Przegląd Polski 12 maja 2006
- Poezja ponad kulturami - Z Ryszardem Kapuścińskim rozmawia Czesław Karkowski
- Żywot Baltazara - Zofia Sawicka
- Krzemieniec - miasto wielkiej tęsknoty - Anna Milewska-Młynik
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Krzemieniec -
miasto wielkiej tęsknoty
Choć
przed wojną Polacy stanowili w Krzemieńcu niezbyt liczną społeczność,
uważali to miasto za bastion swojej kultury. Nazywali je z
dumą Atenami Wołyńskimi, czując się budowniczymi jego świetności.
Kochali Krzemieniec i z nim wiązali swoją przyszłość.
Jednak w czasie wojny i w wyniku późniejszych politycznych układów zostali pozbawieni swojej małej ojczyzny w sensie dosłownym lub kulturowym. Każdy z nich, na swój sposób, utracił poczucie bliskości z ziemią przodków. Dotyczy to również ludzi, którzy nigdy nie opuścili Krzemieńca, ponieważ stali się obywatelami Ukrainy. Sytuacja pozostałych Polaków, związanych przed wojną z miastem, jeszcze bardziej się skomplikowała. Dla części z nich, żyjących nadal w macierzystym kraju, rodzinne strony leżą obecnie za granicą, reszta krzemieńczan przebywa na emigracji w Europie Zachodniej, Ameryce, Izraelu czy Australii, w zupełnie innym środowisku kulturowym. Jednak mimo rozproszenia ludzie ci wciąż odczuwają silną duchową więź. Irena Łaniewska z Salt Lake City (USA) w liście do polskich przyjaciół wyraziła znamienną opinię: "Na różnych zebraniach i zjazdach, lub po prostu gdy dwaj krzemieńczanie spotykają się przypadkowo w jakimś zakątku świata, o nim tylko mówimy, do niego wracamy pamięcią. W Warszawie, Poznaniu, Wrocławiu, w Londynie i Toronto, w Nowym Jorku czy w Sydney, wszędzie znajduje się ktoś z nas, kto choćby żył w najnowocześniejszym, postępowym i zamożnym kraju, dającym mu dobrobyt, zawsze nosi w zakamarkach serca obraz małego, biednego, ale malowniczo położonego i promieniującego kulturą miasta, jakim był Krzemieniec".
Powody do dumy
Czym można wytłumaczyć szczególne znaczenie nadawane temu miejscu przez ludzi, którzy opuścili rodzinne strony kilkadziesiąt lat temu? Zdaniem krzemieńczan zadecydowało o tym kilka wyróżników. Chlubili się wówczas Juliuszem Słowackim, pięknem krajobrazu i zabytkowej architektury, przede wszystkim zaś tamtejszym liceum, dzięki któremu miasto stało się prężnym ośrodkiem kultury promieniującym na południowo-wschodnie ziemie Rzeczypospolitej.
Uczelnię założono w 1805 r. z inicjatywy Tadeusza Czackiego i ks. Hugona Kołłątaja. Jej naczelnym zadaniem było realizowanie idei, by "przez uszanowanie w uczniu człowieka, przez danie mu odpowiednich warunków rozwoju umysłowego i fizycznego" wychowywać dobrych, odpowiedzialnych za swoje postępowanie, oddanych dobru publicznemu obywateli. Po upadku powstania listopadowego szkołę zlikwidowano, a jej cały majątek wywieziono do Kijowa. Reaktywowano ją dopiero w maju 1920 r. decyzją Naczelnika Państwa Józefa Piłsudskiego.
W okresie międzywojennym instytucja nosząca wspólne miano Liceum Krzemienieckiego obejmowała cały kompleks placówek oświatowych wraz z rozbudowanym zapleczem. W jego skład wchodziły: Liceum Ogólnokształcące im. T. Czackiego, Gimnazjum Spółdzielczości, Liceum Rolnicze i Leśne, Pedagogium im. J. Słowackiego ze szkołą ćwiczeń, przedszkola, internaty żeńskie i męskie, biblioteka, Wołyński Instytut Naukowy, Muzeum Ziemi Krzemienieckiej, Niższa Szkoła Ogrodnicza w Leduchowie, Szkoła Stolarska i Mechaniczna w Wiśniowcu, uniwersytety ludowe oraz ogniska wakacyjne.
Liceum podlegało wówczas własnemu kuratorium, zaś jego bazę materialną tworzyły majątki ziemskie, lasy i zakłady przemysłowe. Uczyli się tu Polacy, Ukraińcy i Żydzi, liczne stypendia umożliwiały zdobywanie wiedzy zdolnej, lecz niezamożnej młodzieży. Głównym zadaniem zespołu szkół było kształcenie w duchu patriotyzmu i tolerancji nowoczesnych, kompetentnych działaczy oświatowych i gospodarczych.
W poszukiwaniu gniazda
W 1939 r. świat krzemieńczan legł w gruzach. Ich drogi rozeszły się już w pierwszych latach wojny. Część z nich pozostała na miejscu, inni walczyli na różnych frontach, przebywali w więzieniach i obozach lub na emigracji. Także później trudno im było znaleźć spokojną przystań.
Większość żołnierzy walczących na Zachodzie wkrótce po ustaniu działań zbrojnych dotarła z rodzinami do Anglii. Jednak po demobilizacji okazało się, że nie mają tam perspektyw. Nie mając środków do życia, część z nich emigrowała dalej - do Kanady, Stanów Zjednoczonych, Argentyny, Australii.
Natomiast Polacy, którzy wojnę spędzili w Krzemieńcu, przenosili się w ramach repatriacji do różnych miejscowości znajdujących się w obecnych granicach państwa. Wielu z nich nie miało tu rodzin, więc wahali się, gdzie osiąść na stałe.
Nadszedł jednak taki moment, kiedy krzemieńczanie zapragnęli związać swoje dalsze losy z jednym miejscem. Zamarzyli bowiem, by odtworzyć w Polsce swoje ukochane liceum.
Uważali, że terenem działania nowej instytucji powinny stać się ziemie odzyskane. Najodpowiedniejsze okazały się Warmia i Mazury, które, ich zdaniem, nieco przypominały okolice Krzemieńca. Odnaleźli tam piękno i bogactwo przyrody oraz zróżnicowaną etnicznie społeczność. Uznali, że ich przedwojenne doświadczenia mogą dopomóc w rozwiązaniu problemów narodowościowych.
Według relacji Kazimierza Sheybala, scenarzysty i reżysera filmu dokumentalnego Ateny Wołyńskie, losy projektu miały następujący przebieg:
14 lipca 1946 r. ogłoszono deklarację Rządu Jedności Narodowej dotyczącą powołania do życia Liceum Mazursko-Warmińskiego, które stałoby się "godnym spadkobiercą szczytnej tradycji Liceum Krzemienieckiego". Na jego główną siedzibę zaproponowano Szczytno. Na podstawie ekspertyz rzeczoznawców i ustaleń z władzami różnego szczebla podjęto decyzję o przekazaniu liceum obszarów rolnych, nadleśnictw, jezior i zakładów przemysłowych, mających stanowić jego bazę ekonomiczną. W Szczytnie przejęto szereg placówek oświatowych, inne organizowano od podstaw. Ogólną pieczę nad wszystkimi obiektami pełnił były pracownik zarządu Liceum Krzemienieckiego, ekonomista Mieczysław Staniszewski.
Zawiedzione nadzieje
Szczytno tętniło wówczas życiem i coraz więcej krzemieńczan deklarowało swój przyjazd na stałe. Wszystkie ustalenia zostały poczynione i wyznaczono termin włączenia projektu dekretu o proklamowaniu Liceum Mazursko-Warmińskiego do porządku dziennego zebrania Rady Ministrów. Jednak z ostateczną decyzją ciągle zwlekano. Później zaczęły się szykany i prowokacje. W 1948 r. przewodniczący komisji organizacyjnej otrzymał oficjalną wiadomość, że pomysł stworzenia Liceum Mazursko-Warmińskiego nie pasuje do nowej polskiej rzeczywistości.
Według Sheybala dla krzemieńczan nastąpił ciężki okres. Załamały się ich plany życiowe. Wracali do środkowej Polski, gdzie nikt na nich nie czekał. Musieli od nowa budować swoje życie.
Krzemieniec w Londynie
Wówczas inicjatywę przejęli krzemieńczanie z Londynu. Ich misję dziejową określił Antoni Hermaszewski, który na jednym z pierwszych zebrań powiedział: "My mamy do spełnienia obowiązek [utrwalania tradycji Liceum Krzemienieckiego], gdyż obecni wrogowie zniszczyli wszystko, co stanowiło istotę naszej instytucji - a więc organizację i większość najwybitniejszych ludzi. Jako część składowa kulturalnego dorobku polskiego na Wołyniu, Liceum Krzemienieckie - wedle zamierzeń dzisiejszych władców - ma ulec zagładzie całkowitej. Nie tylko istnienie i praca instytucji zostały przerwane, ale i pamięć o niej ma zaginąć".
W Londynie pierwsze spotkanie krzemieńczan odbyło się 9 maja 1950 roku. Uczestniczyło w nim wówczas ponad 60 osób, związanych przed wojną z liceum. Do tej pory zorganizowano kilkanaście spotkań, zaś bardziej uroczystym nadano nazwę Biesiad Krzemienieckich. Nawiązywano tym samym do tradycji sięgającej czasów szkoły założonej przez Tadeusza Czackiego. Jej wychowankowie, którzy po powstaniu listopadowym znaleźli się na emigracji w Paryżu, uczestniczyli w "biesiadach", by wspominać swą uczelnię.
W Londynie spotykała się przedwojenna krzemieniecka elita: były minister rolnictwa Juliusz Poniatowski, starosta Jan Zaufall, poseł na sejm Stanisław Wnęk, burmistrz Jan Beaupré, naczelnik ZHP Jan Tryski, wdowa po ostatnim kuratorze Halina Czarnocka. Do współpracy wciągnięto dyrektorkę Biblioteki Polskiej w Londynie Marię Danilewicz oraz młodsze pokolenie krzemieńczan - dawnych wychowanków szkoły. Wśród nich szczególnym zaangażowaniem wyróżniał się historyk Zdzisław Jagodziński.
Dążąc do wzmocnienia więzi między krzemieńczanami rozsianymi po świecie oraz do udokumentowania intelektualnego dorobku spotkań, środowisko londyńskie wydaje od 1977 roku Biesiadę Krzemieniecką. Do tej pory ukazały się cztery tomy tego wydawnictwa. Trzy ostatnie mają charakter monografii i są poświęcone: Juliuszowi Słowackiemu (1985), Liceum Krzemienieckiemu (1998) oraz Tadeuszowi Czackiemu (2003). Jakie będą dalsze losy tego interesującego pisma, nie wiadomo, gdyż większość członków komitetu redakcyjnego już nie żyje. Ich dzieło próbuje kontynuować córka Haliny Czarnockiej - Hanna Kościa.
Ważną dziedziną działalności środowiska londyńskiego jest utrzymywanie więzi z rodakami mieszkającymi w innych krajach. Od lat 90. coraz owocniej współpracuje ono z krzemieńczanami z Polski i Ukrainy. W przeszłości barierę dla bliższych kontaktów stanowiła żelazna kurtyna, głęboka niechęć emigracji do realiów bloku wschodniego, a także wroga postawa komunistycznych władz do ludzi, którzy z przyczyn politycznych zdecydowali się żyć na obczyźnie. Dziś tych przeszkód już nie ma i londyńscy krzemieńczanie coraz częściej przyjeżdżają do Polski i na Ukrainę.
Ocean nie był przeszkodą
Do niedawna organizacja londyńska utrzymywała ożywione kontakty z Kanadą. Mieszkający tam krzemieńczanie zaczęli się jednoczyć w latach 60. ub. wieku. W lipcu 1978 roku odbyło się ich spotkanie w St. Catharines. Wówczas podjęto decyzję o zorganizowaniu zjazdu dla uczczenia 60. rocznicy wznowienia działalności liceum. Odbył się on w Toronto w 1980 r., wzięło w nim udział 28 osób. Od tego czasu co roku zbierało się 30-40 kresowiaków z Kanady, Stanów Zjednoczonych i z Polski. Jednak organizowanie zjazdów, ze względu na wiek i stan zdrowia uczestników, stawało się coraz trudniejsze. Już w 1990 roku Janina Gładuń-Sułkowska pisała: "Przygotowania naszego XI koleżeńskiego spotkania podjęłam się mimo przekonania, że zeszłoroczne X powinno być ostatnim w naszych warunkach i możliwościach".
Mimo to odbyło się jeszcze kilka zjazdów. Ich duszą była Janina Sułkowska-Gładuń, która zmarła 9 lipca 1997 roku. Ona też redagowała biuletyn Biesiada Krzemieniecka, wychodzący w Toronto w latach 1988-1993.
Warto podkreślić, że kresowianie z Kanady w mniejszym stopniu niż środowisko angielskie zajmowali się dokumentowaniem polskiego dorobku na Wołyniu. Większe znaczenie nadawali zacieśnianiu więzi między krzemieńczanami i konkretnym formom pomocy, udzielanej mniej zamożnym organizacjom z Europy Środkowej i Wschodniej. Wspierali finansowo inicjatywy podejmowane w Polsce i w Krzemieńcu. Niestety, po śmierci Janiny Sułkowskiej-Gładuń działalność stowarzyszenia zaczęła podupadać.
Tradycji ciąg dalszy
W ostatnich latach szczególną aktywnością wyróżniają się organizacje działające w Polsce. Koła krzemieńczan powstały w Warszawie, Poznaniu, Krakowie, Wrocławiu, Drawsku Pomorskim i Lublinie. Mimo stosunkowo krótkiego okresu działania mają już sporo osiągnięć. Dzięki ich inicjatywie w kościele Sióstr Wizytek umieszczono tablice upamiętniające kuratorów Liceum Krzemienieckiego i Polaków pomordowanych pod Górą Krzyżową, zaś w archikatedrze św. Jana - płytę poświęconą zbrodniom popełnionym na mieszkańcach Wołynia. Krzemieńczanie mają też na swoim koncie sporo publikacji. Wszystkie koła organizują zbiórkę darów, lekarstw i pieniędzy dla polskich mieszkańców Wołynia, przyjmują gości, głównie z Ukrainy, zaś dla swoich członków urządzają wycieczki na Kresy.
Jeszcze inny charakter ma działalność Polaków, którzy pozostali po wojnie w Krzemieńcu. Zajmują się kultywowaniem własnych tradycji i czczeniu pamięci Juliusza Słowackiego. Swoisty charakter ma też ich zaangażowanie w realizację tych idei. Podczas gdy w pozostałych krajach całe środowisko dokłada swoje cegiełki do tworzenia wspólnego dzieła, tutaj trwanie przy polskości jest zasługą kilku osób.
Przede wszystkim trzeba wymienić Irenę Sandecką, żywą legendę miasta. W Krzemieńcu mieszka od 1922 r. i niezłomnie walczy, by tutejsi Polacy zachowali tożsamość. W czasie wojny i w późniejszych latach opiekowała się kościołem, zastępowała organistę, a od 1955 r. prowadziła katechizację. Pani Sandecka jest współorganizatorką Towarzystwa Odrodzenia Kultury Polskiej i autorką Elementarza krzemienieckiego. Chce, by po jej śmierci dom, w którym mieszka, zamienić na polską izbę pamięci.
Kontynuatorką dzieła pani Sandeckiej jest Jadwiga Gusławska, która przez dwa lata pełniła funkcję prezesa Towarzystwa. Ma jednak nieco inny styl działania, gdyż nie jest "ostoją tradycji", tylko jeździ to tu, to tam, by załatwiać żywotne sprawy swojego środowiska. W Polsce nazywa się ją żartobliwie "krzemienieckim ambasadorem", a w Krzemieńcu - "polskim konsulem". Mimo nawału zajęć znajduje czas na redagowanie pisma Wspólne Dziedzictwo.
Z inspiracji rodaków z kraju w grudniu 1989 r. powstało w Krzemieńcu Towarzystwo Odrodzenia Kultury Polskiej im. Juliusza Słowackiego. Na jego posiedzenia zapraszani są pracownicy muzeum i Wyższej Szkoły Pedagogicznej w Tarnopolu, którzy wygłaszają odczyty na tematy historii regionu i prezentują życiorysy wielkich rodaków wywodzących się z Wołynia. Z inicjatywy Towarzystwa rozpoczęto systematyczną naukę języka polskiego w średniej szkole. Organizowano też wyjazdy dzieci na wakacje do Polski. W realizacji różnych przedsięwzięć nieocenioną pomoc okazywała Towarzystwu firma Energopol.
Nieodmiennie ostoją polskości jest w Krzemieńcu Kościół katolicki. W 1987 r. ks. Marcjan Trofimiak odprawił mszę świętą za pomordowanych na Górze Krzyżowej i poświęcił pierwszy pamiątkowy krzyż na cmentarzu. Z jego inicjatywy zbudowano monument upamiętniający profesorów i inteligencję polską. Następny proboszcz, ksiądz Czesław Szczerba był autorem pomysłu, by wrzesień stał się Miesiącem Juliusza Słowackiego.
Jaka przyszłość?
Misja krzemieńczan nie znajdzie zapewne żarliwych kontynuatorów, ponieważ ich działalność opiera się na kultywowaniu tradycji, które nie dotrwały do naszych czasów. Nie ma już liceum ani specyficznego charakteru miasta, wynikającego z istnienia tej właśnie instytucji i kulturowego zróżnicowania mieszkańców. Obraz przedwojennej rzeczywistości zachował się tylko w pamięci żyjących tam niegdyś ludzi. Następne pokolenia z tradycji rodzinnej wyniosły świadomość, że w Krzemieńcu są ich korzenie, przez co mogą czuć do tego miejsca sentyment, dążyć do poznania jego historii. Jednak dzieci i wnukowie krzemieńczan wyrośli w innych środowiskach, czerpali inne wzorce kulturowe i nie są w stanie w pełni utożsamiać się z ziemią przodków. Dlatego żadne następne pokolenie nie może doznawać podobnych przeżyć, jakie były udziałem brata Kazimierza Sheybala, aktora Władysława, który po wielu latach pobytu na emigracji po raz pierwszy przybył w rodzinne strony i tak opisał swoje wrażenia: "Gdy z Teatrem Polskim byłem na gościnnych występach w Związku Radzieckim, spałem pewnej nocy w pociągu pędzącym z Moskwy do Kijowa. Coś mnie raptem obudziło. Przez otwarte okno doszedł dziwny zapach. Usiadłem drżący. To był ten unikalny, niepowtarzalny zapach czarnoziemu, niespotykany nigdzie indziej na świecie. [...] Byłem blisko Krzemieńca. Załkałem wewnętrznie z bólu nad utraconym rajem lat dziecinnych".
komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail

