako prezydenci RP, Kazimierza Sabbata i Ryszarda Kaczorowskiego czy wiceprezesa Kongresu Polonii Amerykańskiej Kazimierza Łukomskiego, młody Głuchowski przeżywał lata 50. i 60. z oczyma szeroko otwartymi, a że był wyczulony na historię, swoje obserwacje pilnie musiał notować, skoro później potrafił odtworzyć niepowtarzalny klimat "polskiego Londynu". Ta książka jest nie tylko świadectwem, ale dokumentem bohaterskiego pokolenia, które tak szczytnie zapisać się miało nie tylko jako żołnierze, ale na emigracji jako głęboko patriotyczni działacze na rzecz Polski. Ma ona dzisiaj specjalną wartość, gdy porówna się ich dzieje z emigracją zarobkową od paru lat zalewającą Anglię, ale czy nowi emigranci potrafią z niej korzystać? Czy w ogóle zechcą ją wziąć do ręki? A warto, naprawdę warto...
|