PRENUMERATA
"PRZEGLĄDU POLSKIEGO"
W WERSJI PDF:

 

 

Przegląd Polski 24 marca 2006


Marek Kusiba

Żabką przez Atlantyk

Antymnichomania (2)

Przed tygodniem napisałem o nieobecnych na Golgocie apostołach, których Kościół podniósł - mimo ich nieobecności przy męczeństwie Jezusa - do godności świętych. Współczesność także dostarcza dowodów na to, że można być nieobecnym przy zbrodni, a wiedzieć o niej więcej od głównych zainteresowanych, czyli kata i ofiary - choć niekoniecznie należy od razu oczekiwać beatyfikacji. Weźmy takiego wiceprezydenta Słupska Andrzeja Obecnego. Był nieobecny podczas "wyzwalania" miasta przez Armię Czerwoną, ale wie, że... niemieckie kobiety gwałciły żołdaków. Niemki schroniły się w kościele św. Ottona i tamże dopadli je "wyzwoliciele". Musiało upłynąć 60 lat, by na sesji rady miasta odważny Obecny-nieobecny dał wreszcie świadectwo prawdzie: "Nie niemieckie kobiety były gwałcone przez żołnierzy Armii Czerwonej, lecz odwrotnie, żołnierze radzieccy byli napastowani przez prostytuujące się kobiety niemieckie".

Najstarsi mieszkańcy Słupska pamiętają wszak, że przez kilka dni czerwonoarmiejcy mordowali, gwałcili, grabili i palili. Całe sowieckie żołdactwo miało wtedy glejt dowództwa na gwałcenie kobiet na terenach niemieckich. Zdarzały się oczywiście wyjątki od reguły, gdy młode Niemki szukały sposobu na przeżycie za każdą cenę. Wątpię, by wywodzący się z Sojuszu Lewicy Demokratycznej Obecny uczestniczył w niedzielnych mszach świętych. Nie wierzę także, by oddawał się lekturze najnowszej historii Polski równie ochoczo jak Niemki (w jego wyobraźni) Rosjanom. Obecnego nie usprawiedliwia nieobecność w podręcznikach do historii prawdziwego obrazu końca wojny w Polsce, gdy niemiecki narodowy socjalizm został zastąpiony przez międzynarodowy socjalizm w sowieckim wydaniu.

Dla tysięcy polskich patriotów oznaczało to zamianę lasu na tajgę. Gdy mój śp. teść, były AK-owiec, wrócił po trzech latach z przymusowego "turnusu odchudzającego" w ośmiu "kurortach" Gułagu (ważył 36 kilo), dokończył studia prawnicze na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim. Na wiele mu się one wszak nie zdały, bo pracy i tak w zawodzie dostać nie mógł. Poszedł więc w ślady swego ojca-organisty w wiejskim kościółku. W stalinowskiej Polsce nie krzyżowano raczej księży na drzwiach kościołów, tak jak popów na drzwiach cerkwi w Sowietach, ale nie wspominał tych czasów zbyt ochoczo. W kraju szalał osławiony generał NKWD Iwan Sierow, wspierany przez Krwawą Lunę, czyli pułkownik Julię Bystygierową, kierującą V (wówczas) departamentem Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, zajmującym się Kościołem. Sierow wiedział, że Polacy to kulturnyj narod, stosował więc bardziej "dyplomatyczne" metody niż krzyżowanie. Polegały one na rozbijaniu Kościoła przy pomocy wprowadzanych w jego struktury agentów.

Gdy dzisiaj polska prasa huczy od afer z księżmi kolaborującymi z bezpieką, dobrze jest pamiętać o tych dziwnie słabo obecnych w niej bezpieczniakach, krzewiących w PRL zdobycze socjalizmu za pomocą kombinerek używanych do wyrywania paznokci. Mój teść-organista zapamiętał na przykład, że największe represje wobec duchownych zaczęły się po wygłoszeniu w 1947 r. przez Bystygierową referatu pt. "Ofensywa kleru i nasze zadania". Zadania te polegały na stałym nękaniu, zastraszaniu, śledzeniu, biciu i aresztowaniu wszystkich związanych z Kościołem - od biskupów po ministrantów. Likwidowano kółka różańcowe i pisma, na przykład Tygodnik Warszawski. W 1950 r. aresztowano 132 księży. W 1953 r. uwięziono prymasa Stefana Wyszyńskiego, a Tygodnik Powszechny oddano w pacht PAX-owi.

Teść wspominał o nękaniu jego uczelni. Akcja rozpracowywania KUL-u miała piękny kryptonim "Bogobojni". Stalinowską "antymnichomanię" nakręcała osobiście Krwawa Luna. Lubowała się zwłaszcza w przesłuchaniach i katowaniu więźniów. Koledzy teścia, którzy przeżyli tortury, mówili o niej, że była gorsza od gestapo. Po przejściu na (wysoko płatną) emeryturę nie porzuciła swych namiętności: tym razem torturowała czytelników powieścią Krzywe litery (wydaną pod panieńskim nazwiskiem Prajs). Podobno pod koniec życia nawróciła się na katolicyzm.

Lista następców Krwawej Luny jest długa jak transsyberyjska kolej. Nie wiem, czy generałowie Płatek i Kiszczak, pułkownik Pietruszka i kapitan Piotrowski zajęli się spisywaniem swych wspomnień. Niektórzy z nich, jak np. Kiszczak, otrzymali już rozgrzeszenie, co prawda od prasy raczej niekatolickiej, ale zawsze. Dla części młodych Polaków uchodzą dziś za współtwórców obecnej demokracji. Dla wielu ofiar Peerelu, żyjących na emigracji, nazywanie Kiszczaka "człowiekiem honoru" jest piekącym policzkiem, podobnie jak próby ubierania generała Jaruzelskiego w szaty Konrada Wallenroda.

Okazuje się, że w Polsce można być katem, a stać się ofiarą: ubecja była przecież obecna na strajkach, na pielgrzymkach, przy montowaniu okrągłego stołu i rozmontowywaniu Solidarności. Wcale bym się też nie zdziwił, gdyby w kościele św. Ottona w Słupsku zaczęto odprawiać msze za dusze "napastowanych przez Niemki czerwonoarmiejców".

P.S. Przy pisaniu korzystałem m.in. z materiałów Jana Ośki.

 

komentarze, opinie, sugestie - kliknij tu aby wysłać e-mail