Przegląd Polski 28 kwietnia 2006
- Poematy
filmowe. Z Lechem Majewskim o jego retrospektywie
w Museum of Modern Art rozmawia Ewa Kara - Miniatury - Katarzyna Buczkowska
- Żabką przez Atlantyk - Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Zapis na Pana Boga
Niewinne God było pierwszym angielskim słówkiem, jakie zobaczyłem na szkolnej tablicy podczas pierwszej lekcji angielskiego. Sprytny nauczyciel złamał zapis gomułkowskiej cenzury na Pana Boga pod pretekstem pokazania uczniom różnicy między tym, jak się pisze i jak się wymawia. Pierwsze przeze mnie wygłoszone do mikrofonu słowo było też angielskie - hallo - w adaptacji książki 451 stopni Fahrenheita Raya Bradbury'ego. Radio było akademickie, czasy jak najbardziej bolszewickie, bo w okolicach Grudnia '70. W słuchowisku grałem postać Guya Montaga, strażaka z oddziału palącego książki oraz domy ich właścicieli, który spotyka 17-letnią Klarysę i zaczyna mu się klarować sens jego pracy...
W tym czasie na Wybrzeżu płonęły Dzieła zebrane Lenina razem z niektórymi komitetami, a my wątpiliśmy w sens pracy w studenckim radiowęźle, jak i w sens studiowania literatury. Rzeczywistość przerastała najbardziej dramatyczną fikcję literacką. Nie wiedziałem wtedy, że adaptowana przez nas książka, będąca potępieniem cenzury, także padła ofiarą cenzury, i to nie komunistycznej. Jej pierwsze wydanie ukazało się drukiem w USA w roku śmierci Stalina, co było zupełnym, aczkolwiek szczęśliwym zbiegiem okoliczności. Książkę ocenzurowano znacznie później, bo w 1967 r., gdy wydawnictwo Ballantine Books zmieniło treść ponad 75 fragmentów w trosce o... amerykańskich nastolatków. Były to czasy rewolucji kulturalnej, ruchów hipisowskich, buntów młodzieżowych. W szkołach i poza nimi dzieci-kwiaty paliły trawkę, uprawiały wolną miłość, nosiły coraz dłuższe włosy, a redaktorzy wydania dla szkół średnich wycinali z książki Bradbury'ego tak "obsceniczne" słówka, jak abortion, hell czy damn...
Nie pamiętam już, czy w naszym słuchowisku padły jakieś nieobyczajne słowa, czy też padliśmy ofiarą amerykańskiej cenzury... Dopiero w roku 1980 ukazało się nieokrojone wydanie Fahrenheit 451. A swoją drogą ta książka dziwną zachowuje świeżość i w naszych czasach. Jak piszą autorzy bardzo pożytecznej lektury 100 zakazanych książek. Historia cenzury dzieł literatury światowej (polskie wydanie: Świat Książki, Warszawa 2004), dzieło sprzed pół wieku kreuje rzeczywistość, w której ludzie "stracili kontakt z przyrodą, ze światem intelektu oraz ze sobą nawzajem". To przecież o nas! Jak i zdanie kapitana oddziału strażaków: "Słowo intelektualista stało się obelgą, na co zresztą zasługiwało". Racja! I dalej: "Ludzie pospiesznie przemieszczają się z domu do miejsca pracy i z powrotem, nigdy nie rozmawiając ze sobą o swoich uczuciach i myślach; wymieniają między sobą jedynie nic nieznaczące fakty i liczby". To przecież my!
Minęło zaledwie pół wieku i antyutopia Bradbury'ego stała się rzeczywistością. "Ulice są miejscem skrajnie niebezpiecznym, ponieważ minimalna dozwolona prędkość wynosi 55 mil na godzinę, a większość kierowców przekracza 100 mil na godzinę. Nastolatki i co śmielsi kierowcy gnają samochodami przed siebie, nie zważając na ludzkie życie". Wszystko się zgadza, a przy okazji mamy opis sytuacji na polskich drogach. "Nieustannie grozi wybuch wojny z nieokreślonym przeciwnikiem". To też wizjonerstwo: Ameryka jest dziś w stanie wojny, a przeciwnik jak był, tak pozostaje nieokreślony.
Piszę te słowa w Światowy Dzień Książki, zwany przez przyjaciół Anny Frajlich "pogańskim świętem" - nie bez powodu. Czytelnikom Przeglądu Polskiego nie trzeba chyba przypominać, czym jest książka. Ale na wszelki wypadek informuję, że książka to taki przedmiot o kształcie kasety wideo, nadający się idealnie do podparcia stolika pod telewizor. Grubszą książkę można użyć do przechowywania zielonych i jest to najlepsza skrytka na świecie - żaden złodziej nie ukradnie książki. Co innego z kradzieżą pomysłu na książkę, a nawet całej zawartości, ale nie chcę wchodzić na grząski teren praw autorskich i sprawy wokół Kodu Leonarda da Vinci. Na ten temat powstają już i tak nowe książki. Ale przy lekturze tego rodzaju bzdur, co bestseller Dana Browna, marzy mi się powrót do zapisu na Pana Boga.
Wychowałem się w strasznych i śmiesznych czasach PRL-u, gdy uczniowie mieli obowiązek dostarczać do szkoły makulaturę - jakby nie były nią ówczesne podręczniki. Dzieci partyjnych nosiły więc Trybunę Ludu, dzieci bezpartyjnych Słowo Powszechne. Ja próbowałem nosić Skrzydlatą Polskę, ale zostałem przyłapany przez mego śp. Ojca i za karę zmuszony do czytania (i tak mi zostało). To idiotyczne zarządzenie o obowiązkowym dostarczaniu makulatury powodowało też spustoszenia w wielu domowych księgozbiorach, uratowanych z wojennej pożogi. Z pożogą i książką kojarzy się natychmiast powieść 451 stopni Fahrenheita.
Warto ją przeczytać, choć można też obejrzeć. Jednak żaden reżyser nie dokaże tego, by każdy kinoman zobaczył na ekranie własną wersję wydarzeń. To może zrobić tylko książka. Także do nabożeństwa. Każdy z nas trochę inaczej wyobraża sobie to, o czym czyta, łącznie z postacią lub pojęciem Pana Boga. Ale gdy przy byle okazji nadużywamy Jego imienia, marzy mi się powrót do zapisu na Pana Boga. Jak mi Bóg miły!
komentarze, opinie, sugestie - kliknij tutaj aby wysłać e-mail

