PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 21 kwietnia 2006


Grażyna Drabik

Rytmy Nowego Jorku

I wszystko co posiadam...

Podejmiemy wątek w tym samym miejscu, gdzie zakończyliśmy marcowe "Rytmy": w rozległych salach ciekawej wystawy "Hatshepsut: od królowej do faraona" (Metropolitan Museum, do 9 lipca).

Znaleźliśmy tam wtedy, wśród wzniosłych pomników i eleganckich przedmiotów z królewskich grobowców pewną zgrabną buteleczkę do jakichś wonnych perfum czy specjalnych mikstur, w kształcie niewielkiego stworzonka. Gliniany jeżyk (na zdjęciu), krągły i pogodny, uśmiechał się nieco krzywym pyszczkiem ze szklanej półeczki gabloty.

Jeż, stworzenie szczególne: bardzo serio i zupełnie niepoważne. Ni ładne, ni nieładne, nieprawdopodobne. Porusza się drobnym kroczkiem, zaaferowany swymi niebywale ważnymi sprawami. Lecz w tym pracowitym tupocie jest także jakaś beztroska niezależność, wolność ducha stworzenia, które nikomu nie zagraża i samo niewiele ma powodów do niepokoju.

Tupta sobie pogodnie poprzez wieki, niosąc nam niespodziewaną pociechę. Tak jak w wierszu Anny Kamieńskiej:

Jeż zaszczycił nas swoim istnieniem
prześmieszną zgodnością z obrazkami dla dzieci
nawet listek żółty na kolcu
i pazurki z czarnego lakieru
że nagle sami
poczuliśmy się cudownie nierzeczywiści
a on tupał w swoją stronę
z całą swoją mądrością przyziemną

Polsko-egipski jeżyk poprowadzi nas dzisiaj w bardziej muzyczne rejony. Jak zwykle w Nowym Jorku, w okresie Wielkanocy wiele było okazji, by posłuchać uroczystych koncertów muzyki oratoryjnej. Słynne Requiem Verdiego, stosunkowo rzadko wykonywane, bowiem wymaga wyśmienitej orkiestry, ogromnego chóru i wybitnych solistów, miało aż dwie prezentacje w okresie miesiąca.

Lorin Maazel poprowadził Filharmonię Nowojorską precyzyjnie, zwracając szczególną uwagą na strukturę utworu i dramatyczne kontrasty między poszczególnymi partiami. Soliści: sopran Fiorenza Cedolins, mezzosopran Luciana D'Intino, tenor Franco Farina oraz bas Orlin Anastassov, wykonali wymagające zadania poprawnie, w zgranym współbrzmieniu. Chór - New York Choral Artists pod kierunkiem Josepha Flummerfelta jest w tej chwili jednym z najlepszych zespołów chóralnych w USA - brzmiał wspaniale i w partiach wymagających pełnego głosu, i w tych prawie szeptanych. Był to koncert wzniosły i piękny, lecz jakby duchowo obojętny. (Avery Fisher Hall, New York Philharmonic, 30 marca).

Parę tygodni wcześniej Atlanta Symphony Orchestra pod kierunkiem Roberta Spano zaoferowała inną wersję utworu Verdiego. Soliści w Carnegie Hall byli bardziej nierówni. Wyróżniała się sopran Andrea Gruber i potężny mezzosopran Stephanie Blythe, z zyskiem dla partii solowych, lecz ze stratą w częściach zespołowych. Chór prowadzony przez Normana Mackenzie nie osiągał szczytów w potężnych falach crescendo. Całość jednak przepełniał ogromny ładunek emocjonalny.

W tym wykonaniu, choć mniej popisowym, lepiej wyczuwało się bogactwo i siłę utworu. Słychać było głęboki szacunek, z jakim Verdi składa pokłon przed dwoma podziwianymi przez niego artystami: przed Rossinim i poetą Alessandro Manzonim. Rozbrzmiewa smutek osamotnienia po ich odejściu. Zaduma wobec tajemnicy śmierci, skupienie modlitwy za zmarłych, poszukiwanie pociechy serca dla żywych. (Carnegie Hall, Isaac Stern Auditorium, 11 marca).

***

Od początku swojej bogatej kariery choreograf i tancerz Mark Morris wyróżnia się uwagą, jaką zwraca na kluczową rolę muzyki. Jego taneczne układy wykazują się symbiozą podobną do precyzyjnie skonstruowanych pieśni. Nie wiadomo, czy to melodia, rytm, czy gest jest pierwotny; taniec i dźwięk splatają się nierozerwalnie.

Od lat też Morris jest najbardziej "dopieszczanym" artystą wśród amerykańskich choreografów. Z sukcesem potrafił zapewnić swemu zespołowi stabilny byt ekonomiczny. Zdobyć finanse na budowę własnego, dużego ośrodka na Brooklynie, z przyzwoitymi salami do prób, z wygodnymi przebieralniami i łazienkami dla tancerzy. W okresie 25 lat wytrwałej pracy Morris zdobył sobie zarówno szeroką popularność, jak i szacunek tanecznego środowiska.

Ani walka o byt, ani sukces nie umniejszyły jego sił twórczych. W każdym sezonie prezentuje udane premiery. Nadal potrafi zaskoczyć. Cieszy pomysłowością i niesamowitą energią swej sztuki. Tej wiosny Mark Morris Dance Group, atrakcyjny zespół świetnych tancerzy, obchodził 25-lecie działalności. Obchody były huczne i radosne, prezentowano przez cały miesiąc przegląd kilkunastu układów Morrisa, spośród imponującego dorobku ponad 133 tańców! Oby mógł nas cieszyć przez następne ćwierć wieku.

Przyznaję, że podzielam ogólny entuzjazm, jaki Mark Morris wywołuje. Lubię jego niepokorną wyobraźnię. Lubię fakt, że z łatwością przekracza zwykle wytyczane podziały. Jego tańce są teatralne, często z elementami narracji, lecz także atrakcyjne jako "czysty ruch". Skomplikowane w strukturze, są wymagające, lecz i sensualnie ponętne. Żywią się tradycją tańca nowoczesnego, lecz i prastarym folklorem. Są ryzykownie otwarte emocjonalnie, ale bez sentymentalizmów. Promieniują optymizmem - energią pracy i życia.

Dodatkową przyjemnością występów jest fakt, że zespół MMDG może sobie pozwolić - rzadkość nad rzadkościami dzisiaj - na muzykę "na żywo", nie tylko z nagrań. Zawsze więc można się spodziewać nie tylko czegoś ciekawego do oglądania na scenie, lecz także czegoś dobrego do słuchania. Jak na przykład w Candleflowerdance, dedykowanym pamięci Susan Sontag, z muzyką Igora Strawińskiego.

Pośrodku pustej sceny przyciąga oko wyraźnie wyznaczony, jasny prostokąt. W głębi pali się kilka świec. Steven Beck gra na pianinie ustawionym z boku. Sześciu tancerzy w pogodnie kolorowych strojach krąży wokół oświetlonej "sceny na scenie". Czasem jeden z nich wstąpi w wytyczoną przestrzeń, wykona parę szybkich kroków, jakiś trudny skręt, trudniejszy przyklęk, zgięcie. Jego gesty przyciągną innego tancerza. Splotą się w nowym układzie. Rozejdą. Znowu krążą wokół. Taneczny krąg. Zmienne emocje wyrażone płynnym gestem. A może to przywoływanie nieobecnego. Wspomnienie. Protest. Może potwierdzenie: jestem, oddycham, czuję. Razem z innymi. W ruchu. (Brooklyn Academy of Music, Program C, 25 marca).

***

Podobnie pozytywną energią cieszył występ śpiewaków w nowej inscenizacji Don Pasquale Donizettiego. Opera, pisana już pod koniec twórczego życia kompozytora, w czasie postępującej choroby, która niedługo miała go całkowicie sparaliżować, zdumiewa nieprawdopodobną wręcz pogodą ducha. Jakby w trudnym momencie konfrontacji z własną niemocą Dionizetti znalazł w sobie siłę, by wyrazić zachwyt - wobec zwycięskiej młodości, wobec obietnic spełnionej miłości, wobec podstawowej wartości życia.

Don Pasquale, choć wywodzi się z tradycji commedia del'arte i opera buffa, z ich uproszczonymi schematami, jest przepełniona całkiem nieschematycznie pogodnym uśmiechem. To ciepełko radości czuje się w melodyjnych kadencjach muzyki i we wzajemnych uczuciach bohaterów: piękna i młodziutka Norina śmieje się z niego, lecz i współczuje staremu Don Pasquale. Przystojny Ernesto buntuje się przeciw jego nakazom, ale i posłusznie im poddaje. Młodzi z chęcią knują przeciw tytułowemu bohaterowi, lecz gdy zwycięscy, skłonni są dzielić z nim swoje szczęście. Don Pasquale obraża się na spiskowców, lecz znajdzie w sercu szczodrość przebaczenia.

I jakaż pięknie dobrana występuje tu grupa międzynarodowych solistów: Simone Alaimo (Don Pasquale), doświadczony bas z Włoch; Juan Diego Florez (Ernesto), przystojny jak Valentino tenor z Peru; Anna Netrebko (Norina), pełna wdzięku sopranistka z Rosji, która zachwyca czystością i siłą głosu; no i Mariusz Kwiecień (dr Malatesta), baryton z Polski, który zbiera coraz gorętsze pochwały ze wszystkich stron. Zbiera słusznie, bo głos ma nośny, śpiewa świetnie, oko cieszy zgrabną figurą i do tego jeszcze aktorsko błyszczy na scenie. (Metropolitan Opera, 7 kwietnia).

***

Jeszcze słowo o innym wybitnym śpiewaku: Andreas Scholl należy do maleńkiego grona wybrańców obdarzonych rzadkim głosem - kontratenorem. Jego recital średniowiecznych i barokowych pieśni przygotowany był jakby specjalnie na wiosenne zamówienie. Pełno tam było o pokusach i obietnicach miłości, o udrękach pożądania i rozkoszach namiętności. (Carnegie Hall, Zankel Hall, 11 kwietnia).

Głos Scholla dźwięcznie przywoływał do życia słowa niemieckiego poety i kompozytora Oswalda von Wolkensteina, który przeszło pół milenium temu w zdumiewająco ponadczasowy sposób wyrażał swe zachwyty:

Serce, umysł, ciało, dusza i wszystko co posiadam
raduje się tą przepiękną wizją.
Całym sobą i zawsze będę
służyć jej z największą czułością.
Kobieto, pozostaniesz
na zawsze w moim sercu.
I jeśli ty także tego pragniesz,
nikt, nawet cesarz nie może mi dorównać.
Nawet gdy jestem tak daleko od ciebie
twoje dumne ciało przypomina mi o miłości.
Moje pożądanie łaknie
twej bliskości,
smakujesz lepiej niż wszystkie inne...


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail