PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 21 kwietnia 2006


Cały czas
stoję w przeciągu

Z Michałem Kwiecińskim, reżyserem, producentem filmowym i teatralnym, rozmawia Justyna Tawicka

Pańska firma producencka nosi nazwę Akson Studio. Skoro akson to dendryt, który przewodzi pobudzenie od ciała neuronu, przyjmijmy w tej rozmowie, że neuron to polskie kino. Czym powinien pobudzić go Akson?

Energią. Zawsze marzyłem o tym, żeby otaczać się ludźmi, którzy emanują odpowiednim natężeniem i rodzajem emocji. Zarażają entuzjazmem, są "energetyczni". Akson Studio to właśnie takie miejsce. Tu pracują ludzie, którzy mogą i potrafią wnieść do filmu to, co na co dzień noszą w sobie.

Przed wejściem w filmowy świat zdążył Pan obronić pracę doktorską z chemii. Czy istnieje chemiczny wzór na udaną produkcję filmową?

Obawiam się, że taki wzór, pewna idealna struktura, nie istnieje. W chemii jako nauce ważną rolę odgrywa woda. W świecie filmowym również czasem panta rhei - wszystko płynie. A mówiąc całkiem serio: dobry scenariusz, dobry reżyser, dobrzy aktorzy - jednym słowem - dużo szczęścia. Nie zaszkodzi też szczypta tego szczęścia podczas procesu dystrybucji.

Nie żałuję czasu spędzonego na wydziale chemii. Jeśli decyduję się na coś, staram oddawać się tej sprawie bez reszty. Widocznie wtedy tak miało być. To, czego mi brak, a co nadrobić jest niełatwo, to czas. Nie twierdzę, że na pracę doktorską poświęciłem go zbyt wiele. Raczej teraz, w wieku 54 lat, mam odczucie, że jest jeszcze tyle do zrobienia, a czasu wciąż brakuje. Studia dały mi sporo, ale ciągle, może podświadomie, staram się "odebrać" życiu te cztery lata doktoratu.

Wszystko zaczęło się w 1986 roku przedstawieniem Branzilla Heinricha Manna, które przełożyłem i wyreżyserowałem dla Teatru Telewizji.

Niedawno miałem okazję oglądać ten spektakl - pierwszy raz po dwudziestu latach. I muszę przyznać, że w mojej optyce widzenia filmowego i teatralnego świata zmieniło się wiele. Może nawet wszystko. Dzisiaj tamte 100 procent oznacza dla mnie 10. Zmienił się punkt widzenia, zmienił się światopogląd.

Od reżyserii "Krawca", "Amfitriona" po "Usta Micka Jaggera", "Białą sukienkę" i "Statystów", poprzez pomysły scenariuszowe: "Solidarność, Solidarność", "Palce lizać", "Rodzina zastępcza", aż po produkcję "Magdy M" i "Oficera", teraz "Oficerów" - to tylko skromna część Pańskiej pracy.

Ilu właściwie jest Michałów Kwiecińskich? Który znajduje się w centrum zarządzania?

Ta różnorodność świadczy jedynie o mojej przemożnej ciekawości świata. Staram się widzieć wiele dróg, nie ograniczać do "jedynej i słusznej" linii artystycznej.

Nie narzucam sobie z góry obranego kierunku. To, co powoduje, że dany projekt zwraca moją uwagę, to owo nieuchwytne "coś": przede wszystkim człowiek, a czasem mieszanka dramatu i farsy, intrygujący szczegół, detal.

Dziś wiem, że kiedy rozpoczynałem swoją drogę w zawodzie, przypominałem trochę postać tytułowego Krawca ze wspomnianej sztuki Mrożka: doskonale rozumiałem samą formę i przede wszystkim starałem się skupić właśnie na niej. Teraz jest inaczej. Zdecydowanie odszedłem od myślenia o formie na rzecz treści. Daleki jednak jestem od krytykowania tych, dla których sztuka opiera się na czymś zgoła odwrotnym.

Ponad 150 spektakli teatralnych, liczne nagrody, m.in. Nagroda Ministra Kultury i Sztuki za reżyserię "Krawca" w 1998 roku, Orzeł - Polska Nagroda Filmowa za "Kroniki domowe" w reżyserii Leszka Wosiewicza w 1999 roku, dwa lata później Grand Prix Krajowego Festiwalu Teatru Polskiego Radia i Teatru TV "Dwa Teatry" za "Bigda idzie!", produkcje filmowe i telewizyjne. Tak różne gatunki. Tak różne doświadczenia. Czy w jakiś sposób te formy wzbogacają się i uzupełniają?

Za każdym razem chcę otwierać coraz to nowe drzwi. Sądzę, że w ten sposób daję nie tylko szansę na odkrywanie nowych lądów widzowi. To również mój sposób na podsycanie własnej ciekawości światem. Z założenia nie prowadzę filmowej "jednopolówki". Myślę, patrzę, odczuwam. Obserwuję, czym żyje świat. Sądzę, że widz, który ma odpowiednią wrażliwość i jest wyczulony na obraz, słowo, dźwięk, nie będzie miał mi za złe, że moja droga nie jest twórczą przygodą, która mogłaby zostać podsumowana kilkoma zdaniami. Film jest specyficzną dziedziną. Trudno byłoby w pełni racjonalnie i matematycznie obliczyć wskaźniki decydujące o powodzeniu danego projektu. To trochę tak, jakby się chciało "obliczyć wszechświat".

Linia między filmem telewizyjnym a kinowym jest niekoniecznie czerwona, ale cienka. Co stanowi kryterium podziału?

Mówiąc o produkcjach telewizyjnych, od razu gdzieś "z tyłu głowy" kiełkuje myśl o codziennych słupkach oglądalności. Film kinowy broni się przed tym choćby istnieniem pewnej kategoryzacji. Weźmy na przykład film festiwalowy i komercyjny. Kryteria podziału są jasne. Również przy okazji powołania Instytutu Sztuki Filmowej kategorie te zostały czytelnie określone. Jeden rodzaj nie ma więc potrzeby konkurowania z drugim.

Produkcyjny tron seriali dzierży Pan silną ręką. Niebawem widzowie będą mieli okazję zobaczyć nową serię odcinków "Oficera" w reżyserii Macieja Dejczera. Nowy tytuł "Oficerowie" zapowiada zmiany.

Ten serial to rodzaj "męskiego", mocnego kina akcji niestanowiącego bezpośredniej kontynuacji losów bohaterów znanych widzom z pierwszej serii Oficera w reżyserii Macieja Dejczera. Obok znanych twarzy: Magdaleny Różczki oraz Borysa Szyca, pojawią się debiutująca w Oficerach rolą policyjnego psychologa Katarzyna Cynke oraz - tu niespodzianka dla tych, którzy zwykli kojarzyć go ostatnio głównie z rolami komediowymi - Cezary Pazura. Ponadto nazwiska, które stanowią markę same w sobie, m.in: Wojciech Pszoniak, Jan Englert, Magdalena Cielecka, Paweł Małaszyński, Marian Dziędziel, Leon Charewicz, Jacek Braciak, Janusz Chabior. Doborowa obsada aktorska i intrygujący scenariusz Wojciecha Tomczyka sprawią, że widzów czekają nie lada emocje. Miłość i nienawiść, zawodowa ambicja i chęć zemsty, wiara w niezłomność zasad, zdolność do manipulacji, podatność na wpływy - to tylko niewielki procent emocjonalnej mikstury, która sprawia, że bohaterowie nieraz gubią się w labiryncie zasadzek, jaki przygotował dla nich los.

Akson Studio jest producentem wykonawczym serialu, który powinien zagościć w jesiennej ramówce TVP 2, producenta głównego.

Pańska firma producencka ma na swoim koncie sukces nie tylko "Oficera". Co, Pana zdaniem, dają widzowi seriale?

Dobry serial powinien dawać poczucie bezpieczeństwa, spełniać rolę quasi-terapeutyczną. Być trochę jak sprawdzony przyjaciel, który odwiedza nas regularnie i na którego odwiedziny z niecierpliwością czekamy. Powinien też spełniać funkcję edukacyjną i przede wszystkim, nie "podlizywać się" widzowi.

Nie cenię seriali, które gdyby mogły, same wskoczyłyby na tacę, aby widz mógł je łatwiej skonsumować. Na szczęście, coraz częściej wyścig o popularność wygrywają seriale z wyższej półki, dystansując słabszych konkurentów.

Wracając jednak do funkcji, jaką powinny odgrywać, nierzadko zdarza się, że najwierniejszymi widzami tej formy telewizyjnej są osoby samotne. Wówczas dodatkowo pojawia się syndrom przynależności do wybranego świata, posiadania takiej "rodziny zastępczej". Widz coraz rzadziej zauważa dzielący go od tego świata ekran. Coraz bardziej utożsamia się z tą "drugą stroną lustra". Zauważa też, że nie jest osamotniony w swoich codziennych problemach, ponieważ jego ulubieńcy także kochają, nienawidzą, gubią się w swoim postępowaniu, cierpią. Ponadto, na szklanym ekranie szukamy nie tylko prawdy o życiu, ale także o swoich marzeniach. A im bardziej rzeczywistość skrzeczy, tym większy deficyt tych ostatnich.

Inwestor będzie zadowolony, gdy widz kupi bilet. Artysta, jeśli film zostanie zapamiętany. Co zatem jest sprawdzianem wartości filmu?

Zapewne najlepszym jest konfrontacja z publicznością. Poparcie pozytywnej opinii widzów uznaniem krytyki. Połączenie kina ambitnego z komercyjnym. Ale w tym miejscu prawie dotykamy cudu.

Przez wiele lat oś tematyczną polskich filmów stanowił moralny niepokój. Dziś postępująca mcdonaldyzacja życia nie ominęła i nas. "Wędrujemy przez zaczarowany świat, jedząc palcami"...

Czy rodzima kinematografia cierpi na brak własnej wizji świata?

Zmiana ustroju nie ominęła i tej dziedziny. Jednak młode pokolenie broni się przed brakiem pomysłów. Jest kreatywne, zaczyna inaczej oceniać rzeczywistość, potrafi sięgnąć wzrokiem dalej niż na widok z okna. Rzecz jasna, że trzeba większej ilości pieniędzy, trzeba reformy kinematografii, ale idzie ku dobremu. Przykładem może tu być chociażby jeden z ostatnich projektów działającego w ramach Akson Studio, Akson Net. Na taki debiut jak Oda do radości czekałem od dawna. To zresztą pierwszy film w historii polskiej kinematografii, który zakwalifikowany został do udziału w konkursie prestiżowego festiwalu filmowego w Rotterdamie. Premiera, która odbyła się 19 kwietnia, to wydarzenie bez precedensu, ponieważ po raz pierwszy w historii polskiej dystrybucji filmowej film ten trafił tego samego dnia do kin, a ponadto jest płatnie rozpowszechniany pod adresem www.itvp.pl w internecie.

Na ostatnim Festiwalu Filmowym w Gdyni "Oda do radości" spotkała się z wyjątkowym przyjęciem polskiej krytyki, która uznała dzieło młodych filmowców za jeden z najdojrzalszych i najciekawszych portretów współczesnej Polski ostatnich lat...

... i świeżym spojrzeniem na naszą rzeczywistość. Trójka debiutujących młodych reżyserów: Anna Kazejak-Dawid, Jan Komasa i Maciej Migas z prostotą i pasją zdecydowali się opowiedzieć współczesną, niejednoznaczną i wielowymiarową historię o młodym pokoleniu. Każdy z reżyserów niejako "poprowadził" swoją postać, zatem bohaterów również jest trzech. Aga po pobycie w Anglii wraca do domu, na Śląsk. To, co zastaje, nie napawa jej optymizmem. W kopalni trwa strajk i pracującemu tam ojcu grozi utrata pracy. Dziewczyna, szukając sposobu na życie, decyduje się otworzyć zakład fryzjerski. Chce w ten sposób pomóc rodzinie. W Warszawie Michał wygrywa radiowy konkurs hiphopowy. Jednak jego życie osobiste dalekie jest od marzeń. Z kolei Wiktor wraca po studiach do niewielkiej nadmorskiej miejscowości. Nie potrafi już porozumieć się z rodzicami, a praca w wędzarni ryb, jedyna zresztą, jaką udało mu się dostać, nie zadowala go. Trzy osoby, trzy miejsca, trzy historie nieoczekiwanie przetną się w kluczowym dla życia bohaterów momencie.

Andrzej Wajda powiedział, że aby robić filmy, trzeba mieć temperament kaprala i duszę poety. Jak, Pańskim zdaniem, powinien brzmieć "dekalog" producenta?

Najważniejsze to być w zgodzie ze sobą. Nie ulegać fałszywym modom ani artystowskim, ani artystycznym. Umieć odróżnić sztukę od bańki mydlanej. Lubić ludzi, być otwartym na ich pomysły. Są producenci, którzy mają do dyspozycji pracowników "na telefon". W moim przypadku jest zupełnie inaczej. W Akson Studio wszyscy są na miejscu. Pracują razem, zżywają się z sobą, zarażają energią i pomysłami. To wszystko stanowi dla mnie zastrzyk inspiracji. Nie należy zapominać o utrzymywaniu więzi z rzeczywistością. Książki, prasa, telewizja. To wszystko wysyła znaki od świata. Chcąc robić dobre kino, kino dla ludzi, jakże tych przekazów nie odbierać?

Potrafię dwudniowymi blokami po dwadzieścia godzin dziennie oglądać telewizję. Wtedy mam świadomość, że wiem, co w trawie piszczy.

Biorąc pod uwagę, że "Drzwi muszą być otwarte lub zamknięte", parafrazując tytuł sztuki z 89 roku w Pańskiej reżyserii, czy kiedykolwiek na swojej zawodowej drodze miał Pan problem z podejmowaniem decyzji?

Ależ ja cały czas stoję w przeciągu! Czasem jestem jedną wielką wątpliwością. Ale tak bywa jedynie przed samym podjęciem decyzji "wejścia w temat". Kiedy już to się stanie, wszystkie wątpliwości ulatują. Cała energia zostaje skierowana na jak najlepszy efekt.

Nie wypracowałem właściwie jednego systemu pracy, który mógłbym odnieść do większości filmowych projektów. W zasadzie każdy z nich to dla mnie nowo otwarta księga, a właściwie carte blanche.

Zanim ta jednak "biała karta" zapełni się znakami, musi najpierw być "punkt-zapalnik". Czasem jest nim po prostu impuls, czasem przekonanie, że mogę jeszcze coś dodać, bo coś jest niedopowiedziane, "nieskończone", ukryte ponad lub między słowami. Wspólnym mianownikiem jest to, że temat musi mnie zaintrygować, muszę go "czuć". Nie wystarczy, że zwyczajnie coś mi się podoba. To za mało.

Gdyby sam miał Pan zostać głównym bohaterem jednego z filmów, byłby Pan...

Od razu przyszedł mi na myśl pomysł projektu komediowego Producenci Mela Brooksa.

Jakie są Pańskie "choroby zawodowe" i czym się objawiają?

Chęć wszystkowiedzenia. Taki rodzaj umysłowego światowidztwa, w którym monitoruję cztery świata strony. To oczywiście półżartem. W łagodniejszej formie "choroba" ta przejawia się syndromem Zosi Samosi. Wszystkiego sam chciałbym dopilnować. Nie wynika to oczywiście z braku zaufania do zespołu, raczej z pasji do pracy, która w połączeniu z moją ciekawością świata tworzy czasem mieszankę wybuchową. Mam zawsze jednak z zanadrzu "tłumik" i w porę potrafię go uruchomić. Ale czasem "światowid" potrafi dzielnie walczyć o swoje prawa.

A czy kreowanie filmowej rzeczywistości nie przyzwyczaja do tego, że można próbować animować świat?

Chyba jeszcze nie dojrzałem do aż tak praktycznego aspektu mojej pracy. A mówiąc całkiem serio: o kreowanie rzeczywistości mógłby pokusić się raczej ktoś, kto jest o przysłowiowe piętro wyżej niż ja. Producent, wbrew pozorom, nie jest osobą, która podejmuje decyzje ostateczne. W swojej pracy jestem przecież osadzony w pewnej strukturze, a na wynik finalny realizowanego projektu składa się wiele czynników, które mogą popchnąć go, nadać pożądany kierunek, lub wręcz przeciwnie. Vis major, siła wyższa, to słowo na stałe wpisane do pracy producenta.

Praca producenta wielu kojarzy się z nieograniczoną władzą, niezależnością. Jest jednak przecież pewna struktura, w której się tkwi, wyznaczana choćby przez słupki oglądalności, całą telemetrię. Czy jako producent czuje się Pan bardziej sterowany, czy raczej - sterujący?

I jedno, i drugie. Dane dotyczące oglądalności, słupki, telemetria, to wszystko jest wpisane w podświadomość producenta. Prawdą jest, że istnieje pojęcie "widza uśrednionego". Często więc zdarza się, że świadomie robi się coś poniżej założonego telewizyjnego poziomu. Argument z reguły zawsze jest ten sam: zmniejszenie ryzyka niezrozumienia. To takie przekleństwo na stałe zrośnięte ze specyfiką zawodu: lekkie podcięcie skrzydeł, które nie boli, bo przecież nie może być inaczej. Lot musi trwać.

Gdyby był Pan Krawcem ze sztuki Mrożka, w jaki sposób "skroiłby" Pan film na swoją miarę?

Najważniejsze, to nie zepsuć dobrego materiału.

Dziękuję Panu za rozmowę.


komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail