Przegląd Polski 5 maja 2006

Żabką przez Atlantyk

Ameryka na receptę

Marek Kusiba

Ten numer sięgnie druku w 160. rocznicę urodzin Henryka Sienkiewicza oraz w pobliżu 130. rocznicy jego przybycia do Kalifornii. Nie zamierzam pisać 161. urodzinowej laurki autora; w Potopie nawet Żabka może się utopić. No, chyba że trująca, z puszczy Amazonii. Najgroźniejsza zwie się Phyllobates terribillis, mieszka w zachodniej Kolumbii niedaleko dwu oceanów, czyli potencjalnie może przepłynąć Atlantyk. Terribillis żyje dzięki temu, że samo jej dotknięcie powoduje zatrzymanie akcji serca i śmierć każdego agresora, z człowiekiem włącznie. Czytelnik winien w tym momencie odłożyć gazetę.

Gdy Sienkiewicz wybierał się dla Heleny Modrzejewskiej nad Ocean Spokojny, nie mógł wiedzieć o trujących żabkach z Amazonii - te odkryto później. Gdyby wiedział, to by nie siedział w nudnej Kalifornii i akcję W pustyni i w puszczy umieściłby w prawdziwej puszczy, a nie podrabianej. Na razie jednak Litwos pisał w Gazecie Polskiej cotygodniowy felieton "Bez tytułu" - zwiastujący nadejście felietonów Ziemkiewicza - czepiał się oświeconego ciemnogrodu, urządzał śmichy z klasowo mu obcej hrabianki Pipi, szczypał kawalera Zielonogłowskiego, wyśmiewał radcę Cymbałkiewicza (nie mylić z doradcą Ciesiołkiewiczem), szargał świętość ojca dyrektora Wylizalskiego, wykpiwał bractwo zamożnych matek-chrześcijanek - za gnębienie ubogich dziewczątek, którymi obiecały się opiekować. To chyba jednak była jakaś inna Gazeta Polska...

Nie, nie mógł być Litwos lubiany, o co zresztą usilnie zabiegał w swoich kronikach - aż pióro swędzi napisać "milicyjnych", tak ociekały jadem. Na dodatek piszę w Dniu Polonii, wciśniętym pomiędzy Święto Pracy a Święto Konstytucji 3 Maja jak niekochane dziecko między skłóconych rodziców. W debiutanckiej powieści o wyprawie nad rzekę Marnę (Na marne) zabrał się za paternalizowanie młodzieży wszechpolskiej - pono za jej źle udawany romantyzm. Dzisiaj młodzież nie musi udawać żadnego romantyzmu, ani źle, ani dobrze, po prostu daje w papę i zabiera portfel, a szczęśliwy posiadacz życia musi nie posiadać się ze szczęścia, że mu owe darowano. W czasach Litwosa też można było zarobić w papę, ale wtedy bolało inaczej.

Trudno się było dziwić zdrowej, konserwatywnie zorientowanej większości społeczeństwa, na czele z Kroniką Rodzinną - zwiastunem Ligi Polskich Rodzin - że obrzydzała Litwosowi jak mogła jego wysługiwanie się pozytywistycznym postępowcom. Obrzydzała widać skutecznie, skoro z rozpaczy rzucił się za ocean.

We wstępie do Listów z podróży do Ameryki winą za dezercję z kraju kłutego carskim knutem, jęczącego pod pruskim butem obarczył lekarza: "Ale jeżeli nie pojadę, cóż będę robił? Będę pisywał po nocach?... Ależ i w Ameryce mogę pisywać także. Co więcej, doktor zalecił mi, żebym nie pisywał po nocach; a ponieważ w Ameryce właśnie wtedy wypada noc, kiedy u nas dzień, zatem pisywać w Ameryce w nocy jest to pisywać w Europie we dnie, czyli jechać do Ameryki jest to wypełniać polecenie swego doktora".

Po drodze zachwycił się Flandrią: "Otóż jak Belgia długa i szeroka wszędzie jest tak spokojnie, tak jakoś cicho i szczęśliwie, że słusznie można by powiedzieć: Chrystus przechadza się po całym kraju. Bez przesady mówiąc jest to najszczęśliwszy kraj na świecie".

Tak samo myślałem o Kanadzie, szukając w niej wytchnienia od wschodniej części Europy, grającej życiem obywateli w rosyjską ruletkę. I rzeczywiście, gdy nasz samolot krążył nad zatoką w Halifaksie, z której wypływał legion dostojnych żaglowców otoczony tłumem rozbrykanych żaglówek, był to obraz rajskiej szczęśliwości. Gdyby mi ktoś wtedy powiedział, że w tym porcie doszło do największej na ziemi eksplozji przed Hiroszimą (1917 r.), uznałbym go za wariata. Wybuch francuskiego statku wyładowanego dynamitem zmiótł połowę Halifaksu niczym "Katrina" St. Louis.

Gdy z Nowej Szkocji przylecieliśmy do Toronto, nad pobliskim Barrie przeszło tornado, rozwalając 250 domów, a w miesiąc później, po starcie z Toronto spadł do Atlantyku samolot Air India, rozerwany bombą sikhów. Zanim jeszcze John McCartney zwrócił światu uwagę na krwiożerczych Kanadyjczyków, sam zacząłem się przyglądać mordercom fok. Bardzo szybko się okazało, że w najspokojniejszym zakątku ziemi mieszkają normalni ludzie, pasjonujący się rytualnym zabijaniem, niczym narody w swojskiej Europie. Teraz mieszkam pół kilometra od miejsca katastrofy kolejowej; spowodowała największą w dziejach Ameryki ewakuację ćwierćmilionowego miasta Mississauga. W 1979 r. pożar płonących cystern bił w niebo na półtora kilometra i widać go było w odległym o 100 kilometrów Buffalo. A więc i nasze nowe miejsce na ziemi przypominało kiedyś Czechowice-Dziedzice. Co za ulga!

Sienkiewiczowi też mogło się kiedyś wydawać, że jedzie do krainy wszelkiej szczęśliwości i spokoju. Na pewno nie czuł się z tym wygodnie. Ale nie mógł przecież wiedzieć, że 60 lat później San Francisco zmiecie z powierzchni trzęsienie ziemi i największy w dziejach świata pożar. Od razu poczułby się jak w domu.

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail