 |
Fragment obrazu
Jana Styki
Golgota
|
NINA TAYLOR-TERLECKA
Chrystos zmartwychwstał,
radujmy się!
Obraz Niko Pirosmanaszwili pt. Wielki Post w Gruzji przedstawia w ponurych farbach liturgię odśpiewaną gdzieś na wsi pod gołym, czarnym niebem. Wydzwania dzwon zawieszony na drzewie. Z ołtarza czy pulpitu intonuje pop. Kobieta unosi ręce w błagalnej czy pokutnej modlitwie.
Na Kaukazie i Zakaukaziu w ciągu wieków Kościół staczał nieraz nierówną walkę z głęboko zakorzenionymi zabobonami tubylczych plemion. Przepisowe posty kalendarza liturgicznego odpowiadały atawistycznej wstrzemięźliwości i zwyczajnej, powszechnej biedzie. Nastanie wielkiego postu oznaczało więc ścisłą sześciotygodniową dietę bez mięsa, ryby, mleka i tłuszczu.
Dla Osetyjczyków przynajmniej smak chleba, fasoli czy grochu gotowanego w solonej wodzie osładzała wiara, że Khiristi zawsze znajdzie miejsce w zaświatach dla duszy człowieka, który pościł na tym padole.
Gruzinom te zakazy również przychodziły bez większego oporu. I tak nie brakowało głodnych dni. Oczytani w mądrości Balawara i Mnicha Johanesa wiedzieli przecież, że nadużycie jedzenia powoduje choroby i że przy najlepszej chęci nikt nie potrafi zjeść wszystkiego, co ma przed oczyma.
Wskutek tego "wszyscy Gruzini poszczą z całym rygorem dawnych czasów". Nie odpowiadało to nieszczęsnym obcokrajowcom, głównie turystom z Zachodu, którzy przydarzali się co jakiś czas na drogach i bezdrożach tej wpół jeszcze dzikiej, dziewiczej krainy. Ktoś z nich opisuje, jak w czasie wielkiego postu "we wstrętnych zaułkach czarne garkuchnie wystawiały na widok zgłodniałych przechodniów zakopcone pajdy wieprzowiny i owcze głowy. Zamiast delicyj karnawału - cierpki zapach czosnku".
Szynka przed Wielkąnocą stanowiła "grzech godny wiecznego potępienia". Co gorzej "ci zacietrzewieni ludzie uważają, że nawet sprzedaż mięsa podczas postu jest grzechem". Nasi podróżnicy mieli kłopoty ze zdobywaniem żywności. Gruzini w Ananuri byli gotowi im sprzedać pół szynki za podwójną cenę, ale "musieliśmy pokroić własnymi nożami, gdyż ich delikatne sumienie sprawiało, że nie chcieli nawet dotknąć zakazanego mięsa". Chcąc nie chcąc gość z dalekiego Albionu - bo przeważnie o nich mowa - musiał zacisnąć pasa i jakoś przetrzymać.
Te porządki gorzko zapisały się w pamięci przyszłego pisarza, księcia Akakiego Cereteli (1840-1915), który zachowywał urazowy stosunek do swego dzieciństwa. Wiele lat później wielki post wciąż mu się kojarzył z udręką. "Posty i modlitwy zajmowały niesłusznie ważne miejsce w naszym życiu. Przez cały dzień, zanim wydzwaniano na nieszpory, nie dawano nam jeść ani okruszynki. Pozwalano nam tylko popijać wodę, wieczorem zaś dawano nam kęs czerstwego chleba do gryzienia, nic więcej. Nie było mowy o ciepłej strawie, wino, sól i olej były zakazane. Nie wolno było się bawić".
Mimo odgórnych starań długo jeszcze pokutowały obyczaje nie tak zamierzchłej pogańskiej przeszłości. Wedle starożytnej tradycji Prometeusz został za karę przykuty do skały Kaukazu. W Wielki Czwartek kowale i wieśniacy w okolicy Kutaisi zapalali grube świece, żeby Amiraniego (tak go bowiem nazywali) wyzwolić od złych sił. I modlili się o nadejście dnia, "gdy wielki Amirani zerwie więzy, góry przewróci i przyniesie ludziom ziemi chleb nie poplamiony krwią".
Gdzie indziej - bo na Kaukazie, co dolina to inna kraina - legenda głosiła, że tenże Amirani wymyślił nowy sposób kucia żelaza. I w poranek wielkoczwartkowy tamci kowale, w obawie o zbyt silną konkurencję, bez słowa uderzają młotem w kowadło, żeby umocnić mu okowy.
Przy tym wszędzie, bez względu na region czy wyznanie, najważniejszy zawsze był baranek wielkanocny. Dla Osetyjczyków był również de rigueur. Zabijano go wedle starego, wypróbowanego rytuału przygotowania zwierząt ofiarnych. Stojąc nad strumieniem, kobieta czerpała wodę na czurek wielkanocny. Tymczasem baranka wnoszono do domu i płonącym klocem piętnowano mu czoło znakiem krzyża. "O Kuadżanie - modlono się - niech ten baranek będzie Ci słodki. Daj, żebyśmy młodzi i starzy witali Cię co roku w pełnym zdrowiu". Wnet w milczeniu na stole pośrodku pokoju podrzynano barankowi gardło. Krew zbierano w miednicy.
Francuski podróżnik Dubois de Montpéreux podaje jeszcze jedną relację o wspólnej ofierze wielkanocnej w Osetii. Wieśniacy gromadzili się pod starą cerkiewką czy świątynią. Senior wioseczki klękał i każdemu z zebranych rozdzielał po kawałeczku przywiązanego do pałki smalcu czy cynaderki. Resztki wrzucał do ognia. Mięso zwierzaka zjadano, kości palono, a czerep składano do świątyni jako swoisty kalendarz, dla obliczenia mijających lat.
W Tbilisi kupno baranka przyczyniało się do znacznego ożywienia ruchu w handlu. Targ dosłownie pękał we szwach. Pisze gość z Zachodu: "Tysiące ślicznych baranków, z śnieżnobiałą sierścią, ofiarowano nawet najbiedniejszym w tłumie. Widziałem nawet żebraków w łachmanach, targujących się z Tatarami i Ormianami o ten delikatny kąsek". Cała ta malownicza scenka wywołała jednak zgrzyt i niesmak, bowiem "gdy zobaczysz niewinne i ufne twarzyczki tych pięknych młodych istot, trudno nie żywić zastrzeżeń do chrześcijańskiego święta, które zaczyna się od tak okrutnej rzezi".
Ubój ofiary paschalnej - jeśli nie jagnięcia, to prosięcia lub koźlęcia - należał do męskich obowiązków, tak samo jak zdarcie skóry i nadzianie na szpikulec rożna. Kobiety i tak miały pełne ręce roboty: podłogi zamiatały, kurczęta oskubywały i ochędożyły, jajka malowały, do tego jeszcze dochodziło całe pieczenie. Zgodnie z ormiańskim przesądem po malowaniu jajek nie wolno było palić obierzyn cebuli i czosnku. Stanowiły bowiem pieniądz magiczny, który mógł się przemienić w złoto; tak że chętniej oddawano je akuszerkom.
Działa o północy zapowiadały początek świętowania w Tbilisi. Cała ludność wysypywała się na ulice miasta. Przyjaciele i nieznajomi padali sobie w objęcia, składając życzenia: "Chrystos zmartwychwstał!".
Niemiecki uczony dr Wagner uważał ten zwyczaj za pustą formę, przepisaną przez Kościół. "Ani na sekundę nie jesteś wolny od tej straszliwej plagi całowania. Taki jest obyczaj w rosyjskich, greckich i gruzińskich cerkwiach, i inne wyznania stopniowo przyswajały sobie ten zwyczaj. Generał ściska żołnierza, książę - stróża, szlachcic - chłopa pańszczyźnianego. Nawet sam wielki car całuje swego grenadiera w Petersburgu". Tylko Rosjanie w Tbilisi uważali, że tego całowania wielkanocnego całkiem nie ma tam za dużo.
O świcie wyruszano do cerkwi, gdzie zabierano malowane jajka jako dary dla zmarłych. Po jutrzni spokojnie zasiadano do stołu. Niko Pirosmanaszwili niejednokrotnie namalował stół wielkanocny. Stoi półmisek z jajkami, szparagiem czy ogórkiem. Krępe baby wielkanocne, w rosyjskim stylu, są oznaczone cyrylicą: "X. B. Khristos Woskresen - B. B. - Woistinu woskres!" lub po ormiańsku i gruzińsku: "Uczta Wielkanocna", "Chwała Bogu, żeśmy dożyli Wielkiejnocy", "Chwała Panu Bogu że jesteśmy obecni na Rezurekcji Pańskiej". W środku stołu baranek paschalny ma ślepie głęboko osadzone w ciemnych oczodołach. Jego przenikliwe spojrzenie jest owiane smutkiem. Ponad jego głową fruwają ptaszki i latają naiwne, sielankowe aniołki.
I tak to po mszy rezurekcyjnej świętowano w rodzinie. Tymczasem na mieście "bazar i wszystkie sklepy są pozamykane. Całe Tbilisi jest ubrane po świątecznemu i przechadza się po ulicach. Jadłodajnie i gospody są przez cały dzień oblężone przez szczęśliwe i harmonijne grono Osetyjczyków, Gruzinów, Ormian i Kozaków. Ci wszyscy osetyńscy, ormiańscy i gruzińscy żebracy, tragarze i włóczykije bynajmniej nie przejmują się, jeśli czasem jakiś kąsek wpada im z powrotem do wspólnego półmiska". Podziwiając malowniczość zakaukaskich obyczajów, goście zachodni nie kwapili się jednak do wspólnej degustacji tych baranich delicji.
W Autobiografii książę Cereteli wspomina, jak na Wielkanoc chłopcy ze wsi obchodzili wszystkie domy i śpiewali czonę, wielkanocny hymn dziękczynny.
"Hej da eh, ah! Jak nie jesteś w żałobie, zaśpiewamy Pani czonę.
Niech Bóg Najwyższy daje życie niemowlakowi w kolebce, eh, ej, da, eh!
Alatasa balatasa zawieszę koszyk.
Bóg Pani wynagrodzi stokroć - daj nam Pani tylko jajko".
Śpiewał solista, akompaniował mały zespół. Po domach muzykanci dostawali jajka pomalowane tradycyjnie na czerwono, różne ciasteczka, czasem nawet monetę. W Duszecie, położonym kilka mili od Tbilisi przy gruzińskiej drodze wojennej, wieśniacy śpiewali własną wersję czony:
"Jeśli umrę i zejdę do grobu żal mi będzie dziewcząt:
Jedna to słodka czarownica, druga - szczupła jak trzcina,
Trzecia - rozkosz dla oka, zaślepia urodą...".
Śpiewy te dość odbiegały od wątku zmartwychwstańczego. Lepiej więc poprzestaniemy na jednej z tradycyjnych pieśni, łączącej sacrum i profanum:
"Chrystos zmartwychwstał,
radujmy się!
Niech się raduje każda żywa istota,
każda dusza.
Niech wszyscy się radują.
Niech mrówka się raduje.
Wczoraj Jedyny Syn Matki
Wkroczył przez Bramę Niebios
Ubrany w białą czochę,
Z czapką ozdobioną w róże
Które poruszały się na wietrzyku.
Tak jak wietrzyk kocha Syna
Niepogoda kocha burzę i huragan.
My zaś wolimy pogodę od słoty,
Człowieka szczodrego od grzesznika
I młodą dziewczynę
Od wychudłej staruszki -
Owszem, owszem!
I od dużej, pustej beczki
Wolimy małe, a pełne kwewri".
|