Przegląd Polski 19 maja 2006
- Mój bohater wybiera między dobrem a złem. Z Feliksem Falkiem rozmawia Aleksandra Słabisz
- Profesor Julian Krzyżanowski. W 30. rocznicę śmierci - Magdalena Bajerk
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Wolę klękające autobusy
Nie wiem, kto pierwszy sformułował tę odkrywczą myśl, że do wszystkiego w życiu trzeba dorosnąć. Chyba sędziwy Pan Bóg, skoro wypędził z raju niedojrzałą parę głuptasów. Trzeba dorosnąć do zrywania owoców z drzewa mądrości, w tym także pisania, rządzenia, kochania, a nawet chorowania i cierpienia. Ludowa mądrość każe polskim chłopom - nie tylko tym z Konopielki Edwarda Redlińskiego - poczekać na podrośnięcie "żenidła", zanim dadzą się złowić w sidła żeniaczki. Teraz jakoś przestali słuchać matki natury i pchają się do rządzenia, choć im "rządzidło" jeszcze nie urosło (mam nadzieję, że mi kolega z redakcji Kontrastów wybaczy ten neologizm, zbudowany wszak na podobieństwie, a nie kontraście).
Rządzidło to zbiór cech i przymiotów ducha, ciała i rozumu, które umożliwiają rządzenie. Nasz przodek homo pitekantropus rządził jedynie kamienną maczugą i jakoś przeżył. Polski chamo pitekantropus wymachuje w Sejmie zwiniętą w rulonik maczugą ustawy i wydaje mu się, że ustawi Polskę. A on ją jedynie odstawi - na dobre kilka lat od mlecznej piersi Europy. Aby rządzić społeczeństwem tak doświadczonym i nieźle wykształconym jak społeczeństwo polskie, nie można być duchowym karłem. Nie zamierzam szydzić z fizycznych wymiarów dwóch takich, co ukradli księżyc (zdaje się, że Amerykanom), chodzi mi o ich wymiar duchowy, czyli klasę i wiedzę. Oraz wyobraźnię. Mądrość ludowa przestrzega: daj małemu rządy, to cię urządzi. Nie urosło im rządzidło, ale apetyt na pełnię władzy rośnie w miarę jej zagarniania i pożerania. A ludziom rośnie gula w gardle i syczą przez zaciśnięte zęby. Dzwoni do mnie z Warszawy mój student Jacek K., a w jego głosie słyszę razem i zawstydzenie, i przerażenie, czyli troskę o Polskę. Wraca z Warszawy pisarka Agata T. i już na lotnisku rozkłada gazety oraz ręce w geście rezygnacji, niepewności, żalu. Przecież miało być tak pięknie, a jest tak smętnie. I szaleńczo głupio.
Dwugarbny wielbłąd polityki polskiej popełnia coraz więcej błędów. Nieślubne dzieci reżysera Jana Batorego i pisarza Kornela Makuszyńskiego - Jacek i Placek - nadal kojarzą mi się z księżycem. Zapewne z powodu księżycowej pustyni, jaką zostawiają za sobą. Ich karawana wlecze się noga za nogą, a psy szczekają coraz głośniej, lecz tym razem psy mają rację. Bo niczego dobrego nie można zbudować na chęci odwetu, kompleksach i urazach. W Polsce nie wolno groźbą, a jedynie prośbą, jak z wielbłądem. Aby wsiąść na wielbłąda, trzeba go zmusić do klękania. Ale już na nim jadąc, klęczeć nie należy, bo się spada i leży. Tymczasem naszemu dwugarbnemu się zdało, że samo klękanie w Toruniu wstrzyma polską ziemię i ruszy z powrotem słońce, by ogniem piekielnym wypaliło z jej powierzchni grzechy i ludzi przeszłości.
Tu mała dygresja. Po Toronto jeżdżą autobusy zaopatrzone w tajemnicze tabliczki Kneeling bus. Gdy na przystanku znajduje się człowiek w wózku inwalidzkim, autobus przed nim uprzejmie przyklęka, otwiera się mała rampa, człowiek na wózku wjeżdża do środka, kierowca podnosi trzy siedzenia, przypina wózek pasem bezpieczeństwa, po czym opuszcza rampę, podnosi z kolan autobus i wpuszcza resztę pasażerów. W takich razach odczuwam zwyczajną dumę z prostego faktu, że jestem częścią społeczeństwa, które klęka przed słabymi. Klękanie przed silniejszym to żadna sztuka, to nawyk wmontowany w ludzkie geny. Ale klękanie przed słabszym to cecha silnych i sprawiedliwych. Rosyjski poeta Władimir Buricz napisał genialny wiersz (cytuję z pamięci): "Autobus nie jedzie do człowieka./ Autobus jedzie do przystanku". W Polsce i w Rosji autobus jedzie do przystanku, tam człowiek jest na bardzo odległym planie. W Kanadzie autobus jedzie do człowieka. To jest podstawowa różnica między demokracją a jej skarlałą karykaturą.
Zdecydowanie wolę kraje z klękającymi przed ludźmi autobusami niż kraje klękających jak na zawołanie polityków, choć z tego klękania nic dobrego nie wynika dla spokoju podatnika. Na ulicach Warszawy stoją dziś wypalone autobusy, a Starówka, po całonocnych walkach z chuliganami, przypomina pierwsze dni powstania warszawskiego. Na piersiach polskiego orła znowu stawia ciężką łapę strach o przyszłość, zakorzeniony w zupełnie niedalekiej przeszłości. Karawana jedzie przez pustynię, psy szczekają coraz głośniej, a oazy nie widać (poza ruchem oazowym, ma się rozumieć). Dwugarbny wielbłąd desygnuje Bronisława Wildsteina na szefa telewizji. Ludność prawobrzeżna, czyli skrajna prawica, syczy przez zaciśnięte zęby: dobrze, dobrze, pogoni kota żydokomunie. Ludność lewobrzeżna zawodzi: Wildstein sam Żyd, i jak mu się noga powinie, będzie wina na winie. Czyli wszystkiemu winni będą znowu Żydzi.
Do rządzenia telewizją, a tym bardziej krajem, trzeba dorosnąć. Nie może legitymizować takich rządów sama chęć wzięcia odwetu, a przy okazji pełni władzy. Nie wystarczą buty na wysokich obcasach, obniżane (klękające?) mównice i dobieranie ministrów z użyciem krawieckiego centymetra. To nie czasy króla Łokietka. (Nie wiadomo jakie, ale na pewno nie takie).
komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail

