Marek Kusiba
Żabką przez Atlantyk
Powrót do gwiazd
Na początku tygodnia, w którym obchodzimy pierwszą rocznicę śmierci Jana Pawła II, odszedł Stanisław Lem. Pomimo różnic światopoglądowych, dzielących tych dwóch wybitnych Polaków, łączyło ich wiele. Byli bardziej znani i czytani w świecie niż ktokolwiek z rodaków. Podobne też było ich umiłowanie dla literatury, jak i w literaturze tej ich... nieobecność. Karol Wojtyła, zwłaszcza pod koniec życia, pisał świetne wiersze, ale krytyce z wielkim trudem przychodziło wyduszenie z gardła pojęcia "poeta". Odkąd biskup krakowski został papieżem, jakoś nie wypadało przyklejać Jego Świątobliwości łatki "literata".
Podobnie było z "papieżem literatury science fiction". Raz przyłożony stempel "twórcy fantastyki naukowej" stał się dla Lema piętnem i piętą achillesową. Twórca Solaris buntował się przeciw wsadzaniu go do ciasnej szufladki, ale bezskutecznie. W Niemczech pisano rozprawy doktorskie o jego filozofii, powstawały prace na temat jak najbardziej ziemskiego świata jego prozy, a dla rodaków bujał on ci na obłoku Magellana.
Nie zmieniła tego nastawienia także Summa Technologiae, fascynująca rozprawa na temat przyszłych losów ludzkości. Nie pomagały głosy tak wybitne, jak Jerzego Jarzębskiego. W Apetycie na przemianę przypomniał niedawno, że po październiku '56 Stanisław Lem był jednym z "najważniejszych prozaików polskiej współczesności", pośród takich nazwisk, jak: Jerzy Andrzejewski, Kazimierz Brandys, Andrzej Braun, Leopold Buczkowski, Stanisław Dygat, Tadeusz Konwicki, Maria Kuncewiczowa, Włodzimierz Odojewski, Adolf Rudnicki, Julian Stryjkowski, Jan Józef Szczepański. "Dochodził do nich debiutujący po przekroczeniu pięćdziesiątki Andrzej Kuśniewicz i wielcy twórcy emigracji, jak Witold Gombrowicz czy Gustaw Herling-Grudziński" - dodawał Jarzębski. Niewiele to jednak zmieniało. Nie było w Polsce apetytu na przemianę w myśleniu o Lemie jako pisarzu, eseiście, filozofie, znakomitym felietoniście i publicyście, słowem - wybitnym, niezależnym duchem myślicielu i artyście.
Zupełnie niedawno, tuż przed końcem stulecia - a może właśnie dlatego? - literatura polska spojrzała bardziej przychylnym okiem na głębokie i mądre teksty Lema. Autor Filozofii przypadku nie przypadkiem wybiegał myślą tak daleko, że współcześni nie mogli za nim nadążyć... Choć debiutował wcale nie po pięćdziesiątce, w roku 1951 (powieścią Astronauci), jego przyjście na literacki świat zauważył właściwie tylko Leopold Tyrmand - w Dzienniku 1954 pisał: "Żyje w Polsce młody pisarz Stanisław Lem. Jest to znakomity pisarz, pokrewny tematyką swej twórczości Wellsowi, ale daleko mocniejszy literacko od znakomitego Anglika".
Nie chcę nawet wspominać, kto nie wspominał o Lemie, lista jest zbyt długa i krępująca. Znacznie ciekawsze jest to, jak sam Lem wspominał innych. Na przykład Jana Pawła II - na łamach Tygodnika Powszechnego, z którym obaj rozpoczęli współpracę już przed 60 laty.
Na wiadomość o śmierci Papieża Lem przytoczył mało znaną, rodzinną historię Rogera Cohena z International Herald Tribune. Nie sposób nie zacytować fragmentów tego felietonu (Rwąca fala): "W 1942 roku dwie ukrywające się Żydówki z Krakowa zostały aresztowane przez Niemców, a następnie przewiezione do Bełżca i w październiku tegoż roku uduszone gazami z silnika Diesla. Nazywały się Frimeta Gelband i Salomea Zierer, były siostrami. Salomea miała dwie córki, z których jedna przeżyła wojnę.
W styczniu 1945 roku trzynastoletnia Edyta Zierer, bliska śmierci, została uwolniona z hitlerowskiego obozu pracy w Częstochowie. Miała nadzieję, że odnajdzie kogoś z rodziny. Z trudem doszła do dworca i wsiadła do pociągu, który pomału ruszył. Robiło jej się coraz zimniej, obawiała się, że umrze i w którejś chwili opuściła pociąg. Usiadła w rogu stacji, nikt nie zwracał na nią uwagi, czuła, że śmierć się zbliża. Nagle podszedł do niej młody człowiek w sutannie. 'Co tu robisz?' - spytał. Odpowiedziała, że próbuje dostać się do Krakowa, ale zabrakło jej sił. Człowiek zniknął i wrócił z herbatą. Za chwilę odszedł znowu, by jej przynieść chleba i sera. Kiedy zjadła, usłyszała: 'Spróbuj wstać'. Nie mogła, więc zaniósł ją do wagonu. Kiedy się rozstawali, powiedział, że nazywa się Karol Wojtyła i jest klerykiem. Minęły 33 lata i dawny kleryk został papieżem, a Edyta Zierer, mieszkająca już wtedy w Hajfie, napisała do niego. Potem odwiedziła Watykan, a Papież udzielił jej błogosławieństwa".
Taki był Karol Wojtyła za młodu i takim też był papieżem - jak pisał Lem "zawsze zajmował się podtrzymywaniem i ratowaniem życia ludzkiego". Pisarstwo autora Powrotu z gwiazd służyło podobnie wzniosłej misji: podtrzymywaniu wiary w sens życia - na Ziemi. Lem pisał i mówił o jedyności życia na naszej planecie i konstatował ze smutkiem, że świadomość ta nie przemawiała do "wściekle zwalczających się narodów i frakcji".
Zupełnie jakby dopowiadał myśli Papieża, którego lekcje tolerancji i szacunku dla poglądów Innego poszły w Polsce - miejmy nadzieję, że przejściowo - w zapomnienie...
| |