ROMAN MARKOWICZ
Kolejny nowojorski triumf
Ewy Podleś
Ewa Podleś nie jest może ulubienicą Metropolitan Opera, która to instytucja wydaje się ją demonstracyjnie ignorować, natomiast od lat jest wprost ado- rowana przez amerykańsko-ormiańskiego pianistę-dyrygenta Konstantina Orbeliana.
Z nim właśnie i jego Moskiewską Orkiestrą Kameralną po raz kolejny wystąpiła w Nowym Jorku, tym razem w Avery Fisher Hall. Choć koncert ten nominalnie miał prezentować znany moskiewski zespół, obchodzący w tym roku 50-lecie istnienia, to nie ulegało wątpliwości, iż jedynie znikomy procent publiczności przybył do Lincoln Center zwabiony ich jubileuszem. Gdyby ktoś miał co do tego wątpliwości, to wystarczyło jedynie posłuchać owacji witającej polską artystkę, zanim jeszcze zaśpiewała pierwszą frazę. To niezmiernie serdeczne, entuzjastyczne przyjęcie zniwelowało również fakt, że tego niedzielnego popołudnia 26 lutego Avery Fisher Hall wypełniona była w mniejszym stopniu, niż należałoby się spodziewać. Ale w końcu występuje się nie dla tych, którzy pozostali w domu: wśród przybyłych, jak się okazało, znalazła się wyjątkowo liczna grupa amerykańskich i europejskich dziennikarzy i recenzentów.
Ewę Podleś usłyszeliśmy tym razem w "kantacie" Joanna d'Arc Rossiniego w orkiestracji Salvatore Sciarrino, której w tej właśnie wersji dotychczas nie wykonywała w Nowym Jorku, oraz w cyklu Pieśni i tańce śmierci Musorgskiego, zorkiestrowanym przez Szostakowicza. Pełna zachwytu publiczność, nie tylko bijąca brawo, ale nawet tupiąca nogami, zmusiła śpiewaczkę do dwóch bisów; wybrała na nie arioso z muzyki Prokofiewa do filmu Aleksander Newski i arię z kantaty Moskwa Czajkowskiego.
Program Moskiewskiej Orkiestry Kameralnej obejmował Symfonię nr 49 "La Passione" Haydna oraz dwie transkrypcje dokonane przez twórcę tego zespołu Rudolfa Barszaja, wybitnego rosyjskiego altowiolinistę i dyrygenta - Kwartet smyczkowy c-moll nr 8 op. 110 Szostakowicza oraz wybór Wizji ulotnych op. 22 Prokofiewa.
Sztukę wokalną naszej artystki opisywałem na łamach Przeglądu Polskiego wielokrotnie i tym razem, aby nie być posądzonym o stronniczość, zdecydowałem oddać głos nowojorskim krytykom, którzy jednogłośnie prześcigali się w superlatywach. Najważniejszą wydała mi się więcej niż pozytywna ocena Anthony'ego Tomassiniego, głównego krytyka New York Timesa. Tomassini, uważany za znawcę świata operowego i muzyki wokalnej, występów Ewy Podleś w Nowym Jorku dotąd jeszcze nie opisywał, tak więc jego ocena była szczególnie istotna (choć nie dlatego, żeby ta powszechnie uznana gwiazda potrzebowała jeszcze recenzji w budowaniu swojej kariery). Krytyk nie miał problemów z rozpoznaniem arsenału wokalnego naszej śpiewaczki. Podkreślił na wstępie szczególną barwę i unikatowe brzmienie jej głosu, jak również solidną technikę wokalną, pozwalającą jej na pokonywanie bez strachu i wysiłku trudnych koloraturowych momentów końcowej arii z Joanny d'Arc Rossiniego. Zauważył, że nie opuściła ani nie "zamazała" nawet jednej nutki. W równym stopniu zaimponowało mu emocjonalne zaangażowanie, a także rozczulająco piękne frazowanie kawatyny oraz spontaniczność jej śpiewu. Opisując Pieśni i tańce śmierci powtórnie stwierdził, iż było to śpiewanie nie tylko pełne odcieni i charakteru, ale też szczególnie urzekające. Swój opis koncertu Tomassini zamknął otwartym wezwaniem do władz Metropolitan Opera, a przede wszystkim do jej nowego dyrektora Petera Gelba, że ich obowiązkiem jest powtórne - po 22 latach! - zaproszenie Ewy Podleś na występy na tej scenie.
Jeszcze bardziej entuzjastyczna była recenzja w New York Sun, którą Fred Kirshnit, krytyk znany z raczej ostrych ocen i wysokich wymagań, zatytułował "Niebiański, rzadko słyszany głos". I on podkreślił zdumiewający rozmiar i skalę głosu śpiewaczki oraz dramaturgiczne walory jej interpretacji. W jego opinii kantata Rossiniego to nie był wyłącznie popis największego dziś kontraltu, ale wprost reinkarnacja Joanny d'Arc. O finałowym fragmencie kompozycji napisał, że o takim śpiewaniu można jedynie marzyć. To ostatnie stwierdzenie spuentował jeszcze kolejnym, wartym przytoczenia: "Nie powinienem może przyznawać się publicznie, ale w skrajnych sytuacjach, jak ten występ, brakuje mi czasami słów: aby go docenić, to po prostu trzeba tam było być i samemu usłyszeć!". O wykonaniu pieśni Musorgskiego napisał m.in., że swoim śpiewam Podleś jak cennym darem obdarzyła publiczność. Z panem Kirshnitem i jego muzycznymi osądami dość często się nie zgadzam i kwestionuję jego opinie. Mogę jednak z całkowitą odpowiedzialnością stwierdzić, iż nieczęsto mu się zdarza brak słów, a jeszcze rzadziej taki entuzjazm.
W innym nowojorskim dzienniku, w Newsday, Marion Rosenberg porównała wykonania Rossiniego przez Cecylię Bartoli i polski kontralt. O ile słynna Włoszka podlizuje się wdzięcznej publiczności i prezentuje w tej scenie Joannę-pasterkę, o tyle Podleś staje się prorokiem obcującym z bogami, prorokiem, którego słuchacz przyjmuje z nabożną czcią. Jej wezwanie do walki i chwały wprost elektryzowało publiczność. Recenzentka nie przebierając w słowach napisała, iż lokalni organizatorzy życia muzycznego, którzy tak rzadko sprowadzają polską artystkę na nowojorskie estrady, są po prostu głupi, bardzo głupi.
Nie ukrywam, że opinie moich kolegów po piórze szczerze mnie uradowały. Moje własne, zarówno o kompozycji Rossiniego, jak i pieśniach Musorgskiego, które w jej interpretacji słyszałem niejednokrotnie, niczym się w przeszłości nie różniły. O ile żaden artysta nie jest chyba jednakowo przekonujący we wszystkich pozycjach swego repertuaru, to w przypadku ostatniego koncertu Ewa Podleś zaprezentowała nam kompozycje, które po prostu do niej, i to nie od dzisiaj, należą. Trzeba jeszcze dodać, że w porównaniu z poprzednimi koncertami, Orbelian dokonał wyraźnych postępów w sztuce prowadzenia orkiestry. Był bardzo czujnym akompaniatorem i jedynie w kilku miejscach kwestie balansu pomiędzy głosem a orkiestrą stały się zauważalne. Również jego wersje symfonii Haydna oraz kwartetu smyczkowego Szostakowicza były łatwe do zaakceptowania. Orbelian panuje dziś o wiele lepiej nad zespołem i dyryguje z większą pewnością i autorytetem. Moskiewska Orkiestra Kameralna nie jest tym samym zespołem, co przed pięcioma dekadami. Wtedy był to jeden ze stosunkowo niewielu zespołów tego rozmiaru we wschodniej Europie, a do tego - tak jak każda sowiecka grupa wyczynowa: muzyczna czy sportowa - prowadzony był żelazną ręką przez znanego z dokładności Rudolfa Barszaja. Czasy i warunki dramatycznie i drastycznie się zmieniły, a obecny dyrektor artystyczny tej wciąż dobrej, ale na pewno nie rewelacyjnej orkiestry nie jest ani muzykiem, ani dyrygentem tej samej klasy co jego legendarny poprzednik.
Na początku artykułu umieściłem słowo kantata w cudzysłowie. Obszerniej pisałem o tym dziele rok temu, kiedy Podleś wykonywała Joannę d'Arc w wersji z fortepianem. Słysząc rozbudowaną operową scenę, której jakoś nie jestem w stanie, pomimo oryginalnego tytułu, nazwać kantatą, w wersji orkiestrowej podbudowuje jedynie moje oryginalne podejrzenia. Uważam za niemal pewne, iż komponując w 1832 Joannę d'Arc dla swojej przyjaciółki (i późniejszej drugiej żony) Olimpii Pelissier, Rossini "słyszał" w partii fortepianowej orkiestrę, z którą jako kompozytor oper rozstał się zaledwie 3 lata wcześniej.
Kończąc to sprawozdanie muszę dodać, że nie jestem zbyt optymistycznie nastawiony do stanowiska panów z Metropolitan Opera, którzy podobne apele prasy, aby Podleś sprowadzić do ich teatru, słyszą już od lat. Zauważmy jednak, że to ich ślepota i głuchota, ich strata. A Ewa Podleś niech nadal tu przybywa i śpiewa dla tych, którzy jej występy przyjmują jako dar boży.
|