Przegląd Polski 5 maja 2006
- "Duchowny niepokorny" - Jacek Maj
- Krótka historia rowerowa Krzysztofa Kieślowskiego - Grzegorz Skurski
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Krótka historia rowerowa
Krzysztofa Kieślowskiego
Podczas
II Nowojorskiego Festiwalu Polskich Filmów dwukrotnie - 5
i 6 maja - zostanie wyświetlony dokument Andreasa Voigta Rozmowa
z Krzysztofem Kieślowskim. Film ten był wyświetlany jedynie
w niemieckiej telewizji, kinową premierę będzie miał w Nowym
Jorku. Voigt ukazuje "prywatnego" Kieślowskiego. Podobny obraz
wyłania się ze wspomnienia Grzegorza Skurskiego.
Miał niekonwencjonalne poczucie humoru, luz i dystans do rzeczywistości, ale w pracy - skupiona twarz i bystre oczy zza okularów w środowisku filmowym przykleiły mu przydomek "Ornitolog".
Na początku lat 70. wszystkich nas fascynowały samochody. Był to okres, kiedy byłem uważany za najlepszego szofera wśród reżyserów z racji mojego stażu taksówkarskiego. Wybierałem kolegom samochody, uczyłem regulować gaźniki i kazałem odsuwać się od kierownicy, aby szybciej reagować na sytuacje kryzysowe.
Zbliżał się start do rajdu Monte Carlo, w którym miał startować najszybszy kierowca wśród architektów - Krzysztof Komornicki na samochodzie Fiat 125 przygotowanym przez FSO. Udało mi się przekonać Kieślowskiego do próby zarejestrowania tego wydarzenia. Byłem członkiem ekipy filmowej o nie do końca wyjaśnionej funkcji w tym zespole. W końcu zostałem szoferem samochodu BMW, wynajętego przez produkcję. Komornicki miał swojego zaufanego mechanika i na ostatni przegląd przed startem umówiliśmy się w Krakowie. Komornicki z mechanikiem rozebrali i złożyli w ciągu doby samochód przygotowany przez FSO do rajdu. 24 godziny pracy rajdowców i filmowców, którzy rejestrowali to wydarzenie. Po rozebraniu silnika okazało się, że po próbach na hamowni w fabryce wytopiły się panewki. Dyrektor FSO na wszystkich konferencjach prasowych gwarantował całkowitą sprawność samochodów przygotowanych fabrycznie do rajdu.
Po zdjęciach znużona ekipa siadła w knajpie do posiłku lekko wspomaganego alkoholem. Czuliśmy się trochę zdobywcami świata, bo nasz kumpel będzie się ścigał z najlepszymi w Europie. Atmosfera przy stole przypominała trochę dowcip Mleczki: dwóch Polaków stoi z piwem przy piramidzie Cheopsa i jeden do drugiego mówi - "Ja ze szwagrem to takie cóś walnę w ciągu dwóch dni". Nie pamiętam, kto to sprowokował i jaki był przebieg rozmowy, ale finał był taki, że Kieślowski i ja przeciwko reszcie ekipy założyliśmy się o pół litra, że w dwa dni dojedziemy na rowerach z Warszawy do Zakopanego.
Alkohol wyparował, wróciliśmy do rzeczywistości socjalistycznej i ja chciałem o tym wydarzeniu zapomnieć, ale w zakład był wmieszany również Krzysztof. "Ornitolog" nie popuścił. Co parę dni przypominał mi: "Ty! Jak żart, to do końca! Nie ma zmiłuj się".
Umówiliśmy się o piątej rano w Jankach. Była lekka mżawka. Dojechałem z Saskiej Kępy do placu Zawiszy i miałem wszystkiego dosyć, tym bardziej że nigdy w życiu nie przejechałem na rowerze więcej niż 20 kilometrów. Krzysiek miał podobne doświadczenia kolarskie. Przypomniały mi się słowa mojej matki , która mówiła, że "z głupimi nie ma żartów". I w tym momencie z bocznej ulicy wyjechał Kieślowski z miną zaciętego fightera. Jechaliśmy dalej bez słowa, zmieniając się na prowadzeniu. Niech to szlag. Takie się ma życie, jakich przyjaciół.
Dojechaliśmy do Grójca, 50 kilometrów. Z butelkami mleka siedliśmy na schodkach pod sklepem spożywczym i jedliśmy świeże chałki, odwlekając jak można moment wsiadania na rowery. Skąpy dialog, nieważny, jak w dobrym filmie, a treść tej sceny była taka, że każdy z nas miał wszystkiego dosyć. Oczywiście "poganiacz mułów" zdecydował się pierwszy: "No! Kolego!".
Ruszyliśmy! Przy kolejnej zmianie, przejeżdżając obok Krzysia, zauważyłem, że coś mamrocze do siebie. Spytałem: "Co ty gadasz?". "Nic, liczę słupki". Zezłościł mnie i zaimponował. Serce wali, oddech coraz krótszy, całe życie odwija mi się z pamięci, a ten... liczy słupki.
Gdzieś za Kielcami, chyba w Jędrzejowie, zatrzymaliśmy się na obiad. Jedzenie podłe, żarty jeszcze gorsze, a za oknem deszcz. Nie ma odwrotu! Kawałkami folii obwiązaliśmy sobie buty i... na rowery. Folia po paru kilometrach odpadła, w butach chlupocze, a tylne koło rzuca mokrą breję na plecy w otwór odchylonej kurtki. Przejeżdżam obok Krzyśka. Okulary w kroplach deszczu, usta zacięte. Chyba przestał liczyć słupki.
21:00. Szesnaście godzin kręcenia pedałami. Za nami 260 km. A jednak... Może tak w życiu trzeba? "Ornitolog" miał jednak rację. Wypijemy pół litra, świętując ponadczasowy sukces. Zapadł zmrok. Nie mamy żadnego światła. Każda dziura w ziemi jest zaskoczeniem. A co tam, aby dalej. Oglądam się do tyłu - nie ma Krzyśka. Wracam, chyba nawaliła mu dętka. Rower oparty o drzewo. Krzysiek leży w rowie z zamkniętymi oczami. Teraz ja do niego: "No! Kolego!". "Nie jadę dalej, koniec!". Próbuję przekazać mu swoją energię: "Krzysiu! Jeszcze tylko 40 kilometrów. Hotel Cracovia, dancing, panienki, światowe życie, a jutro już z górki". Pcha rower pod ostatnią górę przed Miechowem. Nie chce mu się nawet wsiąść na rower i mówi słowa, których z szacunku dla jego późniejszych dokonań nie będę cytował.
Nocleg w obskurnym hotelu w Miechowie. Nie ma restauracji. Nie chce nam się wyjść i szukać czegoś do jedzenia. Gasimy światło. Słyszę głos Krzyśka: "Jeszcze jadę" i słowo, które pomijam. Ja też słyszę skrzyp łańcucha i drzew, które bardzo powoli mijam. Zasypiamy.
Ktoś mnie szarpie. Nad głową uśmiechnięta twarz w okularach: "Kolego! Może wybierzemy się na wycieczkę rowerową? Zobacz, jaka piękna pogoda". Jest siódma rano. Wyglądam przez okno. Słońce świeci. Jakie piękne miasto ten Miechów. Może warto się przejechać na rowerze?
Odbieramy rowery z recepcji. Jedziemy do najbliższej knajpki. Pijemy kawę, jemy jajecznicę na bekonie. Obsługuje blondynka w opiętym na biuście sweterku. Jakie życie jest piękne! Siadamy na rowery. Tylko 140 kilometrów przed nami. Zakład wygrany, nie potrzeba niczego udowadniać. Spotykamy po drodze kilka ekip filmowych. Pytają, my odpowiadamy. Mówimy o zakładzie. Pośpiesznie odjeżdżają, jakby myśleli, że choroba umysłowa jest zaraźliwa.
Pierwszy, 11-kilometrowy podjazd przed Obidową. Właściwie płasko, tylko strasznie ciężko pedałować. Krzysiek podjeżdża do mnie i mówi: "Nie będzie chyba wstydu, jeżeli chwycimy się ciężarówki pod Obidową?". Nie odpowiadam, jakbym się obraził na tę propozycję, ale sam o tym myślę.
Obidowa. 9 kilometrów ostrego podjazdu pod górę. Mięśnie pieką. Co chwila podnosimy się z siodełka i stajemy na pedałach. Oddech coraz krótszy, wraca niemoc i niechęć do wszystkiego. Nie rzucamy sobie żartów dając zmianę. Oszczędzamy energię. Aby dalej. Widać z boku Tatry. Jeszcze, jeszcze, jeszcze... Nareszcie szczyt. Teraz obaj leżymy w rowie. Jak w dobrym filmie. Bez dialogu. Wszystko widać.
Zjazd. Bez pedałowania jedziemy na skrzydłach sukcesu. Wygłupiamy się. Krzysiek śpiewa. Podjeżdżam do niego i mówię: "Na to się nie umawialiśmy". Ten ryczy dalej. Chłop na furmance odwraca się zaciekawiony. Mijamy Nowy Targ. Jeszcze, jeszcze kawałeczek. Szaflary, Biały Dunajec.
Z autobusu młode dziewczyny machają do nas przez okna. Zmieniam dętkę. Teraz, pod sam koniec, taki numer. "Ornitolog" pali nerwowo papierosa. Czeka i daje mi do zrozumienia, że przeze mnie czeka, a mógłby już być na miejscu.
Wjeżdżamy do Zakopanego. To nic, że nie ma wiwatujących tłumów i wieńców laurowych. Jesteśmy szczęśliwi. Ekipa stawia pół litra.
***
Minęło trzydzieści parę lat. Nazwisko Kieślowskiego poznały miliony ludzi na całym świecie i to nie dlatego, że był ambitnym kolarzem. Było, minęło - ja też już nie jestem najlepszym szoferem wśród reżyserów.
W katowickiej szkole filmowej imienia Krzysztofa Kieślowskiego na honorowym miejscu wisi duże zdjęcie patrona z papierosem w zębach. Obok napis: "Palenie zabronione"...
komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail

