MARIA KORNATOWSKA
Artysta
jaskółczego niepokoju
W dziesiątą rocznicę śmierci
Krzysztofa Kieślowskiego
Nie
lubię słowa "sukces", bo w ogóle nie wiem, co to słowo znaczy.
Sukces dla mnie to osiągnąć coś, czego naprawdę bym chciał.
A to, czego chcę, jest prawdopodobnie nie do osiągnięcia
Krzysztof Kieślowski
Mógłby stać się bohaterem filmu, najlepiej zrealizowanego
przez niego. Był pod każdym względem postacią dramatyczną.
Może i tragiczną. Życie i twórczość Krzysztofa Kieślowskiego
układają się w fascynującą opowieść, pełną tajemnic i sprzeczności,
splątaną, nieoczywistą i niejednoznaczną. "Refleksje dotyczące
jego dzieł - pisze w interesującej książce Ergo Sum
- poszukiwania sensu istnienia w polskim i radzieckim filmie
1960-1990 Irina Tatarowa - nie tylko nie dają się łatwo
pogodzić, ale najczęściej są sprzeczne. Cel i sens poszukiwań
artysty wzbudzają całą gamę emocjonalnych reakcji - od gwałtownej
nieakceptacji, poprzez pobłażliwą obojętność lub wytrwałe
próby zrozumienia, aż po uwielbienie".
Od debiutanckiej Blizny, której nie lubił, a która
tak idealnie rymuje się z Czerwonym, dziełem ostatnim,
ulubionym, z pełnego pasji, charyzmatycznego bujnowłosego
chłopca zmieniał się stopniowo, mimo sukcesów i światowej
sławy, w zgorzkniałego samotnika i mizantropa. Autobiografia
O sobie jest poruszającym zapisem pesymizmu, goryczy
i poczucia klęski, świadectwem głębokiego rozczarowania i
zniechęcenia do sztuki, którą uprawiał. A przecież spośród
polskich reżyserów osiągnął największą zagraniczną sławę i
popularność, stał się postacią, rzec można, kultową, rodzajem
guru, zwłaszcza dla ludzi młodych, spragnionych autorytetów
i osoby ojca.
"Pamiętam - wspomina pierwsze z nim spotkanie Agnieszka Holland
- że Krzysztof zrobił na mnie od razu duże wrażenie. Czuło
się, że jest liderem. Było w nim coś takiego, że kiedy zabierał
głos, wszyscy momentalnie zwracali się w jego stronę". Jego
osobowość fascynowała przyjaciół i współpracowników. Książka
Stanisława Zawiślińskiego Kieślowski - ważne żeby iść...
wyrasta z tej fascynacji właśnie, z podziwu dla postawy moralnej
reżysera, jego wewnętrznej uczciwości, jego stosunku do życia
i sztuki. Z jego bliskiego myśli filozoficzno-religijnej tao
przekonania, że ważniejsza jest droga niż cel. Nie jest to
zresztą pierwsza publikacja, jaką autor poświęcił twórcy
Amatora. Z biegiem lat stał się wiernym i pilnym kronikarzem
jego życia i dzieła. Gromadził materiały, dokumenty, świadectwa.
Uczestniczył w wydarzeniach związanych z pamięcią o Kieślowskim.
W swojej książce sięgnął nawet do kronik rodzinnych, do historii
nie tylko rodziców, ale i dziadków reżysera. Kieślowski dzieciństwo
miał niezbyt sielskie, młodość trudną. Rósł i dojrzewał w
cieniu śmiertelnej choroby ojca, ciągle zmieniał miejsca zamieszkania,
szkoły, kolegów. Pędził żywot nomada. Nie mogło to pozostać
bez wpływu na psychikę chłopca. "Przerażała go kruchość życia,
absurdalna ulotność ludzkiej egzystencji" - pisze Zawiśliński.
Temat nietrwałości wszystkiego, temat śmierci przewija się
przez całą twórczość Kieślowskiego, jest jednym z jej głównych
motywów. Ojciec był dla niego postacią ważną. Autorytetem.
Osoba ojca odgrywa istotną rolę w fabułach jego filmów. Matka
jest jakby nieobecna, co nie znaczy, że nie kochał własnej.
Jako szesnastoletni chłopak ląduje Krzysztof w stolicy, zaczyna
naukę w Liceum Technik Teatralnych. Mieszka w bursie, w Dziekance.
W 1964 r. zostaje przyjęty na Wydział Reżyserii łódzkiej szkoły
filmowej, wynajmuje pierwszy, "własny" pokój w smutnej i szarej
Łodzi. Rozpoczyna kolejny rozdział życia.
Zawiśliński z detalami opisuje dzieje tego życia, szkicuje
konteksty, przywołuje wypowiedzi i komentarze współpracowników
i przyjaciół. Dla twórcy Przypadku najważniejszym etapem
realizacji filmu był montaż. Nic tedy dziwnego, że poświęcona
mu monografia jest utworem montażowym. Daje to w efekcie nowoczesny,
dynamiczny rytm - książkę świetnie się czyta - rzuca wielopunktowe
światło na historię i postać bohatera. W sposobie konstruowania
dzieła, w stylu opowieści wyczuwa się głęboko emocjonalny
stosunek autora do podmiotu jego rozważań. Zawiśliński współtworzy
i zarazem podbija mit Kieślowskiego. Mit Artysty z Ludzką
Twarzą, niezależnego, kroczącego własnymi ścieżkami, uczciwego
do szpiku kości, zdolnego wyrazić na ekranie to, co ludzi
najbardziej boli i czego najbardziej potrzebują: wiarę, nadzieję
i miłość. Tytuły rozdziałów i podrozdziałów mówią za siebie:
Żeby film był filmem, Wielka gorączka, Od
miłości do nienawiści, Podróż w głąb duszy czy
Wolność i dusza, Olśniewa i wzmacnia, Tworzenie
i oddziaływanie itd.
Autor nie kryje faktu, że im bardziej twórca Trzech kolorów
ceniony był za granicą, im bardziej obrastał w prestiż i sławę,
tym większe budził resentymenty w ojczyźnie. Zaczęło się,
oczywiście, od polityki, od której, rozczarowany, oddalał
się powoli, lecz konsekwentnie właściwie już od Robotników
'71. "Dla Krzysztofa to było doświadczenie krańcowe -
mówi Agnieszka Holland. - Po Robotnikach wpadł w totalny
pesymizm. Utracił ostatecznie wiarę w to, że można coś zmienić
w świecie".
Analizując Przypadek, Stanisław Zawiśliński cytuje
m.in. Tadeusza Sobolewskiego: "... nastały trudne czasy dla
twórców, którzy nie chcą być wyrazicielami żadnej ideologii,
pragną natomiast zachować postawę dokumentalisty, rejestratora
stanu ducha, własnego i potocznego. (...) Twórca tego formatu
co Kieślowski (...) musi za wierność sobie zapłacić pewną
cenę u władz, u krytyki i u publiczności. Sądzę, że osamotnienie
reżysera bierze się nie stąd, że źle się ustawił (taką opinię
o nim słyszałem), ale że nie ustawił się wcale".
Ukazanie się książki Stanisława Zawiślińskiego było prologiem
do uroczystości Roku Kieślowskiego. Potem była katowicka sesja
i przegląd filmów "W kręgu Kieślowskiego". Następnie wyjątkowo
interesująca multimedialna wystawa "Kieślowski - ślady i pamięć"
w łódzkim Muzeum Kinematografii, z pewnością najlepsza w dziejach
tej placówki. Zdjęcia, często amatorskie, werki, artykuły
drukowane i w maszynopisie, listy publiczne i prywatne. Wycinki
prasowe. Plakaty. Książki. Materiały filmowe. Pasjonujący
portret człowieka, od dzieciństwa do lat ostatnich. Kuratorki
wystawy Krystyna Zamysłowska i Barbara Kurowska zebrały imponujący
materiał i świetnie go "zmontowały". Wystawa robi międzynarodową
karierę. Trafiła już na Berlinale, ale to dopiero początek
zagranicznych podróży.
Podczas Camerimage 2005 Ralphowi Fiennesowi wręczono Nagrodę
imienia Kieślowskiego. W Muzeum Kinematografii otwarto wystawę
"Krzysztof Kieślowski. Zdjęcia z miasta Łodzi", robione w
okresie studiów. Fotografował miejskie pejzaże. Szare i smutne.
Scenki uliczne. Bawiące się dzieci. Łobuzerskie buźki chłopaków.
Kobiety w różnym wieku. Robotnice. Twarze na ogół pospolite,
zwyczajne. Jak w filmach, które wkrótce zaczął robić. W dokumentach,
w sławnym filmie Z miasta Łodzi, a potem w fabułach,
w Personelu, Bliźnie, Amatorze, Spokoju,
Przypadku. Twarz jakby żywcem wyjętą z tych zdjęć miał
ulubiony aktor reżysera - Jerzy Stuhr.
Pierwszym sygnałem zmiany patrzenia był film Bez końca:
Grażyna Szapołowska i Jerzy Radziwiłowicz to była już inna
półka. A w Podwójnym życiu Weroniki, w Trzech kolorach
pojawił się świat całkiem inny. Znikła gdzieś brzydota i bylejakość
miejskiego pejzażu, pospolitość twarzy. Zrobiło się ładnie.
Stylowo. Jak w reklamie lub kolorowej prasie kobiecej. Błysnęły
urodą śliczne aktorki, przez Sławomira Idziaka i Piotra Sobocińskiego
zmysłowo fotografowane. Wszystko zaczęło służyć urodzie świata
i kadru, nawet sławetne trzy kolory, zwłaszcza niebieski i
czerwony.
Zmieniał się jednak nie tylko obraz rzeczywistości w filmach
Kieślowskiego. Zmieniał się również on sam. Fizycznie i chyba
psychicznie. Ukazują to eksponowane na ścianach Muzeum Kinematografii
portrety fotograficzne reżysera. Fotografia bywa niebezpiecznym
świadectwem. Wystylizowany na Jamesa Deana, emanujący energią
"chłopak" o błyszczących oczach ze zdjęć młodzieńczych stał
się z biegiem lat człowiekiem śmiertelnie zmęczonym, o naznaczonej
cieniem twarzy i przerażająco smutnych oczach.
Podczas Camerimage 2005 spotkali się operatorzy Kieślowskiego.
Jacek Petrycki i Witold Stok towarzyszyli wiernie jego wczesnej
twórczości. Stok, wybitnie inteligentny, z dużym poczuciem
humoru, pracował m.in. przy Personelu. Petrycki - Agnieszka
Holland mówi o nim "wyjątkowo czysty i prawy, ma niezwykłe
wyczucie moralnej prawdy" - robił potem zdjęcia do Spokoju,
Amatora i Bez końca. Obaj wspominali dramatyczne
perypetie związane z realizacją Robotników '71. Był
to projekt grupowy, praktycznie pokoleniowy, młodzi wspólnie
przeżywali inicjację w zawodzie, który - jak wierzyli - wskazywał
drogę do prawdy, a prawda jest narzędziem naprawy tego świata.
Realizacja tego filmu zaczęła się pod znakiem wielkiej przygody,
a skończyła gigantycznym kacem, gorzką świadomością ograniczeń
profesji filmowca.
Jacek Bławut i Wiesław Zdort wspominali swą pracę przy Dekalogu.
Kieślowski unikał gotowych rozwiązań, nieustannie poszukiwał.
Otwarty na wyobraźnię i inwencję innych, stwarzał operatorom
wielkie szanse. Wierzył w obraz.
W polskiej świadomości zbiorowej, poczynając od lat 60.,
ścierały się dwie w zasadzie uniwersalne tendencje: dążenie
do "normalności", stabilizacji, życia rodzinnego oraz przyrodzony
ludzkiej naturze niepokój znajdujący częściowo ujście w działalności
politycznej lub w twórczości. Konflikt między pragnieniem
spokoju a owym odwiecznym towarzyszem człowieka - niepokojem
wydaje się kluczowy zarówno dla postawy, jak i dzieła Kieślowskiego,
czego świadectwem są filmy Personel, Amator,
Przypadek, Podwójne życie Weroniki, Niebieski.
I tu tkwi, być może, jedno ze źródeł sukcesu Krzysztofa Kieślowskiego.
Niepokoju, jaki wzbudza.
------------------------------------------------------
Na zdjęciu: Juliette Binoche w Niebieskim, jednym z filmów
cyklu Trzy kolory
|